STPD. Zaburzenie osobowości czy schizofrenia subkliniczna?

„Od lat dziecinnych zawsze byłem
Inny niż wszyscy – i patrzyłem
Nie tam, gdzie wszyscy – miałem swoje,
Nieznane innym smutków zdroje –
I nie czerpałem z ich krynicy
Uczuć – nie tak, jak śmiertelnicy
Radością tchnąłem i zapałem –
A co kochałem – sam kochałem –
To wtedy – nim w burzliwe życie
Zdążyłem wejść – powstała skrycie
Z dna wszelkich złych i dobrych dążeń
Ta tajemnica, co mnie wiąże –
Ze strumienia lub potoku –
Z urwistego góry stoku –
Z kręgu słońca, gdy w jesieni
Blednie złoty blask promieni –
Z błyskawicy ostrym końcem
Drzewo obok mnie rażącej –
Z burzy, grzmotów, ziemi drżenia –
Z chmury – która u sklepienia
Niebieskiego zawieszona –
Miała dla mnie kształt demona…”

Edgar Allan Poe – „W samotności” (1829)
[tłum. Wojciech Usakiewicz,
cyt. za: BibliotekaZSOiZ.blogspot.com]

Schizotypal (Personality) Disorder

Zaburzenie psychiczne, któremu poświęcam niniejszy artykuł, jest zjawiskiem nad wyraz tajemniczym. W amerykańskim podręczniku diagnostyczno-statystycznym DSM-5 (2013) nosi ono nazwę Schizotypal Personality Disorder – „schizotypowe zaburzenie osobowości”. Konstrukt STPD należy do klastra „A” obejmującego trzy „dziwaczne” i „ekscentryczne” skrzywienia charakteru (Paranoid PD, Schizoid PD i Schizotypal PD). W międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10 (lata 90. XX wieku) nie występuje kategoria „schizotypowe zaburzenie osobowości”. Figuruje za to Schizotypal Disorder – „zaburzenie schizotypowe” opisane w sekcji dotyczącej schizofrenii i innych psychoz. O ile w ICD-10 osobowość paranoiczna ma kod F60.0, a osobowość schizoidalna – F60.1, o tyle zaburzenie schizotypowe („zaburzenie typu schizofrenii”) zostało opatrzone kodem F21. Schizotypia jest tam wręcz zrównywana ze schizofrenią (F20) i zespołem schizoafektywnym (F25). Autorzy księgi DSM-5 podają, że STPD „zaczyna się we wczesnej dorosłości i pozostaje obecne w różnorodnych kontekstach” („beginning by early adulthood and present in a variety of contexts”). Tymczasem twórcy ICD-10 wcale nie twierdzą, że dojrzałe F21 zawsze rozkwita w chwili zakończenia dorastania jednostki. Tak przynajmniej rozumiem zapis, wedle którego objawy schizotypowe muszą się utrzymywać „na przestrzeni co najmniej dwóch lat”, „nieprzerwanie albo w sposób powtarzalny” („over a period of at least two years”, „either continuously or repeatedly”). Z drugiej strony, DSM-5 zawiera wzmiankę o zwiastunach STPD u osób małoletnich.

Schizotypowe zaburzenie osobowości.
Kryteria diagnostyczne DSM-5,
Archive.org/details/diagnosticstatis0005unse

1. „Ideas of reference (excluding delusions of reference)” | „Idee odniesienia (z wyłączeniem urojeń odnoszących)”
2. „Odd beliefs or magical thinking that influences behavior and is inconsistent with subcultural norms (e.g. superstitiousness, belief in clairvoyance, telepathy, or ‘sixth sense’; in children and adolescents, bizarre fantasies or preoccupations)” | „Dziwne wierzenia lub magiczne myślenie, które wpływa na zachowanie i jest niezgodne z normami subkulturowymi (np. zabobonność, wiara w jasnowidztwo, telepatię bądź ‘szósty zmysł’; u dzieci i młodzieży, kuriozalne fantazje lub przedmioty zaabsorbowania)”
3. „Unusual perceptual experiences, including bodily illusions” | „Niezwykłe doświadczenia percepcyjne, w tym iluzje cielesne”
4. „Odd thinking and speech (e.g. vague, circumstantial, metaphorical, overelaborate, or stereotyped)” | „Dziwne myślenie i mowa (np. niejasna, drobiazgowa, metaforyczna, rozwlekła lub stereotypowa)”
5. „Suspiciousness or paranoid ideation” | „Podejrzliwość lub myślenie paranoiczne”
6. „Inappropriate or constricted affect” | „Niedostosowany lub zawężony afekt”
7. „Behavior or appearance that is odd, eccentric, or peculiar” | „Zachowanie lub wygląd, który jest dziwny, ekscentryczny bądź osobliwy”
8. „Lack of close friends or confidants other than first-degree relatives” | „Brak bliskich przyjaciół czy powierników innych niż krewni pierwszego stopnia”
9. „Excessive social anxiety that does not diminish with familiarity and tends to be associated with paranoid fears rather than negative judgments about self” | „Nadmierny lęk społeczny, który nie słabnie wraz z zacieśnianiem stosunków i wydaje się związany bardziej z paranoicznymi obawami niż z negatywnymi sądami o sobie”

Zaburzenie typu schizofrenii (schizotypowe).
Kryteria diagnostyczne ICD-10,
WHO.int/classifications/icd/en/GRNBOOK.pdf

1. „Inappropriate or constricted affect, subject appears cold and aloof” | „Niedostosowany lub zawężony afekt, podmiot wygląda na osobę zimną i zdystansowaną”
2. „Behaviour or appearance which is odd, eccentric or peculiar” | „Zachowanie lub wygląd, który jest dziwny, ekscentryczny bądź osobliwy”
3. „Poor rapport with others and a tendency to social withdrawal” | „Słabe więzi z innymi i tendencja do społecznego wycofywania się”
4. „Odd beliefs or magical thinking influencing behaviour and inconsistent with subcultural norms” | „Dziwne wierzenia lub magiczne myślenie wpływające na zachowanie i niezgodne z normami subkulturowymi”
5. „Suspiciousness or paranoid ideas” | „Podejrzliwość lub myśli paranoiczne”
6. „Ruminations without inner resistance, often with dysmorphophobic, sexual or aggressive contents” | „Ruminacje bez oporu wewnętrznego, często o treściach dysmorfofobicznych, seksualnych lub agresywnych”
7. „Unusual perceptual experiences including somatosensory (bodily) or other illusions, depersonalization or derealization” | „Niezwykłe doświadczenia percepcyjne, w tym iluzje somatosensoryczne (cielesne) lub inne, depersonalizacja bądź derealizacja”
8. „Vague, circumstantial, metaphorical, over-elaborate or often stereotyped thinking, manifested by odd speech or in other ways, without gross incoherence” | „Niejasne, drobiazgowe, metaforyczne, rozwlekłe lub często stereotypowe myślenie, manifestujące się dziwną mową bądź w inny sposób, bez rażącej inkoherencji”
9. „Occasional transient quasi-psychotic episodes with intense illusions, auditory or other hallucinations and delusion-like ideas, usually occurring without external provocation” | „Sporadyczne, przemijające epizody quasi-psychotyczne z intensywnymi iluzjami, halucynacjami słuchowymi lub innymi oraz ideami podobnymi do urojeń, zazwyczaj występujące bez zewnętrznej prowokacji”

Nie z tej Ziemi

Todd L. Grande, Ph.D (profesor nadzwyczajny Wilmington University w stanie Delaware w północnych USA, gospodarz popularnego wideobloga o zdrowiu psychicznym YouTube.com/user/RioGrande51) mówi, że głównymi objawami Schizotypal Personality Disorder są aberracje zwane ideami odniesienia. Człowiek doświadczający takich idei często miewa poczucie, iż wydarzenia ze świata zewnętrznego – pozornie niezwiązane z jego życiem osobistym – mają dla niego szczególne znaczenie. Pacjent cierpiący na STPD może np. odnieść wrażenie, że ponosi odpowiedzialność za tragedię opisywaną w mediach, gdyż wywołał ją swoimi negatywnymi myślami. Odczucie takie nigdy nie przeradza się jednak w bezkrytyczną, niezachwianą, urojeniową pewność. Idee odniesienia stanowią logiczną konsekwencję wiary w możliwość „zdalnego” wpływania na realia za pośrednictwem magii, telepatii lub konszachtów z istotami nadprzyrodzonymi. Jednostka schizotypowa egzystuje w fantastycznym uniwersum, gdzie przenikanie się sfery materialnej z niematerialną jest zawsze dopuszczalnym scenariuszem. Przypisuje sobie nadnaturalne dary, takie jak świetnie rozwinięta intuicja czy wrażliwość na subtelne przejawy paranormalnej aktywności. Osobnik z STPD nie tylko łączy ze sobą odległe fakty, ale także doznaje niesamowitych zniekształceń percepcyjnych. Nie są to, oczywiście, uporczywe halucynacje psychotyczne. Raczej złudzenia i przywidzenia, kuglarskie sztuczki umysłu spowodowane siłą sugestii, a w najgorszym wypadku – krótkotrwałe omamy wzrokowe bądź słuchowe (szybko znikające duchy, ciche szepty z zaświatów).

Nawiedzeni ekscentrycy

Według dr. T.L. Grandego, sama wiara w zagadnienia z kręgu New Age nie wystarcza do diagnozy Schizotypal Personality Disorder. Osoba schizotypowa – w przeciwieństwie do umiarkowanego zwolennika okultyzmu czy parapsychologii – wydaje się całkowicie pochłonięta swoimi niekonwencjonalnymi wierzeniami. Zaabsorbowanie ezoteryką/psychotroniką wywiera destrukcyjny wpływ na wszystkie dziedziny życia takiego zapaleńca. Człowiek dotknięty STPD wyróżnia się ponadto niecodziennym wyglądem, stylem wypowiedzi i sposobem reagowania na bodźce środowiskowe. Może on oryginalnie się ubierać (np. preferować czarne stroje, nosić powłóczyste płaszcze) albo sprawiać wrażenie zaniedbanego, pozbawionego gustu etc. Komentarze schizotypa mogą być dziwne zarówno pod względem formy, jak i treści. Nigdy nie obracają się one jednak w bezsensowną „sałatkę słowną”. Wielu ludzi cierpiących na Schizotypal PD ma problem ze swoją ekspresją emocjonalną bądź jej rażącym brakiem. Niektórzy potrafią szokować niepożądanymi społecznie reakcjami, choćby wybuchami śmiechu w mało zabawnych sytuacjach. Inni cechują się płaskim afektem – wiecznie obojętną twarzą pokerzysty. Pacjent schizotypowy chętnie wybiera samotność, ponieważ czuje się niekomfortowo w towarzystwie osób spoza najbliższej rodziny. Jest nieufnym, lękliwym, aspołecznym indywidualistą. Czasem daje się ponieść niepsychotycznej paranoi (definiowanej jako przesadna czujność, podejrzliwość i ostrożność w kontaktach interpersonalnych). 30% schizotypów ostatecznie zapada na schizofrenię lub inną przewlekłą chorobę z grupy psychoz.

Za króla Ćwieczka

Kenneth S. Kendler, MD („Diagnostic Approaches to Schizotypal Personality Disorder: A Historical Perspective” – „Schizophrenia Bulletin” 1985, Academic.oup.com/SchizophreniaBulletin) odnotowuje, że fenomen medyczny, który dzisiaj nazywamy schizotypowym zaburzeniem osobowości, intrygował specjalistów już na początku XX stulecia. Kategoria diagnostyczna STPD, chociaż oficjalnie wprowadzona do użytku dopiero w 1980 r., wywodzi się z dwóch wielopokoleniowych tradycji badawczych. Pierwszą z nich są studia nad jaskrawymi ekscentryzmami, jakie często przejawiają bliscy krewni schizofreników. Drugą – kliniczne opisy przypadków przypominających schizofrenię, ale niespełniających kryteriów autentycznej psychozy. Z istnienia osób schizotypowych zdawali sobie sprawę: Emil Kraepelin (ojciec nowoczesnej klasyfikacji psychiatrycznej) oraz Eugen Bleuler (twórca chwytliwego terminu „schizofrenia”). Dr Kendler cytuje fragment ósmego wydania podręcznika psychiatrii Kraepelina (1909): „Wśród braci i sióstr pacjentów znajdujemy uderzające osobowości, przestępców, cudaczne jednostki, prostytutki, samobójców, włóczęgów, zniszczone i zrujnowane istoty ludzkie”. A oto wyimek z monografii Bleulera o psychozie schizofrenicznej (1911): „Jeśli ktoś obserwuje krewnych naszych pacjentów, często znajduje w nich osobliwości, które są jakościowo identyczne z tymi występującymi u samych pacjentów, tak że choroba wydaje się tylko ilościowym pomnożeniem anomalii widocznych u rodziców i rodzeństwa”. Podobnych spostrzeżeń dokonywali lekarze B. Gadelius i A.J. Rosanoff (1910-1911).

Dwudziestolecie międzywojenne

Jak informuje dr Kenneth S. Kendler, pierwszym autorem, który szczegółowo opisał typ charakteru predysponujący do rozwoju schizofrenii, był niemiecki psychiatra Ernst Kretschmer (późniejszy nazista – członek wspierający SS i sędzia sądów eugenicznych maczający palce w ludobójczej akcji T4). Wedle teorii Kretschmera z 1921 r., istnieją na świecie ludzie obarczeni „temperamentem schizotymicznym”. I nie ma w tym absolutnie nic złego, ponieważ schizotymia – sama w sobie – stanowi normalny wariant ludzkiego usposobienia. Problem zaczyna się dopiero wówczas, gdy cechy schizotymiczne przyjmują postać wyolbrzymioną, jaką jest „osobowość schizoidalna”. Wielu schizofreników to osoby, które już wcześniej były schizoidami albo miały schizoidów w najbliższej rodzinie… Ernst Kretschmer rozumiał schizoidię bardzo szeroko. Wyróżniał kilka typów pacjentów schizoidalnych, zróżnicowanych pod względem emocjonalności i ekspresyjności. Oto podstawowa klasyfikacja schizoidów według Kretschmera (cytuję za Kendlerem): „1. Nietowarzyscy, cisi, powściągliwi, poważni (bez poczucia humoru), ekscentryczni”, „2. Płochliwi, nieśmiali, o delikatnych uczuciach, wrażliwi, nerwowi, pobudliwi, rozmiłowani w naturze i książkach”, „3. Ustępliwi, uprzejmi, szczerzy, indyferentni, bezbarwni, małomówni”. Jak widać, kretschmerowska „schizoidia” to prawdziwy termin-parasol. Niemiecki psychiatra wrzucał do jednego worka osoby, które dziś zapewne usłyszałyby diagnozę Schizotypal Personality Disorder (typ 1), Avoidant Personality Disorder (typ 2) lub Schizoid Personality Disorder (typ 3).

Połowa XX wieku

Teorie podobne do tych proponowanych przez Ernsta Kretschmera pojawiały się również po II wojnie światowej. Dr Kenneth Kendler zwraca uwagę na dorobek węgierskiego psychoanalityka Sandora Rado, który w 1953 r. posłużył się pojęciem „schizotypu” – „psychodynamicznej ekspresji schizofrenicznego genotypu”. Zgodnie z koncepcją Rado, ludzie schizotypowi (obciążeni genetycznie, zagrożeni schizofrenią) cechują się dwiema poważnymi wadami umysłowymi. Pierwszą z nich jest anhedonia, czyli upośledzona zdolność do odczuwania jakiejkolwiek przyjemności. Drugą – specyficzne zaburzenia świadomości własnego ciała. Zdaniem węgierskiego psychoanalityka, niepokojące symptomy dostrzegalne u pacjentów schizotypowych są tylko zewnętrznymi manifestacjami tych wrodzonych deficytów. Sandor Rado wymieniał wiele oznak „schizofrenicznego genotypu”, m.in. nadwrażliwość na odtrącenie, trudności w budowaniu więzi międzyludzkich, chroniczny gniew, zakłócenia kognitywne związane z niską odpornością na stres. W 1962 r. zabłysnął kolejny badacz przyczyn schizofrenii: amerykański psycholog kliniczny Paul E. Meehl. Stwierdził on, że niektórzy ludzie rodzą się z „defektem integracji nerwowej” prowadzącym do nagminnych zniekształceń poznawczych, lęków społecznych, anhedonii, ambiwalencji oraz poczucia dyskomfortu w relacjach towarzyskich. Meehl nazwał ten defekt „schizotaksją”, a jego nosicieli – „schizotypami” (zapożyczenie z piśmiennictwa Rado). Praktycznym skutkiem schizotaksji miał być szeroki wachlarz patologii niby-schizofrenicznych mogących ulec dekompensacji psychotycznej.

Schizofrenie ambulatoryjne

Z tego, co pisze dr Kenneth S. Kendler, wynika, że w pierwszej połowie XX stulecia zaburzenie schizotypowe bywało utożsamiane z samą schizofrenią. Do autorów, którzy prezentowali taki właśnie pogląd, należał Gregory Zilboorg – jankeski psychiatra, psychoanalityk i tłumacz literatury rosyjskojęzycznej (Żyd urodzony w Kijowie na Ukrainie, wysoki urzędnik Rządu Tymczasowego Rosji po antycarskiej Rewolucji Lutowej). W 1941 r. Zilboorg opublikował artykuł poświęcony „schizofreniom ambulatoryjnym”, czyli syndromom dającym się odróżnić od „zaawansowanej schizofrenii”. Przymiotnik „ambulatoryjny” wyraźnie sugeruje, iż interesujący nas badacz nie widział konieczności hospitalizacji osób schizotypowych (ciekawostka: w tamtych czasach nie znano jeszcze leków neuroleptycznych. Schizofrenicy byli zwykle umieszczani w szpitalach psychiatrycznych, gdzie próbowano ich kurować za pomocą snu, gorączek, śpiączek insulinowych, wstrząsów chemicznych, elektrowstrząsów, transfuzji krwi oraz leukotomii/lobotomii[1]). Gregory Zilboorg przedstawiał „schizofrenie ambulatoryjne” jako relatywnie łagodne choroby, w których nie występują urojenia ani halucynacje, lecz wciąż są obecne elementy „autystycznego lub dereistycznego myślenia”. Ludzie dotknięci tymi przypadłościami mieli być introwertyczni, obdarzeni wybujałą wyobraźnią, pełni wewnętrznego niepokoju. Zilboorg przypisywał im skrywaną nienawiść do otoczenia, hipochondrię tudzież perwersyjne fantazje seksualne. „Schizofrenicy ambulatoryjni” byli zdolni do pracy zarobkowej, ale nieufni i podejrzliwi w życiu prywatnym.

Schizofrenia pseudoneurotyczna
(schizofrenia rzekomonerwicowa)

Dr K.S. Kendler przybliża nam także koncepcję „schizofrenii pseudoneurotycznej/rzekomonerwicowej”, jaką propagował węgiersko-amerykański psychiatra Paul H. Hoch w latach 40. i 50. XX wieku (w roku 1949 napisał on stosowny tekst wraz z Philipem Polatinem, a w 1959 – wraz z Jamesem P. Cattellem). Hoch i jego koledzy utrzymywali, że istnieje pewna grupa pacjentów, którzy skarżą się na rozmaite objawy nerwicowe, lecz ich symptomy – zebrane w całość – dają obraz fenomenu przypominającego schizofrenię. U podstaw „schizofrenii rzekomonerwicowej” miał leżeć „pierwotny proces myślowy” podobny do schizofrenicznego, ale zdecydowanie mniej chorobliwy. Do istotnych elementów omawianego syndromu zaliczały się problemy z samooceną i postrzeganiem własnego ciała, anomalie afektywne (rozregulowany nastrój lub uderzający chłód emocjonalny), trudności w funkcjonowaniu społecznym, niepoukładana seksualność, ogólny chaos wewnętrzny (widoczny na zewnątrz). Jeśli chodzi o sprawy nerwicowe, to „schizofrenicy pseudoneurotyczni” prezentowali szeroką gamę psychopatologii: obsesje, fobie, uzależnienia, depersonalizacje i derealizacje, stany lękowe, epizody depresyjne, zaburzenia konwersyjne bądź neurasteniczne. Częste w tej populacji były czyny typu „acting-out” (spontaniczne incydenty o charakterze samopocieszenia, przynoszące tylko chwilową ulgę), przelotne psychozy oraz tendencje w kierunku wyolbrzymiania własnych przeżyć. Dr Kendler podkreśla, że żaden z pacjentów opisywanych przez Hocha i Polatina nie miał w rodzinie nikogo cierpiącego na pełnoobjawową schizofrenię.

Droga do STPD

Według dr. Kennetha S. Kendlera, ostatnim przystankiem na drodze do Schizotypal Personality Disorder okazał się konstrukt „schizofrenii pogranicznej” używany w latach 60. i 70. XX stulecia przez amerykańskiego neurobiologa Seymoura S. Kety’ego i jego współpracowników (nazwiska: David Rosenthal, Paul H. Wender, Fini Schulsinger, Bjorn Jacobsen). Kety et al. prowadzili w Danii badania nad zdrowiem psychicznym biologicznych krewnych adoptowanych schizofreników. Pragnęli oni ustalić, czy faktycznie istnieje jakiś genetyczny związek między kliniczną schizofrenią a lekkimi zaburzeniami schizopodobnymi. W celu wykrycia osób schizopodobnych zespół naukowców pod wodzą Seymoura S. Kety’ego opracował kategorię diagnostyczną „borderline schizophrenia” – „schizofrenia z pogranicza”. Głównym źródłem inspiracji do stworzenia tego konceptu była bleulerowska „schizophrenia latens” – „schizofrenia utajona”. Kety i spółka czerpali również z dorobku późniejszych autorów, takich jak Paul H. Hoch czy Helene Deutsch (polska Żydówka z Przemyśla, zachodnioeuropejska i północnoamerykańska psychoanalityczka, asystentka Zygmunta Freuda, która w 1942 r. ukuła termin „as-if personality” – „osobowość jak-gdyby”). Pojęciem „schizofrenii pogranicznej” zainteresowali się Robert L. Spitzer, Jean Endicott i Miriam Gibbon, którzy pod koniec lat 70. nieco je zmodyfikowali i przechrzcili na Schizotypal Personality Disorder (schizotypowe zaburzenie osobowości). Konstrukt STPD stał się oficjalną etykietą diagnostyczną w momencie publikacji nowatorskiego podręcznika DSM-III (1980)[2].

Schizotypal & Borderline

Z kuriozalnego tworu „borderline schizophrenia” wywodzi się jeszcze jedna kategoria medyczna stosowana przez specjalistów w procesie diagnostycznym. Jak nietrudno odgadnąć, chodzi tutaj o BPD – Borderline Personality Disorder (osobowość „z pogranicza”)[3]. Można zażartować, iż STPD i BPD to bliźniacze rodzeństwo – dzieci tych samych rodziców, urodzone dokładnie w tym samym czasie. Oczywiście, arbitralny podział „schizofrenii pogranicznej” na Schizotypal PD i Borderline PD nie przypadł do gustu wszystkim badaczom tematu. Robert L. Spitzer, MD i Jean Endicott, Ph.D („Justification for Separating Schizotypal and Borderline Personality Disorders” – „Schizophrenia Bulletin” 1979, Academic.oup.com/SchizophreniaBulletin) zawiadamiają o surowej krytyce, jaka wyszła spod pióra Johna G. Gundersona i Larry’ego J. Sievera. Otóż wspomniani panowie uznali rozgraniczenie STPD i BPD za mnożenie bytów ponad miarę. Zdaniem Spitzera i Endicott, uczynienie dwóch etykiet z jednego konstruktu było palącą koniecznością, gdyż w literaturze akademickiej „borderline” („pogranicze” psychozy) jest rozumiane w dwojaki sposób. Z jednej strony, przypina się tę łatkę ludziom prezentującym życiową „niestabilność” oraz „podatność na zranienie” (domena BPD). Z drugiej – wrzuca się do tego worka osoby, które zdradzają „pewne psychopatologiczne cechy przypominające schizofrenię rezydualną” (domena STPD). Robert L. Spitzer i Jean Endicott przekonują, iż nowe opcje diagnostyczne minimalizują ryzyko zbędnych nieporozumień. Innowacja ta leży w interesie pacjentów, lekarzy i uczonych.

Marsjanie a Wenusjanki

Thomas H. McGlashan, MD i Karen K. Bardenstein, Ph.D („Schizotypal Personality Disorder: Gender Differences” – „Journal of Personality Disorders” 1988, GuilfordJournals.com/loi/pedi) analizują podobieństwa i różnice, jakie udało im się odkryć u mężczyzn i kobiet dotkniętych schizotypowym zaburzeniem osobowości. Pierwsze spostrzeżenie, o którym wypada napomknąć, to fakt, że zdolności intelektualne obu grup chorych wykraczają ponad przeciętność. Wśród jegomościów z STPD trafiają się dżentelmeni wybitnie inteligentni. Tym, co odróżnia schizotypów od schizotypiar, jest przede wszystkim stopień uspołecznienia. Faceci cierpiący na Schizotypal Personality Disorder wydają się bardziej schizoidalni niż facetki obarczone tą samą przypadłością. Już w młodym wieku uchodzą oni za wyalienowanych samotników. Kobiety z STPD częściej prezentują zachowania przywodzące na myśl Borderline Personality Disorder. Nie izolują się one aż tak jak mężczyźni, ale ujawniają wyraźne trudności w budowaniu prawidłowych relacji międzyludzkich. Ogólne funkcjonowanie schizotypowych pań jest oceniane dosyć wysoko. W skali Lestera B. Luborsky’ego (Health-Sickness Rating Scale, 1962 r.) uzyskują one średnio 78 punktów na 100 możliwych. Tymczasem schizotypowi panowie mają problem ze zdobyciem nawet 50 punktów (przeciętny wynik: 48/100). Thomas H. McGlashan i Karen K. Bardenstein nie przeczą, że ich ustalenia mogą być miarodajne tylko w odniesieniu do białych, hospitalizowanych psychiatrycznie obywateli z klasy średniej. Tacy właśnie pacjenci przeważali w dobranej próbie badawczej.

Geny to nie wszystko!

Adrian Raine, Ph.D („Schizotypal Personality: Neurodevelopmental and Psychosocial Trajectories” – „Annual Review of Clinical Psychology” 2006, AnnualReviews.org/journal/clinpsy) zaznacza, że chociaż geny odgrywają niebagatelną rolę w etiologii zaburzeń ze spektrum schizofrenii, istotne są także czynniki środowiskowe oddziałujące na daną jednostkę od momentu poczęcia. Głównym niebezpieczeństwem dla obciążonego genetycznie płodu są pospolite infekcje sezonowe tudzież ekspozycja brzemiennej kobiety na niskie temperatury. Z badań przeprowadzonych na Mauritiusie wynika, że wirus grypy – atakujący matkę w piątym miesiącu ciąży – może być współodpowiedzialny za pozytywne objawy schizotypii u podatnego potomka. Negatywne symptomy STPD wydają się zaś dodatnio skorelowane z wystawieniem organizmu na chłód w drugim trymestrze ciąży. Do snucia podobnych wniosków skłaniają badania zrealizowane w Finlandii. Okazuje się, że w kraju św. Mikołaja grypa sezonowa – dopadająca niewiastę w szóstym miesiącu stanu błogosławionego – jest współwinna rozwoju cech schizotypowych u predysponowanego dziecka. Badania angielskie i kanadyjskie sugerują ogromną rolę komplikacji porodowych oraz anomalii położniczych w wywoływaniu schizotypii i schizoidii. Badania holenderskie wskazują niedożywienie w okresie prenatalnym jako czynnik ryzyka „schizoidalności” w znaczeniu z lat 40. XX wieku (mowa o dzisiejszych kategoriach: Schizoid PD, Schizotypal PD i Avoidant PD). Badania szkockie demaskują związek między sztucznym karmieniem noworodka a schizotypią, schizoidią i schizofrenią.

STPD w popkulturze

Doktorantka psychologii Ana (jankeska wideoblogerka rumuńskiego pochodzenia, założycielka psychoedukacyjnego kanału YouTube.com/channel/UCOxhlNofmYH-MRC36TURUGw) uważa, że dobrym przykładem postaci fikcyjnej ze schizotypowym zaburzeniem osobowości jest Luna „Pomyluna” Lovegood – ekscentryczna przyjaciółka Harry’ego Pottera ukazana po raz pierwszy w powieści „Harry Potter i Zakon Feniksa” (2003) Joanne Kathleen Rowling. Luna była marzycielską, introwertyczną, odepchniętą przez rówieśników nastolatką, która – w pewnym sensie – żyła we własnym świecie. Miała ona niebanalne zainteresowania oraz cudaczne upodobania w kwestii przyodziewku. Co więcej, doświadczała niestandardowych zjawisk percepcyjnych. Należała jednak do domu Ravenclaw w Hogwarcie (uznawanego za tamtejszą kuźnię talentów, optymalne miejsce dla wyjątkowo uzdolnionych uczniów). Moim zdaniem, reprezentatywną egzemplifikacją Schizotypal Personality Disorder w kulturze masowej jest również Lydia Deetz, młodociana bohaterka komediohorroru „Sok z Żuka” (1988) w reżyserii Tima Burtona. Ta mroczna, gotycka dziewczyna – rozmawiająca z duchami poprzednich właścicieli swojej posiadłości – sama określiła siebie mianem „dziwnej i niezwykłej” („I, myself, am strange and unusual”). Cechy STPD ujawniał ponadto Tobias z fantastycznonaukowego cyklu powieściowego „Animorphs” (1996-2001) Katherine Alice Applegate. Pozwolę sobie zacytować fragment wstępnego tomu owej serii (przekład Marka Karpińskiego datowany na rok 2000). Jest to wyimek dotyczący lądowania UFO na opuszczonej budowie centrum handlowego:

„Pierwszy zobaczył to coś Tobias. Szedł z uniesioną głową i wpatrywał się w gwiazdy. Taki właśnie był – dziwny, zatopiony we własnym świecie marzeń. Nagle zatrzymał się w pół kroku i podniósł rękę, wskazując na niebo wprost nad naszymi głowami.
– Patrzcie – szepnął.
– Co jest? – spytałem, zirytowany, że opóźnia marsz. Zdawało mi się, że słyszę za plecami kroki seryjnego mordercy z piłą łańcuchową.
– Sam zobacz – powiedział dziwnym głosem Tobias. Brzmiały w nim zdumienie i powaga. (…)
Tobias uśmiechał się, ale z niego zawsze było dziwadło. Nigdy się nie bał dziwnych rzeczy, a raczej tego, co normalne.
– Zaraz wyląduje – oznajmił rozradowany. Oczy błyszczały mu z podniecenia, a długie jasne włosy były nastroszone”

K.A. Applegate, „Animorphs. Inwazja”
(wydaw. Egmont Polska, Warszawa 2001)

Zamiast zakończenia

Czytelnikom, którym spodobał się niniejszy artykuł, polecam moje wcześniejsze teksty poświęcone perturbacjom osobowościowym z klastrów „A” i „C” DSM-5: „Schizoidia i schizoidzi. Czym jest osobowość schizoidalna?” (materiał o Schizoid Personality Disorder, listopad 2019 r.), „Anankastia i anankaści. Czym jest osobowość anankastyczna?” (materiał o Obsessive-Compulsive Personality Disorder, grudzień-styczeń 2019/2020 r.), „AvPD. Podtyp schizoidii czy głęboka fobia społeczna?” (materiał o Avoidant Personality Disorder, luty-marzec 2020 r.), „Paranoja i paranoicy. Czym jest osobowość paranoiczna?” (materiał o Paranoid Personality Disorder, kwiecień-maj 2020 r.). Każda z wymienionych publikacji jest ogólnodostępna w cyberprzestrzeni (Njnowak.blogspot.com, Njnowak.wordpress.com, Njnowak.tumblr.com, Njnowak.livejournal.com, Njnowak.altervista.org).

Jeśli chodzi o mnie, to mam stwierdzoną osobowość anankastyczno-unikającą (OCPD + AvPD) z subklinicznymi cechami schizoidalnymi, zależnymi, narcystycznymi oraz „depresyjnymi” (Depressive/Melancholic Personality Disorder – niekanoniczna, proponowana etykieta diagnostyczna). Gdy miałam 18 lat, podejrzewano u mnie również Schizotypal PD. Chyba mogę powiedzieć, że „byłam podejrzana, lecz niczego mi nie udowodniono” (cha, cha, cha!). Z drugiej strony… Stare porzekadło głosi: „Kto się wróblem urodził, kanarkiem nie umrze”. Osobowość unikająca – zupełnie jak schizotypowa, schizoidalna i paranoiczna – bywa niekiedy zaliczana do zaburzeń ze spektrum schizofrenii. Pisali o tym David L. Fogelson, Keith H. Nuechterlein, Robert A. Asarnow, Diana L. Payne, Kenneth L. Subotnik, Kristen C. Jacobson, Michael C. Neale i Kenneth S. Kendler w opracowaniu zatytułowanym „Avoidant personality disorder is a separable schizophrenia-spectrum personality disorder even when controlling for the presence of paranoid and schizotypal personality disorders: The UCLA family study” („Schizophrenia Research” 2007, ScienceDirect.com/journal/schizophrenia-research)[4].

Trzeba odnotować, iż przyszłam na świat zimą (19 lutego 1991 r.), w ósmym miesiącu życia płodowego, przez cesarskie cięcie. Pochodziłam z ciąży zagrożonej, byłam nieprawidłowo ułożona w macicy, a w okresie niemowlęcym zazwyczaj piłam mleko z butelki. Od urodzenia mam też duże problemy ze snem i zasypianiem. Już jako małe dziecko (czytaj: niemowlę) cierpiałam na bezsenność, w szkole średniej spałam dosłownie 2-3 godziny na dobę, a po studiach wyższych (oczywiście, zaocznych, gdyż panicznie bałam się akademika/stancji/współlokatorstwa[5]) popadłam w ekstremalne zaburzenia rytmu dobowego. W wieku nastoletnim pojawiły się u mnie parasomnie, takie jak bruksizm (nieświadome zaciskanie zębów przez sen, skutkujące recesjami dziąsłowymi, ubytkami klinowymi siekaczy bocznych i dysfunkcją stawu skroniowo-żuchwowego) czy „zespół eksplodującej głowy” – „exploding head syndrome” (sporadyczne halucynacje słuchowe występujące podczas usypiania: pojedynczy głos wykrzykujący moje imię i gwałtownie wyrywający mnie z letargu). Od jesieni 2018 r. biorę leki psychotropowe, albowiem naturalne tabletki ziołowe nigdy nie pomagały mi zasnąć. Neuroleptyki – wspomagane przeciwhistaminową prometazyną – „robią” mi za proszki nasenne. Poza tym, zażywam antydepresanty z grupy SSRI na objawy agorafobii, socjofobii i nerwicy natręctw. Opłakane konsekwencje bruksizmu zmuszają mnie do bezterminowego korzystania z usług periodontologa (od 2012 r.), ortodonty (od 2013 lub 2014 r.) i fizjoterapeuty (od 2016 r.).

Natalia Julia Nowak,
czerwiec-lipiec 2020 r.

PS. Według dr. Todda Grandego, ze schizotypowym zaburzeniem osobowości mogli/mogą się zmagać następujący zbrodniarze: Jeffrey Dahmer (seryjny morderca, nekrofil, „kanibal z Milwaukee”) i James Holmes (naśladowca fikcyjnego Jokera – antagonisty Batmana, sprawca strzelaniny na premierze filmu „Mroczny Rycerz powstaje” w mieście Aurora w stanie Kolorado). Wypada nadmienić, że u Dahmera dopatrywano się także Borderline Personality Disorder (i kilku innych patologii umysłowych). Jak już ustaliliśmy, współczesne konstrukty STPD i BPD wywodzą się z historycznego konceptu „schizofrenii pogranicznej” – „borderline schizophrenia” autorstwa Seymoura Kety’ego i jego towarzyszy.

PRZYPISY

[1] Wartościowe materiały o dziejach branży psychiatrycznej: Andrzej Kapusta, „Psychiatria XX wieku w Europie Zachodniej i USA: próba retrospekcji” („Kwartalnik Historii Nauki i Techniki” 2003, Bazhum.muzhp.pl), Tomasz Zyss, Robert T. Hese, Andrzej Zięba, „Terapia wstrząsowa w psychiatrii – rys historyczny” („Psychiatria Polska” 2008, PsychiatriaPolska.pl), Eric D. Peselow, Kishor Malavade, R. Sandlin Lowe, Ira Glick, „Historyczne oraz alternatywne metody leczenia w psychiatrii” („Psychiatria po Dyplomie” 2009, PoDyplomie.pl/pspd), Patric Blomstedt, Marwan I. Hariz, „A short history of psychiatric neurosurgery” (edukacyjna prezentacja multimedialna, 2018, YouTube.com/channel/UCB-a7tGats7X9P3kthfQ9nA), Patric Blomstedt, „Maurice Ducosté. The inventor of lobotomy” (edukacyjna prezentacja multimedialna, 2020, YouTube.com/channel/UCB-a7tGats7X9P3kthfQ9nA), Sundararajan Rajagopal, „Psychiatry Lecture: History of Psychiatry”, „Psychiatry Lecture: Physical Treatments in Psychiatry” (edukacyjne prezentacje multimedialne, 2015-2017, YouTube.com/channel/UCVZhg8unEqo0XUm8cHAIwbA).

[2] Nie zaszkodzi napomknąć, że w DSM-II (1968) obecna była kategoria „schizophrenia, latent type” – „schizofrenia, typ utajony”. Natomiast w DSM-I (1952) widniał mętny termin „schizophrenic reaction, chronic undifferentiated type” – „reakcja schizofreniczna, przewlekły typ niezróżnicowany”. Cyfrową kopię podręcznika DSM-II można znaleźć na stronie internetowej „Mad in America” (MadInAmerica.com/wp-content/uploads/2015/08/DSM-II.pdf). Księga DSM-I została zaś udostępniona w serwisie „Turk Psikiyatri” (TurkPsikiyatri.org/arsiv/dsm-1952.pdf).

[3] W międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10 (ICD.WHO.int/browse10/2019/en) formalnym odpowiednikiem Borderline Personality Disorder jest „osobowość chwiejna emocjonalnie”, czyli Emotionally Unstable Personality Disorder – EUPD (F60.3). Konstrukt EUPD dzieli się na dwa podtypy: „impulsywny” („impulsive” – F60.30) i „pograniczny” („borderline” – F60.31). Aby można było rozpoznać „osobowość chwiejną emocjonalnie typu pogranicznego”, pacjent musi spełniać co najmniej trzy kryteria przewidziane dla typu impulsive, a do tego minimum dwa kryteria zarezerwowane dla typu borderline (zobacz: WHO.int/classifications/icd/en/GRNBOOK.pdf). W Stanach Zjednoczonych, gdzie klinicyści korzystają z podręczników DSM-5 i ICD-10-CM, nie stosuje się etykiety „osobowość chwiejna emocjonalnie typu impulsywnego”. Całe pojęcie EUPD (F60.3) jest tam utożsamiane z Borderline Personality Disorder. Księga ICD-10-CM, federalna adaptacja ICD-10, nie zawiera kodów F60.30 i F60.31 (dowód: ICD.codes/icd10cm/F603). Jeżeli chodzi o Chińską Republikę Ludową, która używa lokalnego podręcznika CCMD-3 (Chinese Classification of Mental Disorders, Third Edition), to akceptowanym ekwiwalentem BPD/EUPD jest tam IPD, tzn. Impulsive Personality Disorder – „impulsywne zaburzenie osobowości” (źródło: Jie Zhong, Freedom Leung, „Diagnosis of Borderline Personality Disorder in China: Current Status and Future Directions” – „Current Psychiatry Reports” 2009, ResearchGate.net).

[4] Maszynopis artykułu jest dostępny – za darmo i bez cięć – w serwisie National Center for Biotechnology Information (NCBI to wydział jankeskiej biblioteki National Library of Medicine, która podlega rządowej agencji zdrowia publicznego National Institutes of Health): Ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1904485

[5] Niewtajemniczonych wtajemniczam, zapominalskim przypominam: od starszych klas podstawówki aż do egzaminu maturalnego doświadczałam bullyingu – dokuczania, wyszydzania, upokarzania – ze strony rozwydrzonych niedorostków, którym przeszkadzało moje wzorowe zachowanie, skromny ubiór, surowe obyczaje i intelektualne zainteresowania (np. czytanie książek na przerwach w szkole, uważne słuchanie nauczycieli podczas zajęć dydaktycznych). W połowie II klasy LO życzliwi dorośli – świadomi mojego pogarszającego się stanu emocjonalnego – przyznali mi nauczanie indywidualne, czyli prawo do edukacji w oddzielnej sali lekcyjnej. Po tym wszystkim, co przeżyłam jako uczennica, nawet nie chciałam słyszeć o mieszkaniu pod jednym dachem z balującą młodzieżą ze studiów dziennych (ani z innymi obcymi ludźmi!). Rozumiałam przecież, że studenteria jest niewiele starsza od gimbazy i licbazy, ale pełnoletnia (uprawniona m.in. do kupowania alkoholu) i wyrwana spod kontroli rodzicielskiej. Moje traumy szkolne częściowo przyczyniły się do tego, iż nigdy nie umówiłam się z nikim na rendez-vous. Bardzo wcześnie dotarło do mnie, że w XXI stuleciu randkowanie zupełnie mija się z celem, albowiem żaden kawaler – który w wieku 13 lat oglądał pornosy zamiast dobranocek – nie będzie skłonny poczekać z seksem do ślubu. A ja jestem grzeczną dziewczynką i strasznie mi zależy na utrzymaniu tego chwalebnego statusu. Uważam, że miłość do mężczyzny nigdy nie powinna być silniejsza niż miłość do własnej cnoty. Lepiej stracić chłopaka aniżeli cześć panieńską. Adoratorów można mieć – w ciągu całego żywota – nieskończenie wielu, ale dziewictwo ma się tylko jedno. Reputacja niewieścia to sprawa honorowa. Nie należy stawiać miłości ponad honorem.

 

Paranoja i paranoicy. Czym jest osobowość paranoiczna?

„Każdy ukrywa coś z tyłu głowy,
każdy chowa coś w rękawie, tak.
Wszyscy są mocno splątani –
– najciaśniej, jak tylko potrafią.
I każdy z nich
próbuje mnie udusić, tak. (…)

Każdemu z nich
zjadliwe plotki kapią z języka.
Wszyscy nie mogą się doczekać,
aż zobaczą mnie uciekającego, tak.
Każdy ma nabitą historyjkę
i przyjmuję za fakt,
iż wszyscy widzą tarczę strzelniczą
na moich plecach, tak.

Węszę spisek. Ciągle o mnie kłamią.
Prześladują mnie. Widzę was tutaj.
Czy wy nie wiecie, że dokarmiacie
moją paranoiczną osobowość?!”

Alice Cooper – „Paranoiac Personality”
[z płyty „Paranormal”, 2017 r.,
tłumaczyła Natalia Julia Nowak]

Kategoria do likwidacji

Paranoiczne zaburzenie osobowości (Paranoid Personality Disorder – PPD, F60.0 w międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10) jest jednym z najsłabiej zbadanych syndromów znanych współczesnej psychiatrii. Zgodnie z tym, co mówi amerykański naukowiec Todd L. Grande, Ph.D (profesor nadzwyczajny Wilmington University w miasteczku New Castle w stanie Delaware, aktywny psychoedukator występujący na kanale YouTube.com/user/RioGrande51), kategoria PPD została uwzględniona we wszystkich wydaniach jankeskiego podręcznika diagnostyczno-statystycznego DSM. Niestety, jej użyteczność kliniczna coraz częściej bywa kwestionowana. Po pierwsze: literatura akademicka dotycząca Paranoid Personality Disorder jest niesłychanie uboga, ponieważ ludzie z tym zaburzeniem psychicznym zwykle nie chcą współpracować z służbą zdrowia. Po drugie: niemal cały konstrukt osobowości paranoicznej mieści się w szerszym, nowocześniejszym pojęciu zaburzeń schizotypowych (Schizotypal Personality Disorder – STPD). Po trzecie: kryteria diagnostyczne F60.0 częściowo pokrywają się z kryteriami diagnostycznymi chorobliwego narcyzmu (Narcissistic Personality Disorder – NPD). Po czwarte: osobowość paranoiczna w czystej formie należy do rzadkości, albowiem 75% pacjentów cierpiących na PPD ujawnia również inne perturbacje osobowościowe (zazwyczaj schizotypowe – STPD, schizoidalne – SPD, unikające – AvPD, narcystyczne – NPD lub pograniczne/borderline – BPD). Po piąte: F60.0 to problem łatwy do przeoczenia, gdyż myślenie paranoiczne może towarzyszyć wielu anomaliom umysłowym, od PTSD aż po ChAD.

Kryteria diagnostyczne ICD-10,
WHO.int/classifications/icd/en/GRNBOOK.pdf
[przełożyła Natalia Julia Nowak]

1. „Excessive sensitivity to setbacks and rebuffs” („Nadmierna wrażliwość na porażki i odmowy”)
2. „Tendency to bear grudges persistently, e.g. unforgiveness of insults, injuries or slights” („Skłonność do uporczywego trzymania urazy, np. niewybaczania obelg, zranień czy lekceważenia”)
3. „Suspiciousness and a pervasive tendency to distort experience by misconstruing the neutral or friendly actions of others as hostile or contemptuous” („Podejrzliwość oraz całościowa tendencja do zniekształcania doświadczeń poprzez błędne interpretowanie neutralnych lub przyjaznych działań innych ludzi jako wrogich bądź pogardliwych”)
4. „A combative and tenacious sense of personal rights out of keeping with the actual situation” („Bojowe i wytrwałe poczucie osobistych praw, nieadekwatne do rzeczywistej sytuacji”)
5. „Recurrent suspicions, without justification, regarding sexual fidelity of spouse or sexual partner” („Nawracające podejrzenia, niedające się usprawiedliwić, w kwestii seksualnej wierności współmałżonka czy partnera seksualnego”)
6. „Persistent self-referential attitude, associated particularly with excessive self-importance” („Uporczywe nastawienie ksobne, związane szczególnie z nadmiernym poczuciem własnej ważności”)
7. „Preoccupation with unsubstantiated ‘conspiratorial’ explanations of events around the subject or in the world at large” („Zaabsorbowanie bezpodstawnymi ‘spiskowymi’ wyjaśnieniami wydarzeń wokół siebie lub w szerokim świecie”)

Mizantropia stosowana

Według dr. Todda L. Grandego, człowiek dotknięty paranoicznym zaburzeniem osobowości cechuje się ekstremalną podejrzliwością, nieufnością oraz wrogością wobec gatunku Homo sapiens. Osobnik taki wychodzi z założenia, że istoty ludzkie są z gruntu niegodziwe, a ich motywy – brudne i cyniczne. Uważa, iż nikomu nie można wierzyć, ponieważ każdy może się okazać zdrajcą, szpiegiem lub oszustem. Paranoik „patrzy na ręce” wszystkim ludziom ze swojego otoczenia: rodzinie, znajomym, sąsiadom, wspólnikom. Niestrudzenie szuka na nich „haków”, aby móc bez skrupułów naciągać fakty pod tezę. W uniwersum PPD obowiązuje „domniemanie winy”. Jeśli ktoś nieumyślnie wyrządza choremu szkodę, to zostaje przezeń oskarżony o celowe działanie w złej wierze. Jednostka paranoiczna nigdy nie przebacza realnych ani wyimaginowanych krzywd. Chętnie wypomina bliźnim dawne potknięcia, a nawet dąży do odwetu za doznane urazy. Z wiedzy dr. T.L. Grandego wynika, że Paranoid Personality Disorder to jedno z niewielu zaburzeń osobowości, które wiążą się z podwyższonym ryzykiem zachowań agresywnych względem innych ludzi[1]. Pacjent cierpiący na F60.0 może stosować groźby karalne albo uprawiać szeroko pojęty stalking. Rękoczyny? Człowiek paranoiczny raczej nie zaatakuje nikogo z zimną krwią. Gdyby jednak został wyprowadzony z równowagi, mógłby wdać się w bójkę ze swoim winowajcą. Paranoik żyjący w stałym związku intymnym zazwyczaj jest szalenie zazdrosny o swoją „drugą połowę”. A stąd już tylko krok do ciągłego kontrolowania ukochanej osoby (w poszukiwaniu dowodów ewentualnej zdrady).

Błędne koło

Jak twierdzi dr Todd L. Grande, ludzie dotknięci Paranoid Personality Disorder nie są zupełnie aspołeczni. Pod tym względem różnią się od jednostek schizoidalnych i schizotypowych (PPD, SPD i STPD to trzy zaburzenia osobowości zawarte w klastrze „A” psychiatrycznego podręcznika DSM-5. Wspólnym mianownikiem tych syndromów jest ich „dziwaczny” i „ekscentryczny” charakter)[2]. Większość paranoików wcale nie ma pustelniczej natury ani skłonności do wyruszania na duchową emigrację. Dlaczego więc pacjenci z F60.0 tak często bywają wyalienowani? Ano, dlatego, że zrażają do siebie całe otoczenie społeczne. Ten, kto widzi w innych farbowane lisy, sam w końcu zaczyna być postrzegany jako wilk w owczej skórze. Osoby paranoiczne nieświadomie prowokują bliźnich do negatywnych reakcji, a potem utwierdzają się w przekonaniu, iż od samego początku miały rację (tzn. przejrzały wszystkich na wylot). Paranoik to osobnik, do którego bardzo trudno się zbliżyć. Unika on głośnego wyrażania swoich myśli oraz podawania obszernych informacji na swój temat. Wyznaje bowiem zasadę „wszystko, co powiesz, może być wykorzystane przeciwko tobie”. Jednostka cierpiąca na PPD nie lubi się zbytnio uzewnętrzniać, lecz kiedy inni ludzie próbują coś o niej wyartykułować, ta nierzadko traktuje to jako zamach na swoją reputację (postawa defensywna, konfrontacyjna). Człowiek paranoiczny uchodzi w swoim środowisku za kogoś chłodnego, oschłego, surowego i zgryźliwego. Może jednak dobrze funkcjonować w grupie osób o podobnych zapatrywaniach, np. wśród zwolenników spiskowej teorii dziejów.

Obraza majestatu

Dr n. med. Sławomir Murawiec (psychiatra, psychoterapeuta, publicysta portalu „Medycyna Praktyczna” – MP.pl) odnotowuje, iż ludzie z F60.0 generalnie nie widzą w swoim postępowaniu niczego zdrożnego. Nie uważają się oni za paranoików, toteż nie szukają dla siebie fachowej pomocy. Jeśli trafiają do poradni specjalistycznej, to zwykle dlatego, że ktoś inny zmusił ich do poddania się profesjonalnym badaniom. Czasem jednak chory wpada we własne sidła. Idzie do psychiatry lub psychologa, żeby poprosić o radę w sprawie innej osoby, a przypadkiem dowiaduje się, iż to on jest źródłem zgłaszanego problemu. Zdaniem dr. S. Murawca, ludzie paranoiczni są wyjątkowo niewdzięcznymi pacjentami. Rozpoznanie zaburzenia i propozycję psychoterapii/farmakoterapii często odbierają jako niewybredny afront. Opinia diagnosty jawi im się jako zniewaga, patologizacja krytycznego myślenia albo próba zdyskredytowania antyreżimowej opozycji. Człowiek z PPD, któremu zaoferowano potrzebne leczenie, może gniewnie odrzucić pomocną dłoń. Jeżeli – mimo wszystko – zdecyduje się on współpracować ze specjalistą, raczej nie będzie to oznaczało końca kłopotów. Dr Sławomir Murawiec pisze: „Pacjent z osobowością o typie paranoicznym może się bardzo łatwo poczuć źle traktowany jako pacjent, nieszanowany, niezrozumiany, a nawet niesłusznie oskarżany lub oszukany. (…) Bywa, że kontakt takiej osoby z profesjonalistami ochrony zdrowia jest gwałtownie zrywany, kiedy pacjent ostatecznie utraci do nich zaufanie; czasami kieruje w tych okolicznościach pod ich adresem różne skargi i roszczenia”.

Społeczna dżungla

Mgr Małgorzata Strzałkowska (psycholog, psychoterapeutka, współtwórczyni serwisu ZaburzeniaOsobowosci.pl będącego pobocznym projektem Fundacji im. Boguchwała Winida na Rzecz Rozwoju Psychoterapii Psychoanalitycznej) przybliża nam hipotetyczną genezę Paranoid Personality Disorder. Wedle tej autorki, do wystąpienia F60.0 u syna/córki nierzadko przyczyniają się apodyktyczni rodzice. Chodzi tutaj o dorosłych, którzy wychowują swoją latorośl „w atmosferze lęku oraz podejrzliwości wobec świata i innych ludzi”. Opiekunowie tacy ukazują rzeczywistość społeczną jako pełną niebezpieczeństw, a jednocześnie ignorują potrzeby emocjonalne potomstwa i nie pozwalają mu otwarcie użalać się nad sobą. „W ten sposób powstaje u nich [dzieci – przypis NJN] wzorzec braku podstawowego zaufania do innych. Dziecko uczy się również, że wszystko, co wiąże się ze słabością, jest godne potępienia i pogardy, dlatego trudno mu później zaakceptować jakiekolwiek negatywne cechy u siebie” – tłumaczy mgr M. Strzałkowska. Paranoik wkracza w dorosłe życie z przeświadczeniem, że jest silny, twardy, prawy i sprawiedliwy. Jego egzystencja staje się dramatyczną walką o przetrwanie w środowisku imitującym amazońską dżunglę. Człowiek dotknięty PPD postrzega siebie jako rycerza bez skazy, któremu przyszło stawiać czoło zdegenerowanemu otoczeniu. Nie ufa on ludziom piastującym kierownicze stanowiska, toteż gromko domaga się niezależności i respektowania swoich swobód obywatelskich. Chce być panem własnego losu, gdyż w głębi serca czuje się uciśnioną ofiarą systemu (trauma z dzieciństwa!).

Narcyzi? Anankaści?

Na stronie internetowej „Emocje: życie warte przeżycia” (Emocje.pro) znajdujemy obszerną publikację „Osobowość Paranoiczna. Paranoid Personality Disorder. PPD” składającą się z dwóch treściwych rozdziałów: miniatury literackiej lub studium przypadku (pióra Moniki Rutke) oraz wyczerpującego omówienia F60.0 na tle innych perturbacji osobowościowych (pióra Marii Czarneckiej). Szczególnie ciekawa jest ta druga wypowiedź pisemna, w której zostały przedstawione m.in. podobieństwa i różnice między PPD a NPD. „Osoba paranoiczna, w przeciwieństwie do osoby narcystycznej, nie jest podatna na pochlebstwa i nie przekonuje się do innych ludzi – wyjaśnia Maria Czarnecka. – Osoba paranoiczna jest oddana tylko wobec osób lojalnych i o tym samym systemie wartości, zaś osoba narcystyczna jest w stanie wykorzystać każdego, aby zaspokoić swoje potrzeby. Osoba narcystyczna spodziewa się ze strony innych podziwu, zaś osoba paranoiczna spisku i sabotażu”. Twórczyni cytowanego tekstu podejmuje także próbę porównania PPD z OCPD (osobowością anankastyczną, czyli obsesyjno-kompulsywną). „Obie są racjonalne oraz mocno kontrolujące siebie i innych. Obie mają sztywne przekonania, które zniekształcają rzeczywistość na poziomie procesów uwagi i przetwarzania informacji” – notuje Czarnecka. Na czym więc polega różnica dzieląca te dwa fenomeny? Otóż anankaści nie mają większych problemów z podporządkowaniem się władzom państwowym czy przełożonym w miejscu pracy. Natomiast paranoicy to wieczni dysydenci, którzy widzą w swoich zwierzchnikach skorumpowanych kłamców i krwiopijców.

Norma? Psychoza?

Mgr Lucyna Muraszkiewicz (psycholog kliniczna, długoletnia pracownica Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, dociekliwa blogerka poruszająca tematykę zdrowia psychicznego – SalusProDomo.pl/blog) zapewnia, że nie każdy skryty i sceptyczny człowiek musi być od razu pełnoobjawowym paranoikiem. Tak naprawdę, etykietka F60.0 przysługuje tylko tym delikwentom, których nawyki mentalne rażąco wykraczają poza ramy zdrowego rozsądku. „Za odmianę osobowości paranoicznej mieszczącą się w granicach normy można uznać tak zwany styl czujny – stwierdza mgr L. Muraszkiewicz. – Osoby o stylu czujnym podchodzą do innych z rezerwą i ostrożnością, zwracają uwagę na to, co i jak inni mówią, wychwytują podteksty, są wyczulone na niuanse konwersacji. Jednak nie odrzucają nikogo na podstawie podejrzeń, nie doszukują się lekceważenia, a gdy kogoś poznają, cenią sobie i szanują zaufanie, lojalność i szczerość”. Z drugiej strony, pacjentów dotkniętych PPD nie wolno stawiać w jednym szeregu z nieszczęśnikami cierpiącymi na urojenia prześladowcze. Skrzywienia charakteru i stany psychotyczne to dwie różne rzeczy, chociaż eksperci dowodzą pokrewieństwa między F60.0 a schizofrenią paranoidalną (F20.0) i uporczywymi zaburzeniami urojeniowymi (F22). Mgr Lucyna Muraszkiewicz: „Jeszcze inne badania wskazują na silniejszy genetyczny związek pomiędzy paranoicznym zaburzeniem osobowości a zaburzeniami urojeniowymi, niż obu tymi postaciami a schizofrenią paranoidalną. Klinicyści podkreślają, że dekompensacja osobowości paranoicznej może mieć formę psychozy paranoidalnej”[3].

Homo toxicus

Ramani Durvasula, Ph.D (psycholog kliniczna, naukowiec-dydaktyk Uniwersytetu Stanu Kalifornia w Los Angeles, czołowa gwiazda wirtualnej telewizji „MedCircle” – YouTube.com/channel/UCyGOloOIJWt8NlE4tnejQeA) nie pochwala używania wyrazu „paranoja” w kontekście przesadnej czujności i podejrzliwości względem istot ludzkich. Zdaniem uczonej, słowo to powinno być zarezerwowane wyłącznie dla epizodów psychotycznych, kiedy to chory traci kontakt z rzeczywistością i nie odróżnia faktów od fikcji. Zachowanie osób dotkniętych F60.0 należałoby raczej nazywać nadwrażliwością/przewrażliwieniem. Dr R. Durvasula mówi, że jednostki z Paranoid Personality Disorder potrafią mocno zatruwać życie rozsądnej części społeczeństwa. Chodzi tutaj zwłaszcza o tych pacjentów, którzy dochrapali się stanowisk decyzyjnych, takich jak menedżer czy dyrektor zakładu pracy. Paranoik-kierownik może mieć bowiem obsesję na punkcie bezpieczeństwa, a co za tym idzie – zarządzać rygorystyczne kontrole oraz wdrażać totalitarne procedury w celu wyłapania potencjalnych rabusiów, terrorystów i dywersantów. Osobnik cierpiący na PPD zmierza prosto do potwierdzenia swoich pochopnych wniosków (tendencyjność). Nie zaprząta on sobie głowy weryfikowaniem hipotez alternatywnych, czyli analizą prawdopodobieństwa cudzej niewinności. Człowiek paranoiczny bywa też arogancki, przemądrzały, zrzędliwy i napastliwy. Czasem umyślnie szuka zaczepki, pali za sobą mosty albo sypie pozwami sądowymi jak z rękawa (pieniactwo). Wielu paranoików „zalicza” pasmo nieudanych, pełnych zazdrości związków romantycznych.

Miłość i kariera

Kerris Dillon, Ph.D (psycholog, parapsycholog, licencjonowana agentka nieruchomości i matka-edukatorka domowa z jankeskiego stanu Iowa, twórczyni amatorskich prezentacji multimedialnych o charakterze popularnonaukowym – YouTube.com/channel/UCDKCsUdOTo7FUdCNDDbGQ_A) twierdzi, że osoby dotknięte F60.0 bardzo aktywnie dążą do udowodnienia współmałżonkowi/konkubentowi rzekomej zdrady seksualnej. Jedną ze strategii, po które chętnie sięgają, jest przeszukiwanie „manatków” partnera, znajdowanie losowych drobiazgów i traktowanie ich jako niezbitych dowodów niewierności. Postępowanie takie ma więcej wspólnego z polowaniem na czarownice niż z metodycznym ustalaniem obiektywnej prawdy. Jeśli chodzi o sferę zawodową, pacjenci paranoiczni zdecydowanie wolą tyrać samodzielnie aniżeli w jakimkolwiek zespole. Integracja z grupą roboczą przychodzi im przecież niezmiernie trudno. Przywary typu kłótliwość, konfliktowość, zarozumiałość czy niedopuszczanie odmiennego punktu widzenia nigdy nie sprzyjają owocnej kooperacji. Mogą tylko spowolnić pracę zespołu, a w najgorszym wypadku – całkowicie ją sparaliżować. Niedostosowanie społeczne często prowadzi do tego, że osobnik cierpiący na PPD wybiera wolny zawód lub stanowisko niewymagające intensywnych kontaktów służbowych. Ale samotna harówka nie zawsze jest szczytem ambicji takiego indywidualisty. Otóż wielu paranoikom marzy się władza i bogactwo. Chcą oni zarządzać zasobami ludzkimi, żeby wszystko toczyło się po ich myśli. Stołki dyrektorskie są dla nich atrakcyjne, ponieważ dają namiastkę upragnionej niezależności.

Słowo końcowe

Według naszego ulubionego dr. Todda L. Grandego, rokowania w przypadku osobowości paranoicznej są zazwyczaj „słabe” („poor”). Zaburzenia osobowości z klastra „A” DSM-5 uchodzą wszak za najbardziej terapiooporne i niereformowalne. Paranoicy z reguły nie chcą nad sobą pracować, albowiem nie widzą takiej potrzeby. Nawet, jeśli dostrzegają konieczność zmiany swojego postępowania, zachowują sceptyczną postawę wobec lekarzy, terapeutów oraz samej psychiatrii i psychologii. Co tu dużo mówić… Na paranoików nie ma rady. Trzeba się po prostu pogodzić z ich istnieniem w takiej, a nie innej formie. Warto jednak obserwować, czy nie wyrządzają oni nikomu krzywdy (świadomie lub nieświadomie)[4]. I czy „paranoja niepsychotyczna” nie przepoczwarza im się w „paranoję psychotyczną”[5].

Serdecznie dziękuję za lekturę niniejszego artykułu! Moje poprzednie teksty z tej serii: „Schizoidia i schizoidzi. Czym jest osobowość schizoidalna?” (listopad 2019), „Anankastia i anankaści. Czym jest osobowość anankastyczna?” (grudzień-styczeń 2019/2020), „AvPD. Podtyp schizoidii czy głęboka fobia społeczna?” (luty-marzec 2020). Gdyby ktoś pytał: mam zdiagnozowaną osobowość anankastyczno-unikającą (OCPD + AvPD) z niepatologicznymi/subklinicznymi cechami schizoidalnymi, zależnymi, narcystycznymi i depresyjnymi. Zmagam się także z dolegliwościami natury nerwicowej (agorafobią, socjofobią, natręctwami) tudzież zaburzeniami rytmu snu i czuwania (Circadian Rhythm Sleep-Wake Disorders).

Natalia Julia Nowak,
kwiecień-maj 2020 r.

PRZYPISY

[1] Pozostałe „agresywne” skrzywienia charakteru: osobowość dyssocjalna/antyspołeczna (zdolna do zbrodni z premedytacją), osobowość pograniczna/borderline (zdolna do ślepej furii) i osobowość narcystyczna (zdolna do egoistycznej manipulacji, przemocy psychicznej oraz obojętności na cudze nieszczęście).

[2] Nie zaszkodzi napomknąć, że przypadłości z klastra „A” DSM-5 (paranoiczna, schizoidalna i schizotypowa) bywają zaliczane do tzw. zaburzeń ze spektrum schizofrenii (SSD – Schizophrenia Spectrum Disorders). Czasem do tego kręgu włącza się również osobowość unikającą (AvPD – Avoidant Personality Disorder) z wiązki „C”. W międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10 schizotypia (STPD – Schizotypal Personality Disorder) nie jest uznawana za perturbację osobowościową, tylko za fenomen przypominający psychozę schizofreniczną. Zauważmy, że schizofrenia została tam oznaczona kodem F20, a zespół schizotypowy – kodem F21. Dla ciekawskich: F22 to uporczywe zaburzenia urojeniowe (według dawnej nomenklatury: paranoja prawdziwa), F23 to ostre i przemijające zaburzenia psychotyczne, F24 to indukowane zaburzenia urojeniowe (według dawnej nomenklatury: paranoja udzielona), F25 to zaburzenia schizoafektywne. W księdze ICD-10 nie ma kodów F26 i F27. Istnieją za to kody: F28 (inne nieorganiczne zaburzenia psychotyczne) oraz F29 (nieokreślona psychoza nieorganiczna). Lekarska biblia ICD-10 została opublikowana online przez Światową Organizację Zdrowia (ICD.WHO.int/browse10/2019/en). Podręcznik DSM-5 jest zaś dostępny dla zarejestrowanych użytkowników witryny Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (DSM.PsychiatryOnline.org).

[3] Skoro mowa o urojeniach – symptomach autentycznej psychozy, należałoby ustalić, co oznaczają słówka „paranoiczny” i „paranoidalny”. Wbrew pozorom, wyrazy te nie są synonimami… Oto długi cytat rozwiewający wszelkie wątpliwości w tej kwestii: „Pochodzący od słowa ‘paranoja’ angielski przymiotnik – paranoid w polskiej typologii psychiatrycznej tłumaczony jest w dwojaki sposób: jako paranoiczny lub paranoidalny. (…) Zespół paranoiczny dotyczy usystematyzowanych, spójnych ze sobą urojeń, najczęściej o treściach prześladowczych, wielkościowych i hipochondrycznych – zazwyczaj urojenia dotyczą jednej tematyki. Praca z pacjentami, u których można stwierdzić zespół paranoiczny, jest niezwykle ciężka – zazwyczaj cechują się niskim poziomem wglądu, a co za tym idzie nie dostrzegają w swoim sposobie zachowania braku logiki. Osoby, których objawy tworzą zespół paranoiczny, nie mają zaburzonej struktury osobowości. Zespół paranoidalny, podobnie jak paranoiczny, obejmuje urojenia różnego rodzaju, rzadko kiedy tworzących usystematyzowany kompleks. Co więcej, urojeniom często towarzyszą halucynacje, zazwyczaj słuchowe, z nimi związane. Zarówno urojenia, jak i halucynacje zazwyczaj występują w przebiegu epizodów psychoz, które rzutują na zdolności poznawcze osoby chorej, nie mają zaś charakteru ciągłego” (Katarzyna Wyspiańska, „Otoczony przez wrogów. Osobowość paranoiczna, schizofrenia paranoidalna: różnicowanie”, Emocje.pro).

[4] Wielokrotnym mordercą, u którego zdiagnozowano m.in. Paranoid Personality Disorder, był amerykański zabójca na zlecenie Richard Kuklinski ps. „Iceman” (nie mylić z Ryszardem Kuklińskim ps. „Jack Strong” – pułkownikiem Ludowego Wojska Polskiego i tajnym agentem CIA w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej!). Istnieje film dokumentalny „The Iceman and the Psychiatrist” (HBO 2003) będący zapisem dialogu między Richardem Kuklinskim a Parkiem Dietzem, MD, Ph.D (wybitnym psychiatrą sądowym). Pod koniec rozmowy dr Dietz rozpoznaje u Icemana socjopatię/psychopatię oraz właśnie PPD. Co łączy osobowość dyssocjalną/antyspołeczną (ASPD, F60.2) z osobowością paranoiczną? Na to pytanie odpowiada nam niezawodna Maria Czarnecka (Emocje.pro): „Obie ponad wszystko cenią sobie wolność i autonomię. Bronią jej w dominujący sposób, odpierają próby narzucenia im zewnętrznych ograniczeń, są przy tym zimne i zazdrosne”. Badaczka podkreśla jednak, że osoba paranoiczna – w przeciwieństwie do klasycznego socjopaty/psychopaty – jest gotowa bronić „tych, którzy popierają jej system wartości i są wobec niej lojalni”. Paranoicy wykazują skłonność do fanatyzmu, a nawet mesjanizmu, dlatego mogą postrzegać swoją działalność (także tą przestępczą) jako rodzaj zbawczej misji, np. akcję oczyszczania świata z ludzi uznawanych za śmieci. Uwaga: ciągotami sekciarskimi, utopijnymi i wywrotowymi cechują się głównie pacjenci paranoiczno-narcystyczni!

[5] Dr Todd Grande podaje, że krótkie epizody psychotyczne nie są u paranoików niczym niespotykanym. Takie przelotne psychozy – ogarniające chorego w chwilach bardzo silnego stresu – trwają zwykle od kilku minut do kilku godzin. Symptomami, które naprawdę powinny nas niepokoić, są przedłużające się stany odrealnienia. Mogą one bowiem świadczyć o początkach „paranoi prawdziwej” (uporczywych zaburzeń urojeniowych – F22) bądź innej poważnej anomalii umysłowej. Pamiętajmy, iż wraz z wiekiem maleje prawdopodobieństwo zachorowania na schizofrenię. Rośnie za to ryzyko wpadnięcia w pułapkę usystematyzowanych urojeń. Jak informuje polskojęzyczna Wikipedia, objawy psychotyczne często wskazują też na demencję starczą: otępienie typu alzheimerowskiego, parkinsonowskiego etc. Ale urojenia i omamy o podłożu neurologicznym (w przebiegu schorzeń neurodegeneracyjnych) to zupełnie „inna para kaloszy”. Organiczne przypadłości kognitywne, afektywne i behawioralne zostały opisane w podrozdziale F00-F09 międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10.

 

AvPD. Podtyp schizoidii czy głęboka fobia społeczna?

Tajemnicza przypadłość

Unikające zaburzenie osobowości (Avoidant Personality Disorder – AvPD, F60.6 w międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10)[1] to prawdziwa zagadka dla badaczy i klinicystów. Jak mówi Todd L. Grande, Ph.D (amerykański znawca tematyki psychiatrycznej, profesor nadzwyczajny Wilmington University w północno-wschodnim stanie Delaware, gospodarz edukacyjnego wideobloga YouTube.com/user/RioGrande51), interesująca nas jednostka nozologiczna „zadebiutowała” w 1980 r., kiedy to w Stanach Zjednoczonych ukazał się podręcznik diagnostyczno-statystyczny DSM-III. Z wiedzy dr. Grandego wynika, że kategoria AvPD została utworzona w opozycji do starego pojęcia osobowości schizoidalnej (Schizoid Personality Disorder, F60.1). Miała ona obejmować pacjentów, którzy na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie modelowych schizoidów, ale w głębi serca zmagają się z zupełnie innymi rozterkami. Do dziś nie wiadomo, co właściwie dolega ludziom spełniającym kryteria diagnostyczne Avoidant Personality Disorder. Część specjalistów uważa, że osobowość unikająca – chociaż uwzględniona w klastrze „C” DSM-5 (2013) – jest niepsychotycznym syndromem ze spektrum schizofrenii. Oznacza to, iż ma ona dużo wspólnego z zaburzeniami osobowości należącymi do klastra „A” (schizoidalnym – SPD, schizotypowym – STPD, paranoicznym – PPD)[2]. Inni eksperci twierdzą, że AvPD to rodzaj ciężkiej, utrwalonej fobii społecznej (Social Anxiety Disorder, F40.1). Jeszcze inni postrzegają osobowość unikającą jako byt w 100% samoistny. Jedno jest pewne: F60.6 bardzo utrudnia życie swoim licznym ofiarom.

Kryteria diagnostyczne ICD-10,
WHO.int/classifications/icd/en/GRNBOOK.pdf
[tłum. Natalia Julia Nowak]

1. „Persistent and pervasive feelings of tension and apprehension” („Uporczywe i całościowe uczucia napięcia i obawy”)
2. „Belief that oneself is socially inept, personally unappealing, or inferior to others” („Przeświadczenie, że jest się społecznie nieudolnym, personalnie niepociągającym lub pośledniejszym od innych”)
3. „Excessive preoccupation about being criticized or rejected in social situations” („Nadmierne zaabsorbowanie doświadczaniem krytyki lub odrzucenia w sytuacjach społecznych”)
4. „Unwillingness to get involved with people unless certain of being liked” („Niechęć do angażowania się w związki z ludźmi, dopóki nie uzyska się pewności, iż jest się lubianym”)
5. „Restrictions in lifestyle because of need of security” („Ograniczenia w stylu życia z powodu potrzeby bezpieczeństwa”)
6. „Avoidance of social or occupational activities that involve significant interpersonal contact, because of fear of criticism, disapproval or rejection” („Unikanie społecznych lub zawodowych aktywności, które uwzględniają znaczący kontakt interpersonalny, ze strachu przed krytyką, dezaprobatą bądź odrzuceniem”)

Pesymistyczny fatalizm

Dr Todd L. Grande (korzystający głównie z jankeskiego podręcznika DSM-5) opisuje sylwetkę awojdanta jako człowieka głęboko przekonanego o swojej odmienności od reszty społeczeństwa oraz o byciu skazanym na wieczne odtrącenie. Osobnik cierpiący na AvPD wmawia sobie takie przywary, jak niedostosowanie społeczne czy deficyt umiejętności interpersonalnych. Niska samoocena – połączona z paraliżującym strachem przed negatywną ewaluacją – skłania chorego do wystrzegania się wszelkich okoliczności, w których mogłoby go spotkać odepchnięcie przez jednostkę bądź zbiorowość. Typowy awojdant woli sam podciąć sobie skrzydła (np. wykluczyć się z jakiejś istotnej dziedziny życia) niż czekać, aż zrobią to za niego rozczarowani bliźni. Gdy przeczuwa, że może się skompromitować w zawodzie wymagającym intensywnych interakcji międzyludzkich, decyduje, iż w ogóle nie będzie szukał pracy na takim stanowisku. Gdy podejrzewa, że nie jest przez kogoś bezwarunkowo lubiany, nie angażuje się emocjonalnie w daną znajomość. Sfera romantyczna to dla awojdanta „czarna magia” – zazwyczaj brakuje mu odwagi, żeby zrobić choćby mały krok w kierunku upatrzonego „obiektu westchnień”. Niewiara we własne siły oraz ubóstwo nadziei na lepsze jutro często biorą górę nad nieszczęśliwą miłością (i nie tylko!). Pacjent z AvPD raczej stroni od towarzystwa. Ma ogromną trudność w nawiązywaniu nowych kontaktów, a poza tym sądzi, iż nie pasuje do żadnej grupy koleżeńskiej. Obsesyjnie analizuje, jak jest postrzegany przez świat zewnętrzny. Wszędzie doszukuje się oznak spodziewanej krytyki.

Schizoidzi i paranoicy?

Chociaż dr T.L. Grande potwierdza, że osobowość unikająca w dużej mierze przypomina osobowość schizoidalną, wysuwa tezę, iż podobieństwa te ograniczają się niemal wyłącznie do symptomów behawioralnych. Zarówno schizoidzi, jak i awojdanci są powściągliwymi odludkami, lecz za ich niestandardowym zachowaniem kryją się całkiem inne motywy. Schizoid to urodzony samotnik, aspołeczny i apatyczny z natury. Izoluje się od społeczeństwa, bo nigdy nie lubił działań integracyjnych i nie czuł tak jak większość gatunku Homo sapiens. Nie ma on absolutnie żadnego problemu ze swoją alienacją. Egzystuje zgodnie z własną wolą i nie przejmuje się opinią postronnych obserwatorów. Natomiast awojdant może tylko pomarzyć o takiej harmonii ducha. Daleko mu do spokojnego flegmatyka – jest raczej rozdartym wewnętrznie melancholikiem, ponadprzeciętnie neurotycznym i przewrażliwionym na własnym punkcie. O ile pacjent z SPD (F60.1) biernie usuwa się w cień, o tyle jego odpowiednik z AvPD (F60.6) aktywnie omija niezręczne sytuacje. Dr Grande informuje, że osobowość unikająca bywa też mylona z osobowością paranoiczną, ale to kolejne zbędne nieporozumienie. Różnica między awojdantami a paranoikami polega na tym, że ci pierwsi borykają się z lękiem i wstydem, a ci drudzy – ze złością i wrogością. Człowiek z PPD (F60.0) jest nader podejrzliwy względem swojego otoczenia. Uchodzi za srogiego, pamiętliwego odwetowca. Ma o sobie wysokie mniemanie, czuje się stale atakowany, postępuje w sposób defensywny lub pasywno-agresywny. Nałogowo projektuje na innych własną nienawiść[3].

Śnięte ryby

Zdaniem dr. Todda L. Grandego, korzenie osobowości unikającej sięgają dokładnie tych samych dylematów, jakie leżą u podstaw osobowości zależnej (Dependent Personality Disorder, F60.7). Może się wydawać, że zachowanie ludzi dotkniętych AvPD radykalnie odbiega od zachowania osób cierpiących na DPD. Tymczasem prawda jest taka, że oba te syndromy z klastra „C” DSM-5 mają wspólny mianownik. Pacjenci z F60.6 i F60.7 są nadwrażliwi na krytykę i odrzucenie. Czują się słabi, ułomni, mniej ekspansywni od większości dojrzałych obywateli. W związku ze swoimi kompleksami realizują jednak nieco inne strategie. Awojdanci skazują się na bezterminową izolację, gdyż przewidują, że i tak będą kiedyś zdani wyłącznie na siebie. Żywot autsajdera jawi im się jako ponure fatum, przed którym nie ma drogi ucieczki. Przypominają śnięte ryby płynące bezwiednie z prądem rzeki. Jeśli chodzi o osoby zależne, to boją się one samotności jak diabeł święconej wody. Myśl o samodzielnej egzystencji napawa je bladym przerażeniem, albowiem uznają się za niezdolne do przetrwania na własną rękę. Jednostki z DPD „włażą w d…” wszystkim dookoła: są miłe, zgodne, potulne, uległe. Potrzebują wszak zaplecza społecznego, aby mogło za nie decydować i odpowiadać[4]. Niestety, serwilizm chorych na F60.7 wynika z chronicznego lęku tudzież braku zaufania do drapieżnego świata dorosłych. Co się tyczy ludzi unikających, nie zawsze wegetują oni w totalnej alienacji. Często mają pojedynczych krewnych bądź przyjaciół, na których polegają niczym osoby zależne na swoich dominujących „opiekunach”.

Sztama z borderline

Dr Todd Grande dostrzega również dziwne podobieństwo między Avoidant Personality Disorder a Borderline Personality Disorder (czyli osobowością „z pogranicza”. W krajach, gdzie psychiatrzy zamiast DSM-5 używają ICD-10, aprobowanym ekwiwalentem BPD jest EUPD, F60.3 – „osobowość chwiejna emocjonalnie”. Kategoria EUPD oficjalnie dzieli się na dwa podtypy: „impulsywny” – F60.30 oraz „pograniczny” – F60.31)[5]. Porównanie AvPD do BPD może wyglądać absurdalnie. Przecież awojdanci to bojaźliwi pustelnicy, którzy nie znoszą podejmować jakiegokolwiek ryzyka! Borderowcy słyną zaś z gwałtownych reakcji, niekontrolowanych poczynań i autodestrukcyjnych tendencji… Dr Grande podkreśla jednak, że obie grupy chorych widzą siebie w negatywnym świetle, mają olbrzymie problemy w relacjach międzyludzkich, a ponadto są ciągle przepełnione ujemnymi emocjami. Fakt, iż osoby unikające tłumią w sobie kłopotliwe odczucia, wcale nie czyni ich stabilnymi afektywnie. Może i zachowują pozory zrównoważonych myślicieli, lecz pod maską spokoju ukrywają same zmartwienia. Awojdanci – zupełnie jak borderowcy – doświadczają obezwładniającego strachu przed porzuceniem. Sprawia on, że poniekąd sami nie wiedzą, czego chcą: zacieśnienia więzi z drugim człowiekiem, czy prewencyjnego odsunięcia się odeń? Badania naukowe, do których dotarł dr Grande, sugerują, iż pacjenci z AvPD i BPD czują się niekomfortowo w obliczu „bliskości społecznej” („social proximity”). U tych pierwszych potęguje ona lęk, a u tych drugich – gniew. Z takimi doznaniami trudno funkcjonować w normalnej wspólnocie!

Unikanie w praktyce

Kerris Dillon, Ph.D (psycholog i parapsycholog ze stanu Iowa w centralnej części USA, a zarazem certyfikowana agentka nieruchomości, domowa edukatorka swoich nieletnich dzieci oraz właścicielka amatorskiego kanału YouTube.com/channel/UCDKCsUdOTo7FUdCNDDbGQ_A) twierdzi, że pracownicy z F60.6 zazwyczaj nie robią oszałamiającej kariery zawodowej. Tak bardzo wątpią w swoje możliwości, że nie szukają dla siebie miejsca wśród elit albo rezygnują/dezerterują z umówionych rozmów kwalifikacyjnych. Gdy – ku własnemu zaskoczeniu – otrzymują propozycję awansu, niejednokrotnie udzielają szefostwu odpowiedzi odmownej. Sądzą bowiem, iż nie poradziliby sobie w nowej roli lub nie spełniliby oczekiwań swoich wymagających przełożonych. Podobnie zachowują się zresztą w życiu prywatnym. Awojdanci często nie akceptują zaproszeń na przyjęcia bądź „nie docierają” na zaplanowane spotkania towarzyskie. Nie mają zaufania do samych siebie, toteż stronią od wszelkich sytuacji, w których mogliby popełnić jakąś „gafę” lub przypadkowo podpaść znajomym (i nieznajomym) osobom. Jednostki dotknięte AvPD utrzymują ograniczony kontakt z własną rodziną. W ten sposób uciekają od niewygodnych pytań, oceniających spojrzeń tudzież potencjalnych reprymend. Dr Kerris Dillon zaznacza, że ludzie unikający z reguły nie przyznają się innym do swojego nonsensownego lęku. Brak szczerej komunikacji z bliźnimi powoduje natomiast, iż postępowanie chorych bywa różnie – czasem błędnie – interpretowane przez otoczenie społeczne. Na przykład jako utajony narcyzm: pycha, snobizm, dufność, wzgarda.

Mroczne uniwersum

Athina Ehlen, BA [Hons] (szkocko-grecka absolwentka studiów artystycznych, coach kognitywno-behawioralna akredytowana przez Brytyjskie Towarzystwo Psychologiczne, inicjatorka pomocowego projektu „Courage Coaching” – YouTube.com/channel/UCZeoDmVdW7gTuBDqOcd7qkg) przedstawia nam odrobinę nowych ciekawostek o osobach z Avoidant Personality Disorder. Zacznijmy od tego, że pacjenci cierpiący na to zaburzenie psychiczne egzystują w świecie „dołujących” zniekształceń poznawczych. Obserwują rzeczywistość przez metaforyczne „czarne okulary” – wyznają depresyjny światopogląd i dekodują zewnętrzne sygnały zgodnie z subiektywnymi przekonaniami. Innymi słowy, interpretują wszystko na swoją i cudzą niekorzyść. Awojdanci czują się stale mieszani z błotem, ponieważ dopuszczają do siebie tylko krytyczne uwagi, a pozytywnych znaków nie wychwytują. Jak podaje lic. Athina Ehlen, wielu ludzi z F60.6 nadużywa wyrazów „zawsze” i „nigdy”. Maniera ta zdradza ich wyjątkowe zamiłowanie do uogólnień oraz deterministyczne rozumienie mechaniki wszechświata. Jednostki unikające noszą w sobie cząstkę schizoidalnej mizantropii. Niekiedy mogą więc stosować „domniemanie winy” i tendencyjnie oskarżać bliźnich o wywoływanie różnorakich problemów. Chorzy na AvPD nie okazują wściekłości ani nienawiści w sposób otwarty. Jeżeli chcą komuś zaszkodzić, czynią to poprzez opieszałość albo inne zagrania pasywno-agresywne. I jeszcze jeden smaczek: awojdanci nierzadko wiodą bujne życie w swojej sekretnej krainie wyobraźni. Jest to kolejna cecha zbliżająca ich do tradycyjnych schizoidów.

Płochliwe sarenki

Christine Hammond, LMHC (licencjonowana doradczyni zdrowia psychicznego, której prelekcje ukazują się na oficjalnym profilu jednej z florydzkich placówek terapeutycznych – YouTube.com/user/LifeWorksGroup) podkreśla, że Avoidant Personality Disorder to nie tylko chorobliwa nieśmiałość i patologiczny samokrytycyzm, ale też skrajna introwersja i pragnienie zachowania psychofizycznej przestrzeni osobistej (utożsamianej z komfortem, bezpieczeństwem). Jednostki dotknięte F60.6 nie lubią hucznych zabaw ani przebywania z hałaśliwymi, energicznymi sangwinikami/cholerykami. Nie czerpią one zbytniej przyjemności z takich bodźców – można wręcz powiedzieć, iż tego typu doświadczenia są dla nich nudne. Druzgocząca większość awojdantów nigdy nie zmieni się w lekkoduchów, flirciarzy czy poszukiwaczy przygód. Taki „lifestyle” po prostu nie leży w ich naturze i żadne akty „uszczęśliwiania na siłę” nie przyniosą tutaj efektu. Mogą jedynie pogorszyć sprawę, a nawet bezpowrotnie spłoszyć te nieufne i lękliwe istoty… Każdy, kto chce zdobyć sympatię osoby cierpiącej na AvPD, musi respektować jej specjalne wymagania, w tym potrzebę fizycznego dystansu w kontaktach nieformalnych. Awojdant zdecydowanie NIE jest kimś, kogo można swobodnie zasypywać „całuskami” i „uściskami”. Gdyby doszło do takiego incydentu, człowiek z F60.6 na pewno miałby poczucie naruszenia jego cielesnych tudzież psychologicznych granic. Ekstrawertyczna wylewność byłaby dla niego boleśnie przytłaczająca. Nie próbujmy się narzucać jednostkom unikającym, bo to proceder zbędny i przeciwskuteczny!

Social Anxiety Disorder

Pochylmy się teraz nad nieco inną kwestią… Czym jest fobia społeczna (socjofobia, SAD, F40.1) i jak możemy ją odróżnić od AvPD? Na te pytania odpowie nam prawdziwa lekarka psychiatra – Tracey Marks, MD (afroamerykańska specjalistka prowadząca swój gabinet w południowo-wschodnim stanie Georgia, założycielka popularnonaukowego/poradnikowego kanału o zagadnieniach psychiatrycznych – YouTube.com/user/MarksPsych). Z tego, co mówi dr Marks, wynika, że fobia społeczna ma się tak do osobowości unikającej, jak nerwica natręctw (OCD) do osobowości anankastycznej (OCPD). O ile perturbacje osobowościowe są trwałymi „skrzywieniami” ludzkiego charakteru (niemal „przezroczystymi” dla samego zainteresowanego!), o tyle zaburzenia lękowe/nerwicowe dają się poznać jako obce, dokuczliwe i nieakceptowane przez pacjenta dolegliwości. Osobnik dotknięty socjofobią nie ma problemu z własną mentalnością ani wyuczonymi nawykami. Skarży się on na intensywny, niepożądany, kłopotliwy strach dopadający go w rozmaitych sytuacjach społecznych. Może to być np. ekstremalna trema sceniczna objawiająca się mdłościami i wymiotami tuż przed planowanym występem. Człowiek cierpiący na F40.1 postrzega swoje lęki jako irracjonalne lub wyolbrzymione, a jednak nie potrafi ich skutecznie kontrolować. Fobia społeczna, podobnie jak pozostałe odmiany nerwicy, jest schorzeniem powierzchownym. W walce z tą przypadłością dobrze sprawdzają się antydepresanty – leki przeciwdepresyjne (sertralina, paroksetyna, wenlafaksyna, escitalopram). Niekiedy pomocne bywają także sesje psychoterapeutyczne.

Moja historia

Po raz pierwszy trafiłam do psychiatry w połowie drugiej klasy liceum ogólnokształcącego (2009 r.), kiedy to rówieśnicy-prześladowcy doprowadzili mnie do takiego stanu, że byłam gotowa rzucić szkołę i/lub popełnić samobójstwo. Otrzymałam wtedy nauczanie indywidualne – prawo do nauki w osobnej sali lekcyjnej – oraz diagnozę osobowości anankastycznej, nerwicy natręctw, fobii społecznej, bezsenności i obniżenia nastroju (potem doszło jeszcze podejrzenie STPD). Jako beneficjentka nauczania indywidualnego nadal padałam ofiarą drobnych uszczypliwości w szkolnym korytarzu, ale to już – na szczęście – nie było to samo, co wcześniej[6]. Po maturze świadomie wybrałam studia zaoczne, gdyż panicznie bałam się mieszkania z obcymi ludźmi (w akademiku lub na stancji) oraz docinków z ust balującej studenterii. Do poradni zdrowia psychicznego wróciłam jesienią 2018 r. Młody lekarz rozpoznał u mnie przewlekłą agorafobię z elementami fobii społecznej i nerwicy natręctw, a także długoletnie zaburzenia rytmu dobowego. Po przeszło półrocznej kuracji doktor stwierdził, iż mój zakotwiczony lęk ma podłoże osobowościowe, i skierował mnie na badania psychologiczne. Te zaś wykazały, że mam osobowość anankastyczno-unikającą (z pewnymi cechami schizoidalnymi, zależnymi, narcystycznymi i depresyjnymi). Codziennie łykam antydepresanty i neuroleptyki, stosuję też prometazynę jako nieuzależniający środek sedatywny. Raz w tygodniu korzystam z usług psychoterapeuty (zaoferowano mi 25 spotkań w ramach NFZ). Zaczęłam się nawet starać o orzeczenie o stopniu niepełnosprawności.

Zakończenie

Niniejszy artykuł NIE jest pierwszym, w którym zwróciłam uwagę na zagadnienie Avoidant Personality Disorder. Lapidarne wzmianki o AvPD można bowiem znaleźć w moich dwóch wcześniejszych tekstach: „Schizoidia i schizoidzi. Czym jest osobowość schizoidalna?” (listopad 2019) oraz „Anankastia i anankaści. Czym jest osobowość anankastyczna?” (grudzień-styczeń 2019/2020). Czytelników, którzy jeszcze nie znają tych opracowań, gorąco zapraszam do nadrobienia zaległości. Oba artykuły zamieściłam na moich publicystycznych blogach w darmowych serwisach Blogspot/Blogger, WordPress, LiveJournal, Tumblr i Altervista (Njnowak.blogspot.com, Njnowak.wordpress.com, Njnowak.livejournal.com, Njnowak.tumblr.com, Njnowak.altervista.org).

Natalia Julia Nowak,
luty-marzec 2020 r.

PRZYPISY

[1] Inna, równoważna nazwa fenomenu: „osobowość lękliwa” – „anxious personality” (łac. „personalitas anxifera”). Nie wiem, jak się mówi na człowieka dotkniętego F60.6, dlatego będę używać własnego neologizmu „awojdant” (prymitywnego spolszczenia angielskiego imiesłowu „avoidant” – „unikający”).

[2] Trzeba odnotować, że w Europie (m.in. w Polsce) STPD nie jest zaliczane do zaburzeń osobowości, tylko do zdecydowanie groźniejszych schorzeń psychicznych. Świadczy o tym fakt, iż autorzy medycznej biblii ICD-10 umieścili schizotypię w podrozdziale zatytułowanym „Schizophrenia, schizotypal and delusional disorders (F20-F29)” – „Schizofrenia oraz zaburzenia schizotypowe i urojeniowe (F20-F29)”. Tymczasem SPD, PPD i AvPD znalazły się w podrozdziale „Disorders of adult personality and behaviour (F60-F69)” – „Zaburzenia osobowości i zachowania dorosłych (F60-F69)”. Pełna treść ICD-10 jest ogólnodostępna online w angielskiej wersji językowej (ICD.WHO.int/browse10/2019/en)*. Według dr. Todda L. Grandego, osoby cierpiące na STPD (F21) są w grupie ryzyka zachorowania na schizofrenię. Statystyki pokazują bowiem, że u 30% pacjentów schizotypowych prędzej czy później rozwija się psychoza schizofreniczna (F20) lub inny zespół urojeniowy/halucynacyjny. Mamy tutaj odpowiedź na pytanie, dlaczego cały świat – oprócz Ameryki Północnej – traktuje schizotypię aż tak poważnie. No dobrze, ale… Czym charakteryzuje się owo enigmatyczne Schizotypal Personality Disorder?! Otóż STPD to takie AvPD, lecz z wyraźnymi elementami paranoicznymi i z dodatkowymi atrakcjami w formie symptomów przypominających wytwórcze objawy schizofrenii.

* Piąty rozdział ICD-10 („Chapter V”) obejmuje wszelkiej maści choroby umysłowe. Pozwolę sobie – w wielkim uproszczeniu – podsumować zawartość poszczególnych jego podrozdziałów. F00-F09: demencja starcza, delirium organiczne, otępienie z przyczyn neurologicznych, anomalie psychiczne po uszkodzeniu mózgu. F10-F19: alkoholizm, nikotynizm, narkomania, odmienny stan świadomości pod wpływem substancji psychoaktywnej. F20-F29: schizofrenia, schizotypia, syndrom schizoafektywny, uporczywe urojenia, krótkie epizody psychotyczne. F30-F39: mania, hipomania, depresja, dystymia, cyklotymia, cyklofrenia. F40-F48: nerwica, fobia, hipochondria, stres pourazowy, dysocjacja, somatyzacja. F50-F59: anoreksja, bulimia, patologie snu, psychogenne dysfunkcje seksualne, nadużywanie środków nieuzależniających, choroba duszy w związku z chorobą ciała. F60-F69: perturbacje osobowościowe, utrata kontroli nad impulsami, zespół Münchhausena, parafilie, dysforia płciowa, dezorientacja seksualna. F70-F79: upośledzenie umysłowe. F80-F89: spektrum autyzmu, zakłócenia rozwoju psychologicznego, specyficzne trudności w nauce. F90-F98: dziecięce i młodzieżowe zaburzenia emocjonalne, behawioralne tudzież hiperkinetyczne. F99-F99: niezidentyfikowany przypadek psychiatryczny.

[3] Reprezentatywną postacią fikcyjną z Paranoid Personality Disorder (PPD, F60.0) jest Alastor „Szalonooki” Moody, bohater drugoplanowy w powieściach „Harry Potter i Czara Ognia” (2000) oraz „Harry Potter i Zakon Feniksa” (2003) autorstwa Joanne Kathleen Rowling. Czarodziej ten był wykwalifikowanym aurorem, funkcjonariuszem „kontrwywiadu” (?) na usługach brytyjskiego Ministerstwa Magii.

[4] W jankeskim podręczniku ICD-10-CM, będącym federalną adaptacją ICD-10, składnikiem osobowości zależnej jest abulomania/aboulomania (ICD.codes/icd10cm/F607). Anglojęzyczna Wikipedia definiuje zaś abulomanię/aboulomanię jako „patologiczne niezdecydowanie” – „pathological indecisiveness” (En.wikipedia.org/wiki/Aboulomania).

[5] W księdze ICD-10-CM (ICD-10 Clinical Modification) nie występuje rozróżnienie na „typ impulsywny” i „typ pograniczny”. Nie wyszperamy tam kodów „F60.30” i „F60.31”. Syndrom oznaczony kodem F60.3 (ICD.codes/icd10cm/F603) nosi miano… Borderline Personality Disorder. Wedle załączonej notatki, termin BPD obejmuje cały konstrukt „osobowości chwiejnej emocjonalnie” – EUPD. Kod F60.3 został także przypisany następującym pojęciom: „quarrelsomeness” – „kłótliwość”, „emotionality, pathological” – „emocjonalność, patologiczna” i „excitability, abnormal, under minor stress (personality disorder)” – „pobudliwość, anormalna, pod wpływem niewielkiego stresu (zaburzenie osobowości)”.

[6] Dlaczego doświadczałam bullyingu, czyli gnębienia ze strony młodocianych troglodytów (głównie w liceum, ale również w gimnazjum i starszych klasach podstawówki)? Bo spełniałam oczekiwania dorosłych autorytetów, a protestowałam przeciwko rozwydrzonym niedorostkom. Nie chciałam wagarować, zbierać jedynek, chodzić na dyskoteki, uczestniczyć w pijackich imprezach, palić papierosów, oglądać pornografii, uprawiać seksu przedmałżeńskiego ani symulować (na przerwach w szkole!) czynów nierządnych z młodzieżą płci obojga. Byłam tzw. dzieckiem idealnym, co w wielu „zbuntowanych nastolatkach” wzbudzało oczywistą agresję. Ale nie dałam się przekabacić – nie uległam presji rówieśniczej. Nadal jestem tą samą grzeczną dziewczynką.

ANEKS

Schorzeniem nerwicowym, które łatwo pomylić zarówno z osobowością unikającą, jak i z fobią społeczną, jest agorafobia (F40.0 w międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10). Poniżej przedstawiam dwa cytaty wyjaśniające specyfikę tego psychiatrycznego fenomenu.

„Osoba cierpiąca na agorafobię odczuwa niepohamowany lęk przed przebywaniem w nieznanym dobrze otoczeniu lub wszędzie tam, gdzie nie ma poczucia kontroli nad sytuacją. Może to być otwarta przestrzeń, zatłoczony pokój, podróż autobusem, stanie w kolejce w supermarkecie, przebywanie na moście. Często towarzyszy temu obawa przed publicznym upokorzeniem, głównie z powodu wystąpienia ewentualnego napadu paniki. Dlatego osoby z agorafobią starają się unikać miejsc publicznych, co w dłuższej perspektywie może prowadzić do wystąpienia tzw. fobii społecznej. Agorafobia może być również skutkiem innego zaburzenia, np. stresu pourazowego lub każdego innego, które jest przyczyną irracjonalnego strachu przed wyjściem z domu, do innych ludzi” (Matylda Mazur, „Agorafobia – przyczyny, objawy, leczenie”, Medonet.pl)

„Charakterystyczną cechą agorafobii jest unikanie owych miejsc przez osobę chorą, obawia się ona bowiem, że w takiej dramatycznej sytuacji uzyskanie pomocy albo natychmiastowe opuszczenie niebezpiecznego terytorium będzie trudne lub niemożliwe. (…) Unikanie wszystkich sytuacji i miejsc, których chory się obawia – może być silne. Osoby z agorafobią mogą być niezdolne do opuszczenia domu, jeśli nie towarzyszy im bliska osoba. Jest to wtedy sytuacja rzeczywistego społecznego inwalidztwa, przynajmniej okresowego, które w wypadku agorafobii zdarza się częściej niż w przypadku innych zaburzeń lękowych. Inni chorzy potrafią tak skutecznie unikać ‘niebezpiecznych’ miejsc, że mogą dość dobrze funkcjonować i nie przejawiać ostrych objawów lękowych czy panicznych. (…) Jeżeli nie podejmie się leczenia, lęk agorafobiczny może trwać wiele lat, zmieniać swoją intensywność, ale niejednokrotnie nasila się z czasem” (lek. med. spec. psych. Stanisław Porczyk, „Agorafobia, lęk przed otwartą przestrzenią”, Online.synapsis.pl)

 

Anankastia i anankaści. Czym jest osobowość anankastyczna?

„Może wszystko już wiesz
Może wszystko już masz
Jesteś pewny, że to szczęście

Nie masz czasu na sen
Nie masz czasu na seks
Wciąż od życia chcąc więcej

Zachłanna jest ta gwiazda
Dla której gubisz radość chwil
Liczy się wciąż niepewność
Którą przynoszą dni”

Bajm – „O Tobie”
[z płyty „Szklanka wody”, 2000 r.]

Anankastic Personality Disorder
[F60.5 w klasyfikacji ICD-10]

Temat, który poruszam w niniejszym artykule, jest niezwykle bliski mojemu sercu, ponieważ sama mam zdiagnozowane anankastyczno-unikające zaburzenie osobowości (OCPD + AvPD). O osobowości unikającej wspominałam już w moim poprzednim tekście zatytułowanym „Schizoidia i schizoidzi. Czym jest osobowość schizoidalna?”. Teraz wypadałoby wyjaśnić, o co chodzi z anankastią i anankastami. Na początek należy odnotować, że interesujące nas zaburzenie psychiczne posiada wiele nazw, które wprowadzają pewien zamęt pojęciowy. W międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10 (stosowanej m.in. w Polsce od lat 90. XX wieku) używa się terminu „anankastic personality disorder” – „anankastyczne zaburzenie osobowości”. W podręczniku diagnostyczno-statystycznym DSM-5 (obowiązującym w Stanach Zjednoczonych Ameryki od 18 maja 2013 r.) występuje zaś określenie „obsessive-compulsive personality disorder” – „obsesyjno-kompulsywne zaburzenie osobowości”. Podręczniki DSM-I (1952) i DSM-III (1980) podsuwały zwięzłą nazwę „compulsive personality disorder” – „kompulsywne zaburzenie osobowości”. O tym, że warto promować wyraz „anankastyczny”, świadczy fakt, iż wielu Anglosasów myli „obsesyjno-kompulsywne zaburzenie osobowości” (OCPD) z „zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym” (OCD). Ten ostatni fenomen to po prostu nerwica natręctw, czyli odprawianie kuriozalnych rytuałów w celu odparcia nawracających myśli o niepokojącej treści. Osobowość anankastyczna NIE jest tożsama z owym uciążliwym schorzeniem psychicznym. To ekstremalna anankastia – rodzaj patologii ludzkiego charakteru.

Kryteria diagnostyczne ICD-10
[cyt. za: polskojęzyczna Wikipedia]

1. „nadmiar wątpliwości i ostrożności”
2. „pochłonięcie przez szczegóły, regulaminy, inwentaryzowanie, porządkowanie, organizowanie lub schematy postępowania”
3. „perfekcjonizm (przeszkadza w wypełnianiu zadań)”
4. „nadmierna sumienność z zaniedbaniem przyjemności i relacji interpersonalnych”
5. „przesadna pedanteria i przestrzeganie konwencji społecznych”
6. „sztywność i upór”
7. „irracjonalne sądzenie, że inni dokładnie podporządkują swe działania sposobom działania pacjenta lub nieracjonalna niechęć do przyzwalania innym na działanie”
8. „natarczywe, niechciane myśli i impulsy”

Człowiek z zasadami

Dr n. med. Sławomir Murawiec poświęcił osobom anankastycznym jeden ze swoich artykułów zamieszczonych na stronie internetowej „Medycyna Praktyczna” (MP.pl). W tekście tym możemy przeczytać, że anankasta już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie kogoś surowego i drobiazgowego. Jego twarz emanuje wiecznym skupieniem, a mowa ciała wskazuje na permanentną samokontrolę i brak spontaniczności. Osobnik dotknięty F60.5 zwykle stara się zachowywać w sposób niebudzący żadnych zastrzeżeń. Jest powściągliwy w okazywaniu emocji, uważny podczas wypełniania codziennych obowiązków oraz niesłychanie wrażliwy na to, jak inni ludzie oceniają jego działania tudzież osiągnięcia. Człowiek anankastyczny poważnie podchodzi do życia i wykonywanej pracy, chętnie snuje „plany awaryjne” na wypadek wszelkich nieszczęść. W swoim otoczeniu uchodzi za pedanta/perfekcjonistę z tendencją do pracoholizmu. Przywiązuje ogromną wagę do szczegółów – nie spocznie, dopóki nie poczuje, iż wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Anankasta to typowy fundamentalista moralny, który przestrzega swoich zasad bez względu na okoliczności zewnętrzne. I tutaj sielanka się kończy. Według dr. S. Murawca, jednostka z omawianym zaburzeniem psychicznym „stara się mieć wszystko pod kontrolą, zarówno w stosunku do samej siebie, jak i w zakresie (…) oczekiwań dotyczących postępowania innych osób. (…) Natomiast ci, którzy nie są równie sumienni i nie przejmują się tak normami postępowania, mogą wywołać u osoby anankastycznej dużą złość i chęć wpasowania ich postępowania w obowiązujące reguły”.

Prawie jak autyzm

Naomi Fineberg, MRCPsych – brytyjska lekarka ze specjalizacją z psychiatrii – opowiada o ludziach anankastycznych w swoim krótkim wywiadzie dla amerykańskiego psychiatry Erica Hollandera, MD (YouTube.com/user/SpectrumNeuroscience). Mówi tam, że skrajna anankastia może być cnotą, lecz i przywarą osoby cierpiącej na tę przypadłość. Wiele cech anankastycznych (choćby staranność i dokładność) jest mile widzianych w kulturze euroatlantyckiej oraz preferowanych przez ambitnych rekruterów. Niestety, istnieje też druga strona medalu: jednostki anankastyczne tak bardzo dbają o detale, że pracują w żółwim tempie i nierzadko mają problem z finalizacją misternego projektu. Co więcej, koncentrują się na wykonywanym zleceniu do tego stopnia, iż nie potrafią równolegle realizować innych zadań (brakuje im elastyczności koniecznej do efektywnego wypełniania licznych obowiązków). Kiedy zostają oddelegowane do zrobienia czegoś ważnego, oczekują, że wszystko pójdzie zgodnie z założeniem, a warunki umowy nie ulegną nawet najmniejszej korekcie. Jeśli jednak dochodzi do niespodziewanej zmiany planów, czują się totalnie zbite z tropu. Odczuwają wtedy lęk i złość, które można porównać tylko do frustracji osób z zespołem Aspergera – łagodnym zaburzeniem ze spektrum autyzmu. Anankaści nienawidzą wszystkiego, co niepełne i niedoskonałe, nie tolerują chaosu w żadnej formie. Gdy spotykają kogoś, kto w ich mniemaniu zachowuje się zbyt swobodnie, arbitralnie go dyskredytują. Są sztywni, niereformowalni, zatwardziali. Mają intruzywne myśli i multum rozterek wewnętrznych.

Ułomność czy supermoc?

Todd L. Grande, Ph.D (profesor nadzwyczajny Wilmington University w amerykańskim stanie Delaware, autor wyjątkowo merytorycznego wideobloga o zagadnieniach psychiatrycznych – YouTube.com/user/RioGrande51) opisuje skrajną anankastię jako jedyne zaburzenie osobowości, które z definicji przynosi choremu sporo korzyści. Jest to równocześnie strategia adaptacyjna, która na pozór wygląda zupełnie niegroźnie dla postronnego obserwatora. Osobowość anankastyczna wydaje się zjawiskiem społecznie akceptowalnym, ponieważ współczesna cywilizacja faworyzuje ludzi produktywnych i dobrze zorganizowanych. W wielu środowiskach ceni się takie atrybuty, jak dystans emocjonalny czy umiejętność panowania nad własnymi reakcjami. Pomagają one przecież w budowaniu wizerunku rzetelnego profesjonalisty. Jeżeli ktoś ma skłonność do pracoholizmu, to jest wymarzonym najemnikiem dla każdego wyzyskiwacza, gdyż dobrowolnie zrezygnuje z niejednego urlopu. A jeśli stawia obowiązki służbowe ponad relacjami interpersonalnymi, raczej nie przyniesie firmie wstydu w postaci jakiejś seksafery. Dodatkowe zalety anankastów: punktualność, puryzm językowy, szanowanie powagi sytuacji. Cóż może być złego w takim „pozytywnym” zaburzeniu psychicznym?! Otóż jednostki anankastyczne są niezbyt koleżeńskie, mają piekielne braki w dziedzinie komunikacji niewerbalnej oraz ciężko znoszą słowa krytyki. Empatia zdecydowanie nie jest ich mocną stroną. Osoby dotknięte F60.5 bywają bardzo nietolerancyjne względem ludzi epikurejskich i ekstrawertycznych. Nie aprobują żadnych zachowań impulsywnych.

Ofiarny fanatyk

Kati Morton, LMFT (psycholog kliniczna, terapeutka małżeńsko-rodzinna prowadząca swój gabinet w kalifornijskim mieście Santa Monica, a zarazem właścicielka poradnikowego kanału YouTube.com/user/KatiMorton) twierdzi, że jednostki anankastyczne odczuwają przymus robienia wszystkiego w „jedyny słuszny sposób”. Mają swoje ulubione metody postępowania, których trzymają się jak rzep psiego ogona i nie rezygnują z nich nawet wówczas, gdy inni ludzie postępują inaczej albo proponują sensowne alternatywy. Z punktu widzenia otoczenia anankaści są zamkniętymi umysłowo „betonami”, z którymi trudno się żyje, a jeszcze trudniej kooperuje. Czasem tak bardzo „fiksują się” na preferowanych zasadach działania, że zapominają, po co właściwie je stosują. Kiedy przygotowują jakieś dzieło, poprawiają je mnóstwo razy, ale nigdy nie są zadowoleni z efektu końcowego. Można powiedzieć, iż szukają dziury w całym. Anankasta to człowiek obowiązku – jeśli wierzy, że jest do czegoś zobligowany, na pewno to uczyni. W imię tego, co uznaje za swoją misję, wyrzeknie się każdej przyjemności, choćby zasłużonego odpoczynku i ciepłych relacji z najbliższymi osobami. Tutaj dochodzimy do kolejnej cechy jednostek anankastycznych, czyli do pryncypializmu w kwestiach etycznych bądź ideologicznych. Ortodoksja ta nie wypływa bezpośrednio z norm przyjętych w danej kulturze lub religii. Modelowy pacjent z F60.5 myśli samodzielnie. Jeżeli zostaje nieugiętym radykałem, to dlatego, że tak mu podpowiada własna intuicja. Opinia współwyznawców czy towarzyszy partyjnych nie ma tu znaczenia.

Dyktator i dusigrosz

Ramani Durvasula, Ph.D (psycholog kliniczna, wykładowczyni California State University w Los Angeles, niezastąpiona gwiazda wirtualnej telewizji „MedCircle” – YouTube.com/channel/UCyGOloOIJWt8NlE4tnejQeA) uważa, iż sednem anankastycznego zaburzenia osobowości jest pragnienie, aby uzyskać pełną kontrolę nad własnym życiem. A ponieważ życie składa się z wielu różnorodnych elementów, anankasta próbuje kontrolować wszelkie aspekty swojego istnienia – zarówno wewnętrzne (myśli, emocje, popędy), jak i zewnętrzne (porządek w mieszkaniu, zawartość lodówki, pory spożywania posiłków). Z tej przemożnej potrzeby stabilizacji wynika dążenie do „ustawienia” wszystkich i wszystkiego zgodnie z subiektywnym poczuciem doskonałości. To zaś często spotyka się z oporem innych ludzi, którzy prędzej czy później zaczynają postrzegać chorego jako apodyktycznego narcyza. Relacje osoby anankastycznej z resztą świata – współmałżonkiem, dorastającą latoroślą, przyjaciółmi, sąsiadami – bywają zatem napięte. Jednostki dotknięte F60.5 przejawiają specyficzny stosunek do dóbr materialnych. W ich mniemaniu pieniądze są po to, by je odkładać na czarną godzinę. Nieuchronną konsekwencją takiego rozumowania jest powielanie błędów Ebenezera Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa (1843). Bohater przywołanego utworu dysponował imponującymi oszczędnościami, lecz był zbyt skąpy, żeby z nich skorzystać albo oddać je biednym. Człowiek anankastyczny może uznawać każdy niekonieczny wydatek za zgubną rozrzutność. Dotyczy to nawet drobnych upominków dla kogoś umiłowanego.

OCPD vs OCD

Wróćmy na chwilę do podobieństw i różnic między osobowością anankastyczną (obsesyjno-kompulsywnym zaburzeniem osobowości, OCPD) a nerwicą natręctw (zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym, OCD). Wypada pochylić się nad tą kwestią, bo – jak zauważył dr T.L. Grande – około 25% „natręctwowców” wykazuje także symptomy F60.5. Tracey Marks, MD (afroamerykańska lekarka, specjalistka w dziedzinie psychiatrii, gospodyni edukacyjnego profilu YouTube.com/user/MarksPsych) tłumaczy, że perturbacje osobowościowe tkwią w samym rdzeniu ludzkiego „ja”. Są one czymś, z czym dana osoba zwyczajnie się identyfikuje. Wpływają bowiem na to, kim ktoś jest, za kogo się uważa, jaką ścieżką podąża oraz w jaki sposób buduje więzi ze światem zewnętrznym. Patologie osobowości stanowią cząstkę „natury” konkretnego człowieka. Natomiast zaburzenia lękowe – chociażby nerwica natręctw – są powierzchowne i dają się pacjentowi odczuć jako coś obcego, kłopotliwego, niepożądanego. Gdy dopadają swoją ofiarę, dręczą ją bez litości. Jednostka anankastyczna i osobnik z natręctwami mogą zachowywać się podobnie, ale za tymi działaniami stoją całkiem inne motywy. Jeśli anankasta długo się myje i sprawdza wszystko kilkanaście razy, to dlatego, iż po prostu preferuje taką nadgorliwość. Tymczasem „natręctwowiec” czyni tak z powodu horrendalnego lęku i niepohamowanego przymusu wewnętrznego. Znerwicowana osoba męczy się ze swoimi obsesjami i kompulsjami, jednak nie potrafi ich w pełni kontrolować. Nie lubi tego, co sama robi. Wie, że postępuje absurdalnie, lecz jakoś nie może się powstrzymać.

Brenda aka Terminator

Dr Todd L. Grande opisywał kiedyś casus anankastycznej księgowej z nerwicą natręctw (OCPD + OCD), której współpracownicy nadali przezwisko „Terminator” ze względu na nieokazywanie uczuć, niebranie urlopów, ślepe przestrzeganie dyscypliny tudzież efektywność w ustalaniu nieprawidłowości finansowych. Była to wykształcona dama po pięćdziesiątce, stara panna, która od dziecka kochała weryfikować, czy „kasa się zgadza” i czy dobra ruchome są bezpieczne. Dyrekcja chwaliła ją za solidność i skrupulatność, a szeregowi pracownicy – postrzegali jako wyrachowane i antypatyczne indywiduum. Brenda (bo takim imieniem „ochrzcił” ją dr Grande) nie znosiła rzeczy w jakimkolwiek stopniu uszkodzonych. Pewnego dnia jej samochód został naruszony wskutek parkingowej stłuczki. Cóż kobieta wówczas uczyniła? W ciągu tygodnia wymieniła auto na zupełnie nowe: kupiła ten sam model w tym samym kolorze! Gdy terapeutka Brendy poznała ów motoryzacyjny sekret, zapewne nie posiadała się ze zdumienia… Pełną historię „Terminatora” można usłyszeć w filmiku „Obsessive-Compulsive Disorder & OCPD Presentation Analysis” (YouTube). Ciekawostka: bezceremonialne wyrzucanie podniszczonych przedmiotów NIE jest objawem charakterystycznym dla skrajnej anankastii. Osoby z tym syndromem zdradzają raczej tendencję do szaleńczego zbieractwa – syllogomanii. Wstrzymują się z usuwaniem nawet zawadzających rupieci, ponieważ „wszystko może się jeszcze przydać”. Takie chomikowanie doskonale koresponduje z typowo anankastycznym skąpstwem, drastycznym ograniczaniem wydatków na siebie i bliźnich.

Cluster „C” (DSM-5)

Ehsan Gharadjedaghi, Psy.D (psycholog kliniczny osiadły w kalifornijskim hrabstwie Orange, pomysłodawca branżowego projektu „TherapyCable” – YouTube.com/user/TherapyCable) omawia F60.5 w kontekście tzw. klastra „C” wyodrębnionego w amerykańskim podręczniku diagnostyczno-statystycznym DSM-5. Chodzi tutaj o trzy zaburzenia osobowości, które zostały uznane przez tamtejszych psychiatrów za „lękliwe” i „strachliwe”. Są to: osobowość unikająca („avoidant” – AvPD), osobowość zależna („dependent” – DPD) i osobowość anankastyczna („obsessive-compulsive” – OCPD). Nieszczęśnicy dotknięci przypadłościami z wiązki „C” egzystują w chronicznej trwodze. Jednostki unikające boją się upokorzenia i odrzucenia, toteż wolą tkwić w permanentnej izolacji społecznej niż wyjść do ludzi i doświadczyć spodziewanej krytyki. Z obawy przed wyśmianiem/potępieniem usiłują nie zwracać na siebie uwagi, ale w głębi serca tęsknią za zwykłymi interakcjami społecznymi. Jednostki zależne odczuwają strach przed samodzielnością i podejmowaniem ryzyka. Uwielbiają być wyręczane w dokonywaniu codziennych wyborów, dzięki czemu mogą uniknąć ponoszenia odpowiedzialności za swoje decyzje. Robią z siebie niezaradne dzieci, którym stale trzeba „matkować” lub „ojcować”. Jednostki anankastyczne lękają się utraty panowania nad własnym losem. Przeraża je przyszłość – ta wielka niewiadoma, która może przynieść dużo frasunku. W miarę możliwości próbują więc być przewidujące: przygotowują się psychicznie i materialnie na przyszłe kryzysy oraz niedostatki. Wykazują iście surwiwalową mentalność.

Oszukać przeznaczenie

Zajrzyjmy teraz do artykułu „Osobowość anankastyczna” opatrzonego stopką redakcyjną „opr. aw/aw”. Tekst ten, opublikowany w rzymskokatolickim serwisie Opoka.org.pl, bazuje na książce „Oblicza lęku. Studium z psychologii lęku” niemieckiego psychologa i psychoanalityka Fritza Riemanna (wydanie oryginalne – Monachium 1961, wydanie polskie – Warszawa 2005). Z lektury owego artykułu wynika, że człowiek anankastyczny szczególnie boi się przemijania, czyli upływu czasu niosącego za sobą nieuchronne zmiany we wszystkich sferach ludzkiego istnienia. Świadomość faktu, iż w życiu nie ma nic stałego, doprowadza anankastę do frustracji i rozpaczliwych prób zatrzymania rzeczy znanych. Dochowywanie wierności starym zwyczajom jest wyrazem buntu przeciwko efemeryczności ziemskich spraw – budowaniem domu na skale, który ma trwać pomimo niszczycielskiego działania sił przyrody. Upieranie się przy tym, co sprawdzone i umiłowane, daje wszak namiastkę ponadczasowości. Niestety, takie postępowanie wiąże się również z licznymi skutkami ubocznymi, a zwłaszcza z zaprzepaszczeniem wielu szans na korzystne przeobrażenia. Jeśli wyrobiliśmy w sobie nawyk odrzucania nawet rozsądnych sugestii, to sami podcinamy sobie skrzydła. Mroczne są ponadto konsekwencje ciągłego niezdecydowania. Bywa, że anankasta tak długo zwleka z podjęciem jakiejś decyzji, iż rozważana przezeń opcja przestaje być aktualna. Zdaniem Fritza Riemanna, za anankastyczną niechęcią do zmian kryje się… wyolbrzymiony strach przed śmiercią. Walka z przemijaniem to nieświadome dążenie do nieśmiertelności.

Gombrowiczowska symetria

Jeszcze inny obraz F60.5 wyłania się z naukowego opracowania „Niedojrzałość emocjonalna i moralna a zaburzenia osobowości” pochodzącego z periodyku „Studia Psychologica”, nr 5/2004 (cyfrową wersję tej publikacji udostępniono w elektronicznym archiwum Bazhum.muzhp.pl). Twórca artykułu – dr Włodzimierz Strus z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie – przedstawia osobowość anankastyczną jako absolutne przeciwieństwo osobowości dyssocjalnej (F60.2). Według badacza, skrajna anankastia i socjopatia/psychopatia są względem siebie symetryczne niczym dwie strony tego samego medalu. Zarówno jednostki anankastyczne, jak i dyssocjalne mają ogromny problem z własnym superego. Sęk w tym, że u tych pierwszych jest ono zbyt rozbudowane, a u tych drugich – prowizoryczne. O ile anankasta ujawnia „skrupulanckie” sumienie i nadwrażliwość moralną, o tyle socjopata/psychopata wydaje się pozbawiony hamulców i nieczuły wobec zastanych norm społecznych. Człowiek cierpiący na F60.5 nadmiernie się kontroluje, żyje w nieustannej obawie przed konsekwencjami swoich poczynań. Delikwent z F60.2 działa pod wpływem impulsu, nie bierze na siebie żadnej odpowiedzialności i nie odczuwa strachu przed karą za swoje przewinienia. Jednostka anankastyczna wstydzi się własnej seksualności, próbuje ją trzymać na wodzy. Jednostka dyssocjalna nie zna takich dylematów – jest po prostu hedonistyczna. Anankaści i socjopaci/psychopaci różnią się niczym Filidor i Anty-Filidor z „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza (1937). Ale obie grupy ludności są niedojrzałe emocjonalnie.

3 x M

Kiedy myślę o anankastycznym zaburzeniu osobowości, natychmiast przychodzi mi do głowy Maryla Cuthbert – adopcyjna matka Ani z Zielonego Wzgórza. Bohaterka ta została wykreowana przez Lucy Maud Montgomery w 1908 r. „Maryla była to wysoka i szczupła kobieta o ostrych konturach członków. Jej ciemne włosy o niewielu siwych pasmach zwinięte były stale w gruby węzeł, w morderczy sposób przeszyty dwiema metalowemi szpilkami. Czyniła wrażenie osoby o ciasnym poglądzie na świat i bardzo wymagającej. Jednakże nieznaczny jakiś rys wokoło ust, leciutko tylko naznaczony, wskazywał, że gdyby był cokolwiek bardziej rozwinięty, zdradzałby niewątpliwie skłonność do wesołej ironji” – czytamy w pierwszym rozdziale powieści (tłum. Rozalia Bernsztajnowa, Warszawa 1921, pisownia oryginalna, cyt. za: Pl.wikisource.org). Osobą dotkniętą F60.5 była też zapewne Mildred Ratched, despotyczna pielęgniarka oddziałowa z książki „Lot nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya (1962) i oscarowego filmu Milosa Formana pod tym samym tytułem (1975). Fabuła „Lotu…” ukazuje historię konfliktu między tą pedantyczną pracownicą szpitala psychiatrycznego a zbuntowanym, socjopatycznym pacjentem o nazwisku Randle Patrick McMurphy. Cech anankastycznych można by się także doszukiwać u prof. Minerwy McGonagall, opiekunki Gryffindoru w szkole magii Hogwart. Wspomniana postać występuje w powieściach o Harrym Potterze autorstwa Joanne Kathleen Rowling (1997-2007) i w kinowych adaptacjach tego cyklu prozatorskiego (2001-2011). McGonagall to bardzo mądra czarownica, lecz surowa i restrykcyjna.

Żelazna dziewica

Urodziłam się 19 lutego 1991 r. na Kielecczyźnie. Jako nastolatka byłam „czarną owcą” w moim środowisku rówieśniczym. Nie tylko dlatego, że chętnie ubierałam się na czarno, ale przede wszystkim dlatego, iż zachowywałam się inaczej niż większość moich znajomych. Zawsze pilnie się uczyłam, odrabiałam lekcje i respektowałam grono pedagogiczne. Co gorsza, nie chodziłam na imprezy, nie podrywałam chłopaków i nie oglądałam materiałów XXX. Te wszystkie „zbrodnie” wystarczały, żeby być „na cenzurowanym” od końca podstawówki aż do egzaminu maturalnego. Na studiach wypruwałam sobie żyły, aby zaliczyć komplet przedmiotów z najwyższym możliwym dla mnie wynikiem. Dzięki swojej determinacji trzykrotnie pobierałam stypendium rektora za wysoką średnią ocen: dwa razy na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach (500 zł miesięcznie) i raz na Uniwersytecie Warszawskim (550 zł miesięcznie). Co zrobiłam z zarobionymi pieniędzmi? Nie, nie roztrwoniłam ich na luksusy/hulanki. Umieściłam je na lokacie bankowej, żeby się powoli mnożyły i zabezpieczały finansowo moją przyszłość. Nigdy nie umówiłam się z nikim na randkę ani nie poszłam z nikim do łóżka. Nie uznaję seksu przedmałżeńskiego i nie popełniłabym takiego czynu nawet dla „niewinnego” eksperymentu. Hołduję tradycyjnej zasadzie „jak kocha, to poczeka” (min. 3 lata). Nie chcę mieć nieślubnych dzieci, więc nie dopuszczam się głupstw, których skutkiem mogłaby być ciąża i oddanie noworodka do okna życia. Jestem dumna, zimna, przezorna i zapobiegliwa. Irracjonalne „błędy młodości” omijają mnie szerokim łukiem.

Natalia Julia Nowak,
grudzień-styczeń 2019/2020

PS 1. Z tymi „Terminatorami” to faktycznie jest coś na rzeczy. Osobowość anankastyczna została u mnie zdiagnozowana w 2009 r., osobowość unikająca – w 2019 r. Kiedyś na studiach licencjackich (2010-2013) życzliwa koleżanka wyjawiła mi, że studentka X w prywatnych konwersacjach nazywa mnie robotem. Później sama usłyszałam to określenie („robot”) na własne uszy. Hmmm…

PS 2. Funkcjonuje ciekawy wideoblog poświęcony w 100% osobowości anankastycznej, czyli północnoamerykańskiemu „obsesyjno-kompulsywnemu zaburzeniu osobowości”. Projekt nosi tytuł „OCPD: My Life in Debris”, co w tłumaczeniu na polszczyznę oznacza „OCPD: Moje Życie w Gruzach” (YouTube.com/ocpdmylifeindebris). Założycielem tego vloga jest niejaki Darryl – prawdziwy anankasta ze Stanów Zjednoczonych. O swoim OCPD wielokrotnie opowiadała też znerwicowana, kanadyjska wideoblogerka Emma, właścicielka amatorskiego kanału „EmmAnxiety” (YouTube.com/channel/UCWwm_9iH0k3inBrknkE9oag). Inna anankastka zamieszczająca swoje audiowizualne miniprodukcje na YT: „Let’s Talk Mental Health” – „Porozmawiajmy o Zdrowiu Psychicznym” (YouTube.com/channel/UC9LuPdpWmojRJqSzKPgm0ag).

PS 3. W akapicie „Gombrowiczowska symetria” pisałam o rozbieżnościach między osobowością anankastyczną a osobowością dyssocjalną. Nie zaszkodzi odnotować, że ta ostatnia jest znana w USA jako „antyspołeczne zaburzenie osobowości” (ASPD – „antisocial personality disorder”). Twórcy podręcznika DSM-5 przyporządkowali dyssocjalność/antyspołeczność do klastra „B”. Obejmuje on cztery zaburzenia osobowości, które na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie „dramatycznych”, „emocjonalnych” i/lub „niekonsekwentnych” (oto ich lista: ASPD – osobowość antyspołeczna, NPD – osobowość narcystyczna, HPD – osobowość histrioniczna, BPD – osobowość pograniczna/borderline). Ludzie dyssocjalni bywają nieoficjalnie dzieleni na socjopatów i psychopatów. W serwisie YouTube znajdziemy wiele krótkich filmików demaskujących podobieństwa i różnice między socjopatami a psychopatami, np. „What is the Difference Between Sociopathy and Psychopathy?” (YouTube.com/user/RioGrande51), „Sociopath vs Psychopath: What’s the Difference?” (YouTube.com/user/Psych2GoTv), „Sociopath vs Psychopath – What’s The Difference?” (YouTube.com/user/TheInfographicsShow), „Difference between a psychopath and a sociopath” (YouTube.com/user/businessinsider).

PS 4. Jeśli wierzyć anglojęzycznej Wikipedii powołującej się na badania Belindy Board i Katariny Fritzon z University of Surrey (południowo-wschodnia Anglia), istnieją trzy perturbacje osobowościowe, które częściej spotyka się u Brytyjczyków na stanowiskach kierowniczych niż u pacjentów Broadmoor Hospital – pilnie strzeżonego zakładu dla niepoczytalnych przestępców. Tymi trzema „elitarnymi” patologiami są: osobowość narcystyczna, osobowość histrioniczna i osobowość anankastyczna. Chyba nikogo to nie dziwi!

PS 5. Nurtuje mnie następujące pytanie… Czy Władysław Gomułka, pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego PZPR w latach 1956-1970, nie był jednym z sukcesywnych anankastów? Do takich refleksji skłania mnie seans fabularyzowanego dokumentu „Towarzysz Wiesław. Od agitatora do dyktatora” (reż. Piotr Boruszkowski, TVP 2014). Co się tyczy spisu fikcyjnych postaci z F60.5, należałoby do niego dodać Artura, protagonistę sztuki teatralnej „Tango” Sławomira Mrożka (1964). Zauważmy, że antagonistą tego autorytarnego młodzieńca jest lokalny degenerat Edek – socjopata, osobnik dyssocjalny/antyspołeczny.

 

Schizoidia i schizoidzi. Czym jest osobowość schizoidalna?

„Zapytasz ją, gdzie jest sens
wśród szarych dni szarego przemijania.
Ona, Alicja, to wie.
Szczęśliwa jest, choć żyje całkiem sama.

Jej oczy bramą na tamten świat,
co się jak kameleon zmienia.
Serce niezwykłe… Odczuwać tak…
Jak struna drży, gdy grają jej marzenia.

(…) Opisujesz jej swój dziwny strach,
który nie daje myślom odlecieć.
Ona, uśmiechnięta, odpowie tak:
– Po drugiej stronie lustra jest lepiej”

Closterkeller – „Alicja”
[z płyty „Cyan”, 1996 r.]

Schizoid Personality Disorder (SPD)
[F60.1 w klasyfikacji ICD-10]

Schizoidalne zaburzenie osobowości (chorobliwa schizoidia – styl charakteru) przejawia się nieodpartą potrzebą zachowania psychofizycznej przestrzeni osobistej oraz emocjonalnego dystansu wobec innych ludzi. Potrzeba ta skutkuje trwałą preferencją samotnictwa, niechęcią do budowania głębokich więzi międzyludzkich, nieangażowaniem się w istniejące relacje interpersonalne, a także tendencją do skrytości, tajemniczości, małomówności i bujania w obłokach. Jednostka schizoidalna jest nieprzystępna i introwertyczna – niemal zawsze zamyka się w sobie, męczy się podczas spotkań rodzinnych/służbowych, umyślnie izoluje się od otoczenia oraz nie znosi, gdy inni ludzie „zawracają jej gitarę”. Jak nietrudno odgadnąć, schizoid najlepiej czuje się we własnym towarzystwie i doskonale potrafi się sobą zająć. Do jego ulubionych aktywności należą: rozmyślanie, fantazjowanie i oddawanie się jednoosobowym pasjom, takim jak twórczość artystyczna, działalność badawcza czy spędzanie całych dni przed ekranem komputera (no-life). Mimo że czasem odzywa się w nim tęsknota za przyjaźnią, miłością lub odrobiną szaleństwa, prawie nigdy nie jest ona na tyle silna, żeby wychodziła poza sferę wstydliwych marzeń i abstrakcyjnych refleksji. Schizoid – chociaż niepospolicie wrażliwy – zazwyczaj zaspokaja swoje sekretne pragnienia w bogatym, acz niedostępnym dla innych ludzi królestwie wyobraźni. Jednostki dotknięte SPD zwykle nie mają żadnych przyjaciół oprócz krewnych pierwszego stopnia. I choć niekiedy czują się samotne, świadomie nie dopuszczają do siebie nikogo obcego.

Kryteria diagnostyczne ICD-10
[cyt. za: polskojęzyczna Wikipedia]

1. „brak lub znikome działania służące przyjemności”
2. „chłód emocjonalny”
3. „ograniczona zdolność wyrażania emocji wobec innych”
4. „niezainteresowanie pochwałami i krytyką”
5. „brak zainteresowania doświadczeniami seksualnymi”
6. „preferencja samotnictwa”
7. „pochłonięcie introspekcją”
8. „brak bliskich związków”
9. „niewrażliwość wobec norm społecznych”

Dwie twarze mizantropa

Dr n. med. Sławomir Murawiec, autor zwięzłego artykułu „Osobowość schizoidalna” opublikowanego w serwisie internetowym „Medycyna Praktyczna” (MP.pl), opisuje schizoidów jako outsiderów posiadających dwa oblicza. Jedno z nich istnieje na użytek świata zewnętrznego i pozwala chorym przetrwać w większości sytuacji społecznych. Drugie – ma charakter ściśle tajny i ujawnia się tylko wtedy, gdy schizoid przebywa w samotności lub w towarzystwie nielicznych zaufanych osób. Według dr. Murawca, jednostka dotknięta skrajną schizoidią „często robi wrażenie chłodnej emocjonalnie, pochłoniętej własnymi przemyśleniami i sprawami. W czasie spotkania nie wyda się kimś serdecznym i łatwo nawiązującym kontakt. Przeciwnie, najczęściej jest odbierana jako mało empatyczna i mało uczuciowa, jako emocjonalnie zdystansowana. (…) Jej ubiór będzie najczęściej poprawny, czasami może być ekscentryczny, ale nie będzie podążał za najnowszymi trendami mody”. Pod tą twardą skorupą i pozorną obojętnością na cudze dole-niedole kryje się jednak istota łagodna, marzycielska oraz skłonna do filozoficznych rozważań, która panicznie boi się naruszenia jej psychicznej i cielesnej integralności. Surowa maska, jaką nakłada na siebie schizoid, pełni funkcję czysto ochronną. Bo gdy nie można zamknąć się w czterech ścianach, trzeba po prostu zamknąć się w sobie… Tak jak to czynił Winston Smith, główny bohater powieści „Rok 1984” George’a Orwella (1949). „Nic nie było twoje oprócz tych kilku centymetrów sześciennych zamkniętych pod czaszką” – czytamy w owej literackiej antyutopii.

Pro publico bono

Mgr Katarzyna Synówka, twórczyni tekstu „Schizoidalne zaburzenia osobowości” (zamieszczonego na stronie ZaburzeniaOsobowosci.pl prowadzonej przez Fundację im. Boguchwała Winida na Rzecz Rozwoju Psychoterapii Psychoanalitycznej), próbuje scharakteryzować niespokojne wnętrze osoby schizoidalnej. Zdaniem autorki, schizoid jest człowiekiem niepewnym własnej tożsamości, pozbawionym zaufania do samego siebie, a zarazem podejrzliwym względem innych istot ludzkich. Obawia się on, że mógłby nieumyślnie skrzywdzić kogoś bliskiego lub samemu doświadczyć traumy wskutek toksycznej relacji interpersonalnej. Celowo wybiera więc samotność jako formę „mniejszego zła”. Jednostka schizoidalna czuje się niezręcznie z powodu faktu, że nie potrafi przezwyciężyć swoich dziwnych zahamowań. Martwi się, że coś z nią jest nie tak, a to prowadzi ją do konkluzji, iż powinna – dla dobra wspólnego – trzymać się z daleka od społeczeństwa (błędne koło!). Schizoid postrzega siebie jako osobnika groźnego i przypisuje tę cechę również innym przedstawicielom gatunku Homo sapiens. Trzymanie bliźniego na dystans i odgradzanie się od jego emocji daje choremu złudzenie bezpieczeństwa, ale w dłuższej perspektywie skutkuje poczuciem wyobcowania oraz wątpliwościami dotyczącymi sensu dalszej wegetacji. Człowiek schizoidalny odbiera sobie szansę na rozwinięcie wielu umiejętności społecznych i faktycznie czyni siebie niezdolnym do prawidłowego funkcjonowania w jakiejkolwiek wspólnocie. Konsekwencją takiego postępowania jest tylko pogłębienie alienacji i dylematów egzystencjalnych.

Aspołeczni i aseksualni

Todd L. Grande, Ph.D (pracownik naukowy Wilmington University w amerykańskim stanie Delaware, właściciel popularnego wideobloga o zdrowiu psychicznym – YouTube.com/user/RioGrande51) poświęcił jednostkom schizoidalnym kilka krótkich filmików. Jak wynika z wiedzy uczonego, schizoidzi są wybitnymi samotnikami, którzy „nie pragną” („no desire”) bliskich relacji z innymi ludźmi. Osobom tym jest po prostu wygodnie w stanie permanentnej izolacji i nie usiłują one zmienić swojego losu. Nie oznacza to bynajmniej, że wszyscy schizoidzi są ekonomicznie bezproduktywni. Przeciwnie, wielu z nich posiada stałe zatrudnienie (np. w charakterze stróża nocnego) i wzorowo wypełnia swoje obowiązki zawodowe. Wbrew obiegowej opinii, schizoidzi nie są pozbawieni życia emocjonalnego. Owszem, spektrum dostępnych dla nich uczuć jest węższe niż u większości społeczeństwa, lecz absolutnie nie czyni ich to lodowatymi biorobotami. Tym, co wielu schizoidom nastręcza poważnych trudności, jest wyrażanie własnych stanów wewnętrznych. Niektórzy zmagają się z tzw. płaskim afektem, czyli minimalną/zerową ekspresją odczuwanych emocji. Ludzie dotknięci skrajną schizoidią często bywają niewrażliwi na krytykę i pochwały ze strony otoczenia, a przynajmniej sprawiają wrażenie obojętnych cyników. Generalnie, nie zawierają oni małżeństw – decydują się na życie z rodzicami albo w pojedynkę. Wielu schizoidów nie chce nawet słyszeć o zdobywaniu jakichkolwiek doświadczeń erotycznych z innymi istotami ludzkimi (!). Ten specyficzny aseksualizm jest jednym z kryteriów diagnostycznych SPD.

Cluster „A” (DSM-5)

Ehsan Gharadjedaghi, Psy.D (działający w USA psycholog kliniczny, inicjator edukacyjnego projektu „TherapyCable” – YouTube.com/user/TherapyCable) omawia ekstremalną schizoidię w kontekście innych zaburzeń osobowości zaliczanych (w amerykańskim podręczniku diagnostyczno-statystycznym DSM-5) do klastra „A”. Wiązka ta obejmuje patologie charakteru postrzegane przez zdrową część populacji jako „dziwaczne” lub „ekscentryczne”. Należą do nich: osobowość paranoiczna – PPD, osobowość schizoidalna – SPD i osobowość schizotypowa – STPD (uwaga: w Europie schizotypia nie jest uznawana za zaburzenie osobowości, tylko za „zaburzenie typu schizofrenii”! Stary kontynent korzysta z międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10!). Jak podaje dr E. Gharadjedaghi, ludzie dotknięci zaburzeniami z klastra „A” egzystują w przewlekłej alienacji, lecz wynika to z różnych przyczyn. Jednostki paranoiczne zrywają kontakty z otoczeniem, bo są nadmiernie podejrzliwe wobec swoich bliźnich, czują się atakowane i zaszczute, mają głowy wypełnione niezliczonymi teoriami spiskowymi. Jednostki schizotypowe są wykluczane i stygmatyzowane, gdyż wypowiadają się w niezrozumiały sposób, myślą kategoriami magicznymi lub metafizycznymi, opowiadają o swoich rzekomych doświadczeniach ze sferą nadprzyrodzoną (tzn. o pseudohalucynacjach?). Jednostki schizoidalne wycofują się z życia towarzyskiego, ponieważ uzmysławiają sobie, że nie reagują tak jak większość ludzkości. Nie cieszy ich i nie porusza to samo, co innych ludzi, mają po prostu odmienne zainteresowania i wyobrażenia o świecie.

Dawniej i dzisiaj

Wielu ciekawostek o schizoidach dostarcza nam trzyczęściowa prezentacja multimedialna pt. „Schizoids” (YouTube.com/user/darknightseeker). Nie znam personaliów jej autora, ale wszelkie poszlaki sugerują, iż jest to jakiś nauczyciel akademicki – ścieżka dźwiękowa brzmi, jakby została nagrana podczas wykładu na wyższej uczelni. W materiale, o którym mowa, DarkNightSeeker informuje swoich słuchaczy, że pojęcie schizoidii istnieje w psychiatrii od dawna, jednak kiedyś było ono znacznie szersze niż obecnie. Przykładowo, w 1925 r. Ernst Kretschmer podzielił schizoidów na dwa typy: „nadwrażliwy” i „niewrażliwy”. Ten pierwszy odpowiada kryteriom diagnostycznym współczesnego „unikającego zaburzenia osobowości” (AvPD), które w tamtych czasach nie stanowiło odrębnej jednostki nozologicznej[1]. DarkNightSeeker podkreśla, że jeszcze w latach 70. XX wieku pojęcie schizoidii obejmowało też niektóre objawy zaburzeń schizotypowych. Gdy ukazał się rewolucyjny podręcznik DSM-III (1980), z osobowości schizoidalnej powstały następujące kategorie medyczne: SPD, STPD i AvPD. Twórca omawianej prezentacji podważa słynny aseksualizm schizoidów. Wysuwa hipotezę, iż chodzi w nim o odrzucenie aktów płciowych opartych na miłosnej namiętności, a nie o brak zainteresowania fizyczną przyjemnością (chociaż dorośli z SPD faktycznie są mniej hedonistyczni od swoich zdrowych rówieśników!). Niektórzy schizoidzi się żenią albo wychodzą za mąż, lecz nie potrafią zapewnić swojej żonie lub swojemu mężowi emocjonalnego ciepła. Nawet w takich związkach pozostają oziębli, szorstcy.

Pasywni nudziarze

Tematowi schizoidalnego zaburzenia osobowości przyjrzała się także psycholog kliniczna Kati Morton, LMFT (licencjonowana terapeutka małżeńsko-rodzinna z Kalifornii, która zamieszcza swoje audiowizualne miniprodukcje na kanale YouTube.com/user/KatiMorton). W filmiku poświęconym SPD kobieta raportuje, że – według aktualnej edycji DSM – skrajna schizoidia składa się z dwóch podstawowych elementów. Pierwszym z nich jest tendencja do nieangażowania się w relacje interpersonalne, natomiast drugi komponent to ograniczona ekspresja emocjonalna względem napotykanych istot ludzkich. Te dwie słabości natury psychicznej przekładają się na konkretne zachowania chorego: preferencję samotnictwa i powściągliwość w okazywaniu uczuć. Zgodnie z tym, co ustalili autorzy DSM-5, dojrzałe SPD zaczyna się zwykle we wczesnej dorosłości (aczkolwiek pierwsze anomalie mogą być widoczne już w okresie niemowlęcym, o czym wyraźnie mówił DarkNightSeeker!). Zdaniem mgr K. Morton, schizoidzi jawią się otoczeniu jako bierni flegmatycy, których trudno wyprowadzić z równowagi i którzy wiodą monotonne życie bez większych aspiracji. Zdecydowanie nie są oni karierowiczami uczestniczącymi w wyścigu szczurów. Nie są też rodzinni: nie pielęgnują więzi z własnymi krewnymi. W stresujących sytuacjach mogą popadać w kilkuminutowe/kilkugodzinne epizody psychotyczne, ale rzadko oznaczają one początek schizofrenii. Mimo licznych podobieństw osobowość schizoidalna nie może być mylona z zaburzeniami ze spektrum autyzmu (ASD). Ludzie cierpiący na SPD nie zdradzają pędu do powtarzalności.

Schizophrenia Spectrum Disorders (SSD)

Według jednej z teorii dotyczących zdrowia psychicznego, patologie charakteru z klastra „A” przypominają pewne aspekty zaburzeń schizofrenicznych. DarkNightSeeker zwrócił uwagę na fakt, iż schizoidia jest podobna do negatywnych/deficytowych objawów schizofrenii, a schizotypia – do symptomów pozytywnych/wytwórczych. Jak twierdzi psycholog kliniczna Ramani Durvasula, Ph.D (wykładowczyni Uniwersytetu Stanu Kalifornia w Los Angeles, która systematycznie udziela wywiadów dla wirtualnej telewizji „MedCircle” – YouTube.com/channel/UCyGOloOIJWt8NlE4tnejQeA), istnieją twarde dowody na genetyczny związek między schizofrenią a innymi zaburzeniami z tego samego spektrum psychopatologicznego. Badania empiryczne pokazują, że problemy spod znaku SSD często występują w obrębie jednej rodziny biologicznej. Jeśli jesteś schizofrenikiem, to masz spore szanse na to, iż Twoje dzieci okażą się schizoidalne bądź schizotypowe. Jeżeli zaś rozwinęło się u ciebie SPD lub STPD, musisz wiedzieć, że Twoje potomstwo będzie szczególnie zagrożone zapadnięciem na schizofrenię. Oczywiście, dziedziczna predyspozycja to jeszcze nie wyrok skazujący… Wracając do schizoidalnego zaburzenia osobowości: dr R. Durvasula poucza, że przeciętnemu zjadaczowi chleba schizoid może się jawić jako osoba pogrążona w depresji. Wygląda on bowiem na człowieka apatycznego, który stracił zainteresowanie całym światem. Ale to tylko pozory. W rzeczywistości jednostka dotknięta SPD wcale nie rozpacza z powodu swojej pustej wegetacji. Jej domniemana „pochmurność” to de facto bezbarwna indyferencja.

Karuzela tożsamości

Joanna Zbroniec, BSc [Hons] (absolwentka rozszerzonych, licencjackich studiów psychologicznych oraz studiów podyplomowych z zakresu psychologii stosowanej i coachingu, brytyjska twórczyni internetowa znana z branżowego kanału „MindMastery” – YouTube.com/user/1Eruanis), skłania się w kierunku ciekawej koncepcji dotyczącej umysłowości schizoidów. Koncepcja ta głosi, że „prawdziwe ja”, którego schizoid strzeże jak oka w głowie, tak naprawdę nie istnieje. Osoba z SPD nie posiada spójnej, klarownej, ugruntowanej tożsamości, a zatem nie wie, kim jest i dokąd zmierza. Schizoidalne „ja” wydaje się rozbite na drobne kawałki. Naturalnie, nie wygląda to aż tak drastycznie jak w przypadku schizofrenii czy DID/MPD. Powoduje jednak, że w zależności od etapu życia lub sytuacji zewnętrznej schizoid może różnie postrzegać siebie, innych ludzi i swoje miejsce we wszechświecie. Jednostka cierpiąca na SPD ma tendencję do występowania w czterech karykaturalnych rolach: jako Władca, Niewolnik, Zdrajca albo Wygnaniec. Żadna z nich nie jest pełna ani trwała. Zmieniają się one niczym pory roku i wpływają na stosunki chorego ze środowiskiem społecznym. Czasem schizoid bywa narcystyczny, apodyktyczny i egoistyczny, innym razem – bezradny, ofiarny i zahukany. Niekiedy ogarnia go mizantropia i bunt przeciwko ludzkości, a niekiedy pragnienie, żeby rzucić wszystko i udać się na emigrację wewnętrzną. Teorię czterech tożsamości, na którą powołuje się lic. J. Zbroniec, ukuły same osoby schizoidalne. Podano ją na stronie samopomocowej SelfInExile.com (red. nacz. Rachel).

Fritz Riemann o schizoidach

Dość nieprzychylny obraz schizoidów wyłania się z książki „Oblicza lęku. Studium z psychologii lęku” niemieckiego psychoanalityka Fritza Riemanna (wydanie oryginalne – 1961, wydanie polskie – 2005). Z poglądami wyrażonymi w tym dziele zapoznaje nas autor artykułu „Osoba schizoidalna a miłość” zamieszczonego w rzymskokatolickim[2] serwisie Opoka.org.pl (stopka pod tekstem: „opr. aw/aw”). Możemy tam przeczytać, że pierwsze oznaki schizoidii bywają widoczne już w dzieciństwie (gdy dziecko ewidentnie nie radzi sobie w kontaktach z rówieśnikami) albo w okresie adolescencji (gdy nastolatek ciągle filozofuje w samotności i nie wykazuje zainteresowania romantycznymi uniesieniami). Problemy jednostki schizoidalnej ulegają nasileniu u progu dorosłości, kiedy głównym dylematem schizoida staje się konflikt wewnętrzny między napięciem seksualnym a strachem przed bliskością z drugim człowiekiem. Część osób dotkniętych SPD sięga wówczas po najgorsze rozwiązanie: decyduje się na przypadkowe kontakty płciowe z nieznajomymi partnerami. Niektórzy schizoidzi tworzą sztuczne układy intymne, w których druga osoba jest dehumanizowana oraz traktowana jako instrument do zaspokajania własnych popędów. W tych atrapach związków osoby schizoidalne bywają podłe wobec swoich partnerów – nieczułe, podejrzliwe i sarkastyczne. Nierzadko wyżywają się na nich, jakby „druga połówka” stanowiła idealny obiekt do rozładowywania stłamszonego gniewu. Jednostka cierpiąca na SPD jasno oddziela uczucia od erotyzmu. Uważa, że można miłować bez spółkowania i spółkować bez miłowania.

Schizoidzi w kulturze

Stereotypowym, indyferentnym, cynicznym schizoidem, w dodatku mocno oderwanym od rzeczywistości, jest sławetny „motylek, co ma wszystko w d…” – antybohater wulgarnej, humorystycznej animacji internetowej z przełomu tysiącleci (albo z początku XXI wieku). Owad ten ujawnia 100% symptomów SPD podanych w oenzetowskiej księdze ICD-10. Rozpoznanie schizoidalnego zaburzenia osobowości można by także postawić 29-letniej Valancy Jane Stirling, protagonistce zakręconej powieści „Błękitny Zamek” Lucy Maud Montgomery (1926). Przywołana książka opowiada o losach aspołecznej, zakompleksionej, marzycielskiej starej panny, która na wieść o swojej śmiertelnej chorobie gwałtownie przechodzi z trybu Niewolnika w tryb Zdrajcy. Według twórcy trzyczęściowej prezentacji multimedialnej „Schizoids” (czyli użytkownika portalu YouTube.com o pseudonimie DarkNightSeeker), jednym ze schizoidów jest odważny Bruce Wayne – Batman, Człowiek-Nietoperz, Mroczny Rycerz. Myślę, że owa etykietka pasuje zwłaszcza do klasycznej, hollywoodzkiej wersji tego superbohatera, którą zaproponowano w filmach „Batman” (1989) i „Powrót Batmana” (1992) z Michaelem Keatonem w roli głównej. Przykład utworu muzycznego o fenomenie schizoidii? Piosenka „Gdybyś był” poprockowej grupy Łzy (2006). „Ale ty jesteś zimny jak lód, obojętny jak głaz. Wolisz być sam, zupełnie sam. Ale ty jesteś zimny jak lód, obojętny jak głaz. Nie sprawię, byś chciał dzielić ze mną świat” – śpiewa wokalistka Ania Wyszkoni. Osobą mówiącą w przytoczonym tekście jest uczuciowa kobieta zakochana w schizoidalnym mężczyźnie.

Natalia Julia Nowak,
listopad 2019 roku

PS 1. Bonnie Evans, PhD – brytyjska historyk psychologii, badaczka sprzymierzona z londyńskim King’s College i Queen Mary University of London – pisze, że „w latach 40. i 50. XX wieku diagnozy schizofrenii, psychozy i autyzmu u dzieci były stosowane zamiennie” [źródło: „How autism became autism: The radical transformation of a central concept of child development in Britain”, Journals.SAGEpub.com]. Zdaniem uczonej, dopiero w latach 70. specjaliści nauczyli się odróżniać zaburzenia ze spektrum autyzmu (ASD) od zaburzeń ze spektrum schizofrenii (SSD). Nie zmienia to jednak faktu, że – jak donoszą lekarki Yael Dvir, MD i Jean A. Frazier, MD – „istnieją zarówno kliniczne, jak i biologiczne związki między autyzmem a schizofrenią” [źródło: „Autism and Schizophrenia”, PsychiatricTimes.com]. Jeśli zajrzymy do międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10, przekonamy się, że zespół Aspergera – uwzględniony w rozdziale F84 razem z autyzmem dziecięcym i zespołem Retta – obejmuje pojęcia „schizoidalnego zaburzenia wieku dziecięcego” („schizoid disorder of childhood”) i „psychopatii autystycznej” („autistic psychopathy”). Informacja dla niewtajemniczonych: księga ICD-10 jest ogólnodostępna online w języku angielskim [ICD.WHO.int/browse10/2016/en]. Funkcjonuje ponadto witryna internetowa ICD10.pl z rozpoznaniami wszelkich schorzeń w językach polskim, angielskim i łacińskim.

PS 2. Dotychczas znalazłam dwa amatorskie wideoblogi prowadzone przez osoby, które podobno zostały zdiagnozowane jako schizoidzi: „Queen Spacegoat” (YouTube.com/user/piikaachoo) i „Stuff and Stuff” (YouTube.com/channel/UCZXUs03Ayf1Wcb4DEkHMBhA).

PRZYPISY

[1] Człowiek z AvPD (rozwinięcie akronimu: „avoidant personality disorder”) świadomie izoluje się od społeczeństwa, ale postępuje tak na skutek zaniżonej samooceny i paraliżującego strachu przed wyśmianiem, upokorzeniem tudzież odrzuceniem. Taki ktoś cierpi z powodu swojego osamotnienia i zastoju życiowego, jednak nie potrafi się przełamać i wyjść ze swojej strefy komfortu. W praktyce trudno rozstrzygnąć, gdzie przebiega granica między schizoidią a unikaniem. Symptomy AvPD i SPD często idą ze sobą w parze… Anglojęzyczna Wikipedia zawiera nawet hasło „Schizoid avoidant behavior” („Zachowanie schizoidalno-unikające”). Przykładem postaci z przewagą cech unikowych jest podmiot liryczny z piosenki „Creep” artrockowej formacji Radiohead (1992). Cytuję fragment rzeczonego utworu: „Gdy byłaś tu wcześniej, nie mogłem spojrzeć ci w oczy. Jesteś jak anioł, twoja skóra doprowadza mnie do płaczu. Unosisz się niczym piórko w pięknym świecie. Chciałbym być kimś szczególnym, ty jesteś kimś cholernie szczególnym. Ale jestem oblechem, jestem dziwadłem. Co, do diaska, tutaj robię? Nie przynależę tutaj”. Pozwolę sobie zakpić, że młodzi dorośli z AvPD, fobią społeczną lub „chorobliwą nieśmiałością” to wymarzeni klienci dla różnej maści „coachów kariery” i „trenerów rozwoju osobistego”. Pytanie za sto punktów: po co wydawać pieniądze na jakichś nowomodnych „mistrzów motywacyjnych”, skoro można skorzystać z darmowej pomocy psychiatry albo psychoterapeuty?! Tego rodzaju usługi są w Polsce dostępne w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia.

[2] Warto wiedzieć, że Kościół rzymskokatolicki uznaje osoby schizoidalne za niezdolne do małżeństwa z przyczyn natury psychicznej. Oznacza to, iż nie mogą one wziąć ślubu wyznaniowego… przynajmniej dopóty, póki nie zostaną całkowicie wyleczone (a taki scenariusz wydaje się mało realistyczny, ponieważ zaburzenia osobowości z klastra „A” DSM-5 uchodzą za najbardziej oporne i niereformowalne!). „Nie może zawrzeć ważnego małżeństwa – które ze swej istoty jest międzyosobową relacją – osoba, która absolutnie nie jest zdolna wejść w taką relację ze swym współmałżonkiem. Osoby schizoidalne nie potrafią nawiązać międzyosobowej relacji polegającej na dawaniu siebie i przyjmowaniu” – pisze anonimowy adwokat kościelny na stronie Poradni Rodzinnej „Salomon” [„Osobowość schizoidalna a nieważność małżeństwa”, PoradniaSalomon.pl]. Wcześniej w tej samej notatce padają następujące stwierdzenia: „Schizoidia to brak syntonii. Syntonia zaś to cecha osobowości, która umożliwia współprzeżywanie, współodczuwanie (empatię) z innymi ludźmi. Ludzie schizoidalni mają nikłe możliwości nawiązania bezpośrednich kontaktów uczuciowych z innymi. Żyją w izolacji psychicznej, w swoim świecie przeżyć wewnętrznych. (…) Tego rodzaju zaburzona osobowość cechuje się brakiem potrzeby bliższych związków uczuciowych z innymi osobami, nie wyłączając członków rodziny, brakiem uczucia zadowolenia z kontaktów emocjonalnych z innymi. (…) Człowiek z osobowością schizoidalną żyje w swoim własnym świecie. Jego problemy i przeżycia są w centrum uwagi, nie zaś potrzeby drugiej strony czy też dziecka”. Z słów adwokata kościelnego wynika, że sakramentalne małżeństwo zawarte przez schizoida jest nieważne w oczach Boga i może zostać oficjalnie unieważnione przez sąd biskupi.

O hipisie, nerdzie i kradzieży pierwszego miliona

„Pierwszy milion trzeba ukraść”

Słowa przypisywane J.K. Bieleckiemu
(cyt. za: Wikicytaty, Pl.wikiquote.org)

UWAGA! UWAGA! UWAGA!
PONIŻSZA ANALIZA ZAWIERA SPOILERY!

Tytuł oryginalny: „Pirates of Silicon Valley”
Tytuł polski: „Piraci z Doliny Krzemowej”
Reżyseria: Martyn Burke (Kanadyjczyk, rocznik 1952)
Kraj i rok produkcji: Stany Zjednoczone Ameryki 1999
Instytucja sprawcza: TNT – Turner Network Television
Gatunek: dramat/komediodramat, obyczajowy, biograficzny
Na podstawie książki Paula Freibergera i Michaela Swaine’a
„Fire in the Valley: The Making of the Personal Computer”

„Piraci z Doliny Krzemowej” to półtoragodzinny, telewizyjny film fabularny mówiący o narodzinach korporacji informatycznych Apple i Microsoft. Bohaterami… a właściwie antybohaterami… opowieści są dwaj reprezentanci branży IT, których chyba nikomu nie trzeba przedstawiać: Steve Jobs (założyciel Apple’a) i Bill Gates (twórca Microsoftu). Zostali oni sportretowani jako młodzi, ambitni i pozbawieni skrupułów przedsiębiorcy, którzy chcą zawojować świat i mają głębokie poczucie misji dziejowej. Obaj rozumieją, że ludzkość stoi u progu rewolucji informatycznej, dlatego pragną stanąć na czele tego bezkrwawego przewrotu, aby trwale zapisać się na kartach historii. Początkowo młodzieńcy działają niezależnie od siebie, lecz później ich losy krzyżują się ze sobą i coraz bardziej potwierdzają biblijną sentencję: „Ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi” (Mt 20, 16)[1]. Dyskusyjną kwestią jest to, czy mamy tutaj do czynienia z dwoma równorzędnymi (anty)bohaterami, czy też z sukcesywnym protagonistą Jobsem, który finalnie zostaje zdetronizowany przez swojego perfidnego antagonistę Gatesa – niegdysiejszego współpracownika/podwykonawcę. Za tą drugą hipotezą przemawia fakt, że Steve’a poznajemy wcześniej niż Billa. Ja jednak najpierw opiszę BG, gdyż uważam go za postać o niebo ciekawszą. Film posiada aż dwóch narratorów: Steve’a Wozniaka z Apple’a i Steve’a Ballmera z Microsoftu. Są to, oczywiście, aktorzy wcielający się w role tych sławnych Amerykanów.

Firma Apple od początku swojego istnienia stawiała na maszyny łatwe w obsłudze. Dostrzegłszy ogromny potencjał w graficznym interfejsie użytkownika, zaczęła czerpać pełnymi garściami z osiągnięć przedsiębiorstwa Xerox, które już w roku 1973 skonstruowało komputer Alto umożliwiający m.in. granie w gry-strzelanki. Steve Jobs wzbogacił się szybciej niż Bill Gates, a w latach 80. wynajął Microsoft do napisania software’u dla nowoczesnego peceta Macintosh. Potem miał pretensje do Gatesa, gdy zobaczył, że rozwiązania znane z Maca (applowskie/xeroxowskie) znalazły się również w microsoftowskim oprogramowaniu Windows (1985). Rzeczony program był pierwotnie graficzną nakładką na MS-DOS, który Microsoft odkupił w 1980 r. od Tima Patersona. Niestety, DOS został wcześniej „ukradziony” (?) niejakiemu Gary’emu Kildallowi. Bill Gates zarobił krocie dzięki licencji na MS-DOS udzielonej korporacji IBM, a Kildall zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w lipcu ‘94. Według Jeffreya Younga, dziennikarza pisma „Forbes”, programista został zabity za „naszywki Harleya-Davidsona” przez karczemny gang motocyklowy[2]. Rok później BG uzyskał status najbogatszego człowieka świata. W „Piratach z Doliny Krzemowej” pojawia się postać Tima Patersona, natomiast nie ma żadnej wzmianki o Garym Kildallu i jego zagadkowej śmierci na śmietniku historii. No, ale trudno się temu dziwić. „Piraci…” mieli być opowieścią w wersji soft, a nie mrocznym kryminałem czy krwawym thrillerem.

WILLIAM „BILL” GATES
(ur. 28 X 1955 r.)

Zanim opiszę filmowego Billa Gatesa, pozwolę sobie odnotować, że prawdziwy Gates na 99% zmaga się z zespołem Aspergera – łagodnym zaburzeniem ze spektrum autyzmu[3]. Jest więc modelowym przykładem „ludożercy” rodem z wiersza Tadeusza Różewicza („Kochani ludożercy/ nie patrzcie wilkiem/ na człowieka/ który pyta o wolne miejsce/ w przedziale kolejowym/ zrozumcie/ inni ludzie też mają/ dwie nogi i siedzenie”)[4]. Jakie są główne objawy tego syndromu? Niezauważanie cudzych emocji, błędne ich interpretowanie lub nieliczenie się z nimi. Niezastanawianie się nad tym, że bliźni także myślą i czują. Dostrzeganie tylko czubka własnego nosa. Życie we własnym świecie, płomienna fascynacja jakimś tematem. Nieradzenie sobie w banalnych sytuacjach społecznych. Problem z budowaniem więzi międzyludzkich, szukanie raczej wspólnoty zainteresowań niż porozumienia dusz. Nawyki przypominające realizowanie jakiegoś algorytmu, nietolerowanie zmian w codziennej rutynie. Samotnictwo i wycofanie albo ustawianie wszystkich według własnego widzimisię. Chorobliwa nieśmiałość lub zachowywanie się jak słoń w składzie porcelany (obcesowość). Analityczność i wyrachowanie. Przemądrzałość, rzeczowy język, osobliwa intonacja głosu. Niezdarność ruchowa i różne dziwactwa (tiki, stereotypie, sensoryzmy – nadwrażliwości zmysłowe). Ekranowy BG wykazuje wiele objawów zespołu Aspergera, zatem warto obejrzeć „Piratów…” choćby dla tej znakomitej kreacji aktorskiej.

Jedną z pierwszych informacji, jakie otrzymujemy na temat Billa – z ust narratora Steve’a Ballmera, kolegi Gatesa z harvardzkiego akademika – jest spostrzeżenie, że żyje on według ściśle określonego algorytmu. „Ten facet mógł obrócić każdą ludzką sytuację w grę w pokera. Zapomnij o wykładach. Poker. Fakt, że dzisiejszej nocy świat może się skończyć? Nie ma problemu, poker. Albo: właśnie odkrywamy sens życia? Więcej pokera”[5] – opowiada Ballmer. Inną przedstawioną nam cechą BG jest gromadzenie przezeń czasopism erotycznych. „Jesteś jedynym facetem, jakiego znam, który mógłby budować meble z Playboyów” – żartuje kumpel przyszłego założyciela Microsoftu[6]. To specyficzne hobby mówi nam o Billu całkiem sporo, ponieważ skłonność do kolekcjonowania i układania różnych rzeczy jest typowa dla autyzmu. Jednocześnie Gates, który jawi się jako zapalony miłośnik nagich kobiet, nie przepada za realnym kontaktem z płcią przeciwną (woli oddawać się swoim pasjom niż „tracić czas” z prawdziwymi dziewczynami). Zresztą, zupełnie sobie nie radzi w roli uwodziciela. Gdy już próbuje kogoś poderwać, ponosi klęskę przez swoją drętwotę i nietaktowność. Dlaczego? Wedle obiegowej opinii, jednostki z zaburzeniami autystycznymi mają miejscowo zablokowane (lub wręcz zredukowane liczebnie!) neurony odpowiedzialne za zdolność do empatii. Przyczyna może więc tkwić na poziomie „hardware”, nie „software”. Brak piątej klepki, trochę jak u psychopatów.

Podczas seansu „Piratów z Doliny Krzemowej” szybko żegnamy się z wizją Billa jako studenta prestiżowej uczelni. Młody Gates rezygnuje bowiem z nauki, żeby – wraz ze swoim przyjacielem z czasów szkolnych, Paulem Allenem – pisać programy komputerowe i sprzedawać je wszystkim napotkanym producentom komputerów (na krótki czas znika nam z oczu Ballmer, jednak pozostaje on narratorem w niektórych scenach dotyczących dziejów Microsoftu). W życiu bohatera zachodzi iście rewolucyjna zmiana, lecz jego objawy wskazujące na zespół Aspergera wcale nie ustępują. Manifestują się za to nowe ekscentryzmy. Przede wszystkim, okazuje się, że chociaż BG należy już do grupy wiekowej 20+, nadal ma problem z „ogarnięciem” swojego codziennego życia. Jest wyjątkowo fajtłapowaty, roztargniony i źle zorganizowany, ciągle coś gubi albo czegoś zapomina, wchodzi nawet w konflikt z prawem za nieprzepisową jazdę samochodem. Są to bardzo poważne sygnały, iż młodzieniec może mieć lekki kłopot z prawą półkulą mózgową – dokładnie tą samą, która odpowiada za relacje międzyludzkie. Tymczasem lewa półkula działa u niego na pełnych obrotach (programowanie komputerów, analizowanie rynku IT, robienie korzystnych dla MS interesów). Bill jest tak niesamodzielny, że musi – przynajmniej na początku swojej kariery biznesowej – wozić ze sobą rodzoną matkę. W kontrahentach wzbudza raczej negatywne odczucia, bo jest zaniedbany, niehigieniczny i ogólnie „chłopaczkowaty”.

Z badań wynika, że mężczyźni autystyczni są mniej męscy od swoich rówieśników, a kobiety – mniej kobiece. Chodzi tutaj o rysy twarzy: proporcje, odległości itp[7]. Powszechnie uważa się również, że dorośli z zespołem Aspergera wyglądają nienaturalnie młodo jak na swój wiek (np. 30-latkowie mogą sprawiać wrażenie 18-latków). Czym to może być spowodowane? „Zaskakujący jest stan fizyczny osób niedojrzałych emocjonalnie. Zazwyczaj wyglądają na młodsze niż są w rzeczywistości” – podaje studentka psychologii Monika Wilk na stronie Psychika.net[8]. Ludzie dotknięci zespołem Aspergera mają normalny, a często nawet wysoki iloraz inteligencji, ale pod względem kompetencji społecznych przypominają „dzieci w ciałach dorosłych”. Wielu z nich cechuje się także dziwną prozodią wypowiedzi. Osobnik taki może mówić powoli, beznamiętnie i mrukliwie, albo odwrotnie – głośno popiskiwać dziecinnym głosikiem. Niektórzy prawie w ogóle nie mówią, bo mają jakąś blokadę wewnętrzną (mutyzm wybiórczy). Czasem zespół Aspergera wiąże się z drobnymi anomaliami w ekspresji twarzy. Osoba z tym syndromem może wiecznie zachowywać „twarz pokerzysty” (martwą, kamienną, lodowatą fizjonomię) bądź wyróżniać się nadmierną, przesadną, wyolbrzymioną mimiką. Najpowszechniejszą oznaką „aspergeryzmu” jest jednak unikanie kontaktu wzrokowego. Problem ów bywa dostrzegalny już u małych dzieci. Oczywiście, nie każdy „aspie” musi mieć ten sam zestaw objawów zaburzenia.

W latach 70. i 80. (tudzież jeszcze na początku lat 90.) XX wieku Bill Gates wyglądał na indywiduum dużo młodsze niż w rzeczywistości oraz dysponował rześkim głosem, jakiego nie powstydziłby się nastoletni licealista. Oglądając „Piratów z Doliny Krzemowej”, nie mamy możliwości podziwiania tych cech, albowiem cały czas obserwujemy aktora, a nie prawdziwego szefa Microsoftu. Wypada jednak odnotować, że inne postacie reagują na Billa jak na niezwykle młodego chłopaka. Jest to tym istotniejsze, że nikt nie traktuje w podobny sposób filmowego Steve’a Jobsa (będącego przecież w tym samym wieku co Gates!). Zwróćmy również uwagę na fakt, iż odtwórca roli BG wydaje z siebie dość wysokie dźwięki, szczególnie w scenach, w których nerdowaty[9] przedsiębiorca mocno się złości/denerwuje. Czy ekranowy Bill utrzymuje kontakt wzrokowy z innymi ludźmi? Raczej tak, lecz czasem z pewnym wysiłkiem (to akurat można wyjaśnić nieszczerością i brudnymi intencjami). Mimika Gatesa z „Piratów…” nie oddaje w pełni karykaturalnej ekspresji twarzy, jaką odznacza się autentyczny założyciel MS. Prawdziwy BG często chichocze i prezentuje – choćby półgębkiem – szelmowskie uśmieszki, jakby miał nieudolnie skrywany ubaw ze swoich słuchaczy. Zarówno realny, jak i udawany Bill wykazują niekiedy objaw typowy dla cięższych odmian autyzmu. Chodzi tutaj o charakterystyczne, mimowolne kołysanie się w przód i w tył, uskuteczniane w chwilach głębokiej zadumy[10].

Zespół Aspergera nie jest chorobą, tylko całościowym zaburzeniem rozwojowym, ale generuje tyle przykrości w życiu jednostki, że faktycznie grozi chorobami i zaburzeniami psychicznymi. Jedną z psychopatologii, które nagminnie spotyka się u „aspies”, jest nerwica natręctw, czyli zaburzenie obsesyjno-kompulsywne. Filmowy Bill Gates co najmniej czterokrotnie pada ofiarą własnych wątpliwości, wyrzutów sumienia, intruzywnych myśli oraz katastroficznych wizji. Incydent pierwszy: gdy Steve Ballmer „siłą” zaciąga BG do baru ze striptizem, przyszły założyciel Microsoftu nagle wpada w panikę, bo przypomina sobie, że nie napisał programu ładującego (w związku z tym Paul Allen nie zdoła zaprezentować Edowi Robertsowi oprogramowania dla maszyny Altair 8800, a wtedy Gates będzie musiał zostać na Harvardzie i pożegnać się z karierą programisty). Incydent drugi: gdy Bill wybiera się do Albuquerque w celu przeprowadzenia negocjacji biznesowych z Robertsem, niespodziewanie kamienieje ze strachu, po czym uzasadnia swoją reakcję: „Właśnie pomyślałem o Harvardzie. To zaraz minie”. Incydent trzeci: gdy BG słyszy, że jego sąsiad z motelu (któryś ze współpracowników?) spędza upojną noc z prostytutką, pyta retorycznie: „Rzuciłem Harvard w imię czegoś takiego?”. Incydent czwarty: gdy Gates i Ballmer (sprowadzony do MS w 1980 r.) czekają, aż Allen wróci z rozmów z Timem Patersonem, nasz ulubieniec dramatyzuje: „Całe moje życie wisi na włosku!”.

Skoncentrujmy się jednak na objawach stricte autystycznych. W pierwszej połowie „Piratów…” mamy scenę, w której Bill Gates, Paul Allen i jeden z zatrudnionych przez nich studentów ciężko pracują nad oprogramowaniem dla różnych prymitywnych komputerów. Nagle rozbrzmiewa – odtworzony przez BG – plik lub nośnik danych ze staroświecką muzyką. Paulowi robi się wówczas słabo. Tak słabo, że zarzuca Billowi, iż „znowu” włącza piosenki Franka Sinatry, których pozostali pracownicy Microsoftu nie są już w stanie słuchać. Niby nieistotny drobiazg, ale informuje nas o dwóch ciekawych ekscentryzmach Gatesa. Primo: założyciel MS jest człowiekiem niezależnym umysłowo, który – także w kwestii upodobań muzycznych – polega wyłącznie na własnym guście i nie próbuje się dostosowywać do aktualnych mód obowiązujących wśród młodych ludzi. Nie ma w tym nic zdrożnego, lecz to swoiste wolnomyślicielstwo stanowi ewidentny dowód na bycie outsiderem niezważającym na opinię „demokratycznej większości”. Prawdopodobnie Bill nawet nie wie, co jest obecnie „na topie” w jego grupie wiekowej, gdyż nie chodzi na imprezy i nie interesuje się cudzym życiem. To ostatnie, niestety, podpada pod „dostrzeganie tylko czubka własnego nosa”. Secundo: jęk Allena („znów Frank Sinatra!”) uzmysławia nam, że BG praktycznie nie zmienia repertuaru – odtwarza wciąż te same kawałki, na okrągło, aż do znudzenia. Czyż nie jest to… typowe dla autyzmu umiłowanie powtarzalności?

Pospolitą wadą „aspergerowców” jest ich jednostronna i monotematyczna komunikacja z otoczeniem. Osoby dotknięte zespołem Aspergera nie przepadają za ploteczkami ani pogawędkami, ale potrafią godzinami rozprawiać o swoich pasjach bądź uzewnętrzniać się do granic ekshibicjonizmu psychicznego. Ich wywody są kwieciste i treściwe, naszpikowane literackim i specjalistycznym słownictwem. Uderzający jest jednak fakt, że autorzy tych monologów nie wykazują zainteresowania wiedzą, poglądami ani przeżyciami innych ludzi. Często nawet nie zauważają albo mają w nosie, że słuchacze są znudzeni/zażenowani tymi wykładami lub zwierzeniami. W „Piratach z Doliny Krzemowej” mamy taki fragment, w którym Bill – prowadzący samochód – z zapałem opowiada koledze o tym, jaki to genialny wzór matematyczny wymyślił. Jednocześnie ignoruje samego kolegę, który rozpaczliwie błaga go o zmniejszenie prędkości jazdy. Dalszy ciąg tej sekwencji: nakręcony Gates zatrzymuje auto i namawia swojego towarzysza do porwania – dla hecy – dwóch stojących nieopodal buldożerów. Widzimy tutaj, że pozornie „sztywny” nerd też umie być spontaniczny, ale jest w tym szalenie infantylny niczym mały chłopiec uwięziony w ciele dorosłego mężczyzny. Na skutek omawianego wybryku zostaje zniszczony samochód należący do Paula Allena. Kiedy współzałożyciel Microsoftu wyraża ubolewanie z powodu tego zdarzenia, Bill nie okazuje skruchy ani współczucia (jak obojętny półpsychopata!).

Ekranowy BG nie jest bohaterem dynamicznym, albowiem liczne przywary trapiące go na początku filmu towarzyszą mu także w późniejszych scenach. A trzeba przyznać, że „Piraci…” wyróżniają się dość rozległym czasem fabularnym. Zasadnicza akcja opowieści rozgrywa się w latach 1971-1985, jednak mamy tam również nawiązania do roku 1997 (Bill Gates jako Wielki Brat dominujący nad przegranym Steve’em Jobsem) tudzież słowne odwołania do dzieciństwa/nastoletniości szefa Microsoftu. Gdy poznajemy Gatesa jako studenta Uniwersytetu Harvarda (1974), otrzymujemy sugestię, że ma on kłopot z zachowaniem schludnego wyglądu oraz porządku w swoim najbliższym otoczeniu. „Nasze pokoje były jak kasyno. Ściślej mówiąc, zabałaganione kasyno” – brzmi fragment narracji Steve’a Ballmera. BG nie wyrasta z niechlujności praktycznie do końca filmu. Weźmy na przykład okres, w którym mieszka on i pracuje w Albuquerque na południu USA. Sprowadzona przez niego matka musi mu stale przypominać: „Umyj/uczesz włosy”, „Zmień koszulę”. W latach 80., gdy Microsoft ma już za sobą pierwsze istotne sukcesy, obcy fotoreporter spostrzega, że Gates paraduje w brudnych, dziurawych i niegustownych ubraniach. Dlaczego podkreślam akurat tę cechę? Bo „aspies” często mają problem z przestrzeganiem higieny osobistej. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest ich nadwrażliwość zmysłowa – na mydło, szampon do włosów, pastę do zębów, proszek do prania, drażniące tkaniny itd.

Kiedy Bill tłumaczy swoją filozofię biznesową, używa wyrażeń „przetrwać” i „być potrzebnym”. Myślę, że chodzi tu o coś więcej niż tylko o utrzymanie się na rynku i kreowanie potrzeb konsumentów. To są osobiste pragnienia niepełnosprawnej, wkraczającej w dorosłe życie jednostki, która ma świadomość, że jest słaba, ale musi jakoś funkcjonować w socjaldarwinistycznym społeczeństwie amerykańskim. Nie będzie przecież wiecznie polegać na rodzicach ani na kolegach z akademika. Ta naturalna obawa o własną przyszłość – połączona z udziałem w wyścigu szczurów – popycha Gatesa w kierunku czynów wysoce nieetycznych[11]. Gdyby Bill był przyzwoitym obywatelem, zapewne skończyłby studia i podjąłby pracę na jakimś mało eksponowanym stanowisku (zgodnym z uzdolnieniami i zamiłowaniami). Tylko tyle i aż tyle mógłby uczciwie osiągnąć w swoim niełatwym położeniu. Ale BG usiłuje oszukać przeznaczenie. Pcha się do biznesu, choć nie jest do niego stworzony. Kłamie, kradnie, wprowadza w błąd, uprawia wampiryzm energetyczny, działa metodą faktów dokonanych, ponieważ samą pracą i osobowością nie potrafi pokonać swoich konkurentów. Mijanie się z prawdą to główny oręż raczkującego Microsoftu. Gates i spółka zaczynają od drobnych, niegroźnych kłamstewek, a kończą na wielkich, poważnych hochsztaplerstwach (takich jak okantowanie IBM-u). Łgarstwem założycielskim MS są słowa Billa wypowiedziane przez telefon do Eda Robertsa: „Z tej strony Paul Allen…”.

STEVEN „STEVE” JOBS
(ur. 24 II 1955 r., zm. 5 X 2011 r.)

Drugi – a właściwie pierwszy, bo zaprezentowany w pierwszej kolejności – antybohater „Piratów z Doliny Krzemowej” nie był człowiekiem tak głęboko zaburzonym jak jego autystyczny rywal. Nie ulega jednak wątpliwości, że miał problemy z samym sobą (narcyzm kliniczny), a za ich przyczynę uznaje się traumę z dzieciństwa i wynikający z niej kryzys tożsamości. Steve Jobs pojawił się na świecie… przez przypadek. Urodziła go bowiem niemiecko-szwajcarska katoliczka Joanne Schieble, która zaszła w nieplanowaną ciążę z syryjskim muzułmaninem Abdulfattahem al-Jandalim. Steve – jako niemowlę „wpadkowe” i pochodzące z kontrowersyjnego związku – został oddany do adopcji, czyli wcześnie oddzielony od matki biologicznej, co z pewnością zachwiało jego poczuciem bezpieczeństwa. Małego, mieszanego rasowo chłopca przygarnęło bezdzietne małżeństwo: Paul Jobs (kalwinista o burzliwym życiorysie) i Clara z domu Hagopian (córka ormiańskich imigrantów). Państwo Jobsowie otoczyli Steve’a należytą opieką, ale nie ustrzegli go przed trudnymi pytaniami typu: „Kim jestem?”, „Dlaczego rodzice mnie porzucili?”, „Czemu Paul i Clara wybrali akurat mnie?”, „Po co ja się urodziłem?”, „Czy jestem komukolwiek potrzebny?”. Przyszły założyciel Apple’a długo szukał dla siebie miejsca na tym łez padole. Głównie poza domem – w subkulturach młodzieżowych i alternatywnych ruchach społecznych (hipisi, konsumenci LSD, frutarianie, weganie, głosiciele wierzeń Wschodu).

Taki jest też filmowy Steve Jobs, którego poznajemy jako zbuntowanego nastolatka noszącego brodę, długie włosy i luźne ubrania (rok 1971). Ten wczesny SJ sprawia wrażenie standardowego produktu swojej epoki, ale wydaje się lepiej (od innych wywrotowców) rozumieć, w jakim kierunku pójdą oczekiwane zmiany społeczne. W jednej z pierwszych scen Jobs – wraz ze swoim przyjacielem, obiecującym wynalazcą Steve’em „Wozem” Wozniakiem – bierze udział w charakterystycznych dla tamtych czasów zamieszkach studenckich. Po chwili młodzieńcy wycofują się na bezpieczną odległość, a SJ mówi z politowaniem o protestujących przeciwnikach wojny wietnamskiej: „Ci faceci myślą, że są rewolucjonistami. Ale nimi nie są. To my nimi jesteśmy”. Chodzi mu o to, że on i Woz zajmują się udoskonalaniem nowych technologii, a to właśnie urządzenia teleinformatyczne zmienią kiedyś oblicze Ziemi. Steve wierzy, że człowiek przyszłości będzie wyemancypowanym indywidualistą, lecz nie osiągnie tego statusu dzięki przewrotowi politycznemu, tylko dzięki pomysłowym sprzętom umożliwiającym swobodną komunikację między obywatelami. W opinii Jobsa taki scenariusz jest „nie na rękę” obecnemu establishmentowi oraz szeroko pojętym środowiskom konserwatywnym. Wkrótce nasz antysystemowiec dojdzie do wniosku, że nic się na świecie nie poprawi, dopóki nie zostanie przełamany monopol korporacji informatycznej IBM (produkującej duże komputery dla „skostniałych” instytucji).

Dwaj Steve’owie dorastają w Kalifornii, a dokładnie – na ziemiach wchodzących w skład Doliny Krzemowej. Codziennie mają kontakt z ludźmi świetnie znającymi się na elektronice. Jedną z osób, które wywierają szczególny wpływ na życie SJ i SW, jest tajemniczy jegomość znany pod pseudonimem Captain Crunch[12]. Dzięki jego wiedzy i sprytowi Wozniak opracowuje Blue Box – niewielki gadżet pozwalający na darmowe (aczkolwiek nielegalne) telefonowanie do wszystkich zakątków globu. Już na tym etapie działalności Steve’ów zaczyna się zarysowywać wyraźny podział ich pracy. „Ja budowałem Boxy, a Steve je sprzedawał” – opowiada narrator Woz. Gdy SW stwierdza, że dalsza produkcja Blue Boxów może być niebezpieczna, postanawia własnoręcznie zbudować komputer osobisty. I tutaj znów niespodzianka. Okazuje się, że SJ (który w XXI wieku „obdaruje” ludzkość iPodami, iPadami i iPhone’ami) nie jest zbyt zadowolony z tego śmiałego konceptu! „Potrzebujemy Blue Boxów, nie komputerów” – marudzi przyszły założyciel Apple’a. Młody Jobs nie widzi w maszynach liczących nic atrakcyjnego, ponieważ prowadzi intensywny tryb życia, a komputery stacjonarne zmuszają swoich użytkowników do monotonii i zamknięcia w czterech ścianach. Komuś takiemu, jak on, marzy się zaawansowane urządzenie mobilne lub przynajmniej lekki, przenośny pecet. Ten sen ziści się dopiero w styczniu 1984 r., kiedy firma Apple wypuści na rynek poręczny i multimedialny komputer Macintosh.

Pierwszy PC skonstruowany przez Wozniaka przypadkowo staje w płomieniach. Majsterkowicz nie zraża się jednak tym niepowodzeniem i wkrótce buduje następny komputer, który przejdzie do historii jako Apple I. SW i SJ – prawdziwe papużki nierozłączki – prezentują wynalazek na zebraniu Homebrew Computer Club. Ku ich zaskoczeniu urządzenie spotyka się z ogromnym entuzjazmem klubowiczów. Wtedy też wychodzi na jaw kolejna cecha Jobsa: charyzma, showmaństwo, dryg oratorski. Mimo że to Woz zbudował Apple I, całą uwagę skupia na sobie SJ, który wygłasza improwizowaną przemowę do sporej grupy komputerowców. Od tego momentu (chociaż pierwsze symptomy były dostrzegalne już w czasach handlowania Blue Boxami) możemy mówić o żerowaniu Jobsa na talencie Wozniaka. Staje się to szczególnie widoczne w scenie, w której do garażu będącego pierwszym warsztatem Apple’a przyjeżdża doświadczony inwestor Mike Markkula. Przybysz nieopatrznie nazywa SW „pracownikiem nr 1”, a SJ – „pracownikiem nr 2”. Słowa te doprowadzają Jobsa do irytacji. Młodzieniec stanowczo podkreśla, że to on, a nie Woz, jest „pracownikiem nr 1”, ewentualnie „pracownikiem nr 0”. Skromny Wozniak deklaruje, iż dla niego owe liczby „nie mają znaczenia”. Wynalazca chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co to znaczy być „pracownikiem nr 1” lub „pracownikiem nr 2”. Na razie faktycznie jest to nieistotne, ale gdy w grę wejdą grube miliony dolarów, sława medialna i pozycja społeczna…!

Powiedzmy sobie szczerze: Steve Wozniak to jedyna uczciwa – lecz szokująco naiwna – postać w tym 95-minutowym filmie. O jego nieskazitelnym charakterze świadczy chociażby fakt, że pozostaje on lojalny wobec swojego pierwszego pracodawcy, firmy Hewlett-Packard (SW podpisał niegdyś kontrakt, zgodnie z którym HP ma mieć pierwszeństwo patentowe do każdej maszyny Woza. A ponieważ Apple I powstał w okresie, kiedy Wozniak był jeszcze zatrudniony w Hewletcie-Packardzie, prostoduszny konstruktor decyduje się oddać swoje dzieło potężnemu chlebodawcy. Na szczęście, niewyczuwające „ducha czasu” przedsiębiorstwo odrzuca ów niepozorny „gadżet dla zwykłych ludzi”). Po drobnym sukcesie, jakim było ciepłe przyjęcie Apple I przez członków klubu komputerowego, nadchodzi pierwsze przełomowe dokonanie. Rewolucyjny pecet Apple II (z niespotykaną w latach 70. kolorową grafiką) robi furorę na targach komputerowych w San Francisco. Nowy wynalazek SW tak bardzo podoba się klientom, że praktycznie nie wykazują oni zainteresowania innymi prezentowanymi tam maszynami, np. urządzeniem Altair 8800. Jak nietrudno odgadnąć, sytuacja ta mocno niepokoi – obecnych w pomieszczeniu – Billa Gatesa i Paula Allena. Chociaż gawiedź gromadzi się wokół peceta Apple II, Steve Jobs czuje się, jakby to on, nie zaś komputer czy jego twórca, był obiektem fascynacji tłumu. „Po raz pierwszy w życiu ludzie przychodzą do mnie, a nie ja do nich” – mówi uradowany SJ do SW.

Zauważmy, że w miarę rozkręcania się działalności gospodarczej buntowniczość Jobsa zaczyna blednąć i tępieć. Dopóki młodzieniec pracował dorywczo i pomagał Wozowi w rozprowadzaniu Blue Boxów, był bezkompromisowym antysystemowcem kontestującym zastany porządek społeczny oraz reguły obowiązujące w świecie dorosłych. Gdy jednak pojawia się szansa na zdobycie pokaźnego majątku, hipisowska kontrkulturowość ustępuje miejsca postawom bardziej konformistycznym. Jaskrawymi oznakami tej psychologicznej metamorfozy są radykalne zmiany w wizerunku Steve’a. Najpierw znika broda i długie włosy. Potem zostają zgolone wąsy, a na grzbiecie ląduje elegancki garnitur… Z całym szacunkiem dla zmarłego założyciela Apple’a, ale ta zdumiewająca ewolucja przywodzi mi na myśl stopniową degenerację Świń z „Folwarku Zwierzęcego” George’a Orwella[13]. Jak pamiętamy, Świnie przewodziły zwierzęcej rebelii i głosiły antyludzkie hasła. Wraz z upływem czasu zaczęły jednak przejmować cechy swoich dawnych ciemiężycieli, a ostatecznie stanęły na dwóch nogach, przywdziały ludzkie ubrania i zagrały w karty z przedstawicielami gatunku Homo sapiens. Co się tyczy SJ, w drugiej połowie „Piratów…” wypowiada on zaskakujące słowa: „Przegapiliśmy Wietnam. To jest nasz Wietnam”. Na końcu filmu Jobs zostaje przykładnym mężem i ojcem, choć wcześniej gardził (?) instytucją małżeństwa, uprawiał wolną miłość i nie chciał mieć nic wspólnego ze swoją nieślubną córką Lisą.

Wątek nieplanowanego ojcostwa Steve’a Jobsa jest w „Piratach…” mocno wyeksponowany. Zagadnieniu temu poświęcono kilka osobnych scen, poza tym wraca się do tej sprawy również przy innych okazjach. Reżyser ostro napiętnuje bohatera za wypieranie się „wpadkowej” córeczki. Szkoda, że nie jest równie bezlitosny wobec matki dziecka[14], która nie powinna była sypiać z niezrównoważonym facetem, w dodatku niebędącym jej legalnym współmałżonkiem. Dlaczego „niezrównoważonym”? Bo już na długo przed „wpadką” SJ miewał nieadekwatne do sytuacji napady złości, zażywał środki odurzające, korzystał z usług psychoterapeuty, a nawet pielgrzymował do Indii, żeby tam zrozumieć samego siebie. Każda poczytalna kobieta o prawidłowo rozwiniętej inteligencji potrafi przewidzieć konsekwencje pójścia do łóżka z osobnikiem płci przeciwnej. Nie ma absolutnie nic niewinnego w zajściu w przedmałżeńską ciążę. A tymczasem kochanka Jobsa jest nam prezentowana jako anielska istota, wręcz Madonna z Dzieciątkiem, którą „podły Steve” wykorzystał i zostawił. Wracając do wspomnianych wcześniej napadów złości: ten problem nasila się wraz z upływem czasu. SJ coraz łatwiej wpada w gniew. Ponadto ma skłonność do ubliżania innym ludziom, poniżania ich, werbalnego znęcania się nad nimi. Szef Apple’a zmusza swoich pracowników do pracy ponad siły (90 godzin tygodniowo i więcej!), a gdy nie spełniają jego wygórowanych oczekiwań, obrzuca ich niewyszukanymi obelgami.

Po spektakularnym sukcesie maszyny Apple II, dzięki któremu przedsiębiorstwo dwóch Steve’ów stało się jednym z liderów branży IT, następuje długotrwała stagnacja. Coraz bardziej sfrustrowany SJ – który ma już pewne doświadczenie w strojeniu się w cudze piórka – postanawia dokonać czynu nagannego etycznie. Otóż załatwia sobie i garstce swoich ludzi przepustkę do instytutu badawczego Xerox PARC, żeby zobaczyć ukrywany przed światem komputer Alto z graficznym interfejsem użytkownika, a następnie go odwzorować i zaprezentować opinii publicznej jako oryginalny twór Apple’a. Adele Goldberg, menedżerka grupy inżynierów, którzy opracowali urządzenie, jest załamana decyzją władz Xeroxa. Ma świadomość, że Alto to rewolucyjny wynalazek, a Steve Jobs chce go ukraść prawowitym właścicielom[15]. Jednakże ta Kasandra przemysłu high-tech postępuje w sposób, jakiego nie powstydziłaby się poddana japońskiego cesarza: wbrew własnemu sumieniu wykonuje rozkaz przełożonych i pokazuje konkurentom arcydzieło swojego zespołu[16]. Kilka lat później PC Alto podbija rynek jako applowski Macintosh[17]. Zanim do tego dochodzi, SJ sam zostaje potraktowany tak, jak niegdyś potraktował rudowłosą Goldberg. Młodzieniec wpuszcza do siedziby Apple’a delegację Microsoftu i prezentuje Gatesowi oraz jego kumplom prototyp Maca. A potem jest wściekły, kiedy odkrywa, że rywale skopiowali macowskie oprogramowanie i sprzedają je jako system operacyjny Windows.

„Niedzielne ofiary i oprawcy niedzielni.
Każdy ponad każdym, wszyscy najmądrzejsi”

White House Records & WWO,
„Każdy ponad każdym” (2004)

REFLEKSJE PO SEANSIE

„Piraci z Doliny Krzemowej” to film intrygujący zarówno pod względem treści, jak i formy. Dzieło rozpoczyna się nawiązaniem do słynnej reklamy Apple’a z lat 80. XX wieku, której akcja rozgrywa się w realiach powieści „Rok 1984” George’a Orwella. Narrator Steve Wozniak zwraca uwagę na pokazany w wideogramie olbrzymi teleekran z twarzą Wielkiego Brata. Stwierdza, że antyutopijna wizja z reklamy urzeczywistniła się w 1997 r., gdy na podobnym ekranie wyświetlono świętoszkowatą fizjonomię Billa Gatesa, od teraz ważnego udziałowca firmy Apple. Po tym wstępie cofamy się w czasie do lat 70., żeby uzyskać odpowiedź na pytanie: „Jak do tego doszło?”. Akcja właściwa „Piratów…” jest więc retrospekcją, powoli zmierzającą do wydarzeń roku 1983 (kręcenie wiadomej reklamy) i 1997 (tryumf Gatesa nad Jobsem). „Piraci z Doliny Krzemowej” to produkcja wypełniona typowo amerykańskim poczuciem humoru. Zawarty w niej komizm słowny i sytuacyjny nie jest może komizmem najwyższych lotów, ale potrafi łatwo i skutecznie rozbawić widza. Oglądając analizowany film, trudno nie zauważyć licznych analogii fabularnych, które mają udowodnić, że SJ i BG są siebie warci. Zdanie „Dobrzy artyści kopiują, wielcy kradną” pada w „Piratach…” dwukrotnie, zupełnie jak refren prostej piosenki. A skoro już o piosenkach mowa: w obrazie wykorzystano fragmenty wielu chwytliwych utworów z czasów młodości Steve’a i Billa (np. The Guess Who – „No Time”). Podkreślają one klimat tamtej zwariowanej epoki.

Mam 27 lat, używam komputera codziennie (z kilku- i kilkunastodniowymi przerwami) od 5 roku życia. To jest 81,48% mojego żywota. Od początku tej przygody aż do dnia dzisiejszego korzystam z systemów operacyjnych MS Windows. W moim domu były kolejno: Windows 95, Windows 98, Windows 2000, Windows XP, Windows Vista i Windows 10 (wcześniej trafił mi się „komputer domowy” Commodore 64 z microsoftowską odmianą BASIC-a, ale używałam go tylko do sporadycznego grania w gry wideo. Za swojego pierwszego „prawdziwego” peceta uznaję stacjonarnego Adaxa z zainstalowanym oprogramowaniem Win95. Dodam jeszcze, że moje starsze Windowsy były trwale sprzężone z MS-DOS). Oprócz produktów Microsoftu było mi dane poznać mobilny OS Android, który należy do Google’a, a bazuje na jądrze Linuxa. Nigdy nie kupiłam żadnego urządzenia Apple’a ani nie trzymałam w dłoniach czegoś takiego. Wypadałoby więc mieć na uwadze, że nie mogę być obiektywnym sędzią w sprawie „Microsoft vs Apple”. Gram w drużynie windowsiarzy i na pewno mam trochę skrzywiony, pro-Gatesowy obraz rzeczywistości. Korzystanie z software’u MS jest dla mnie tak oczywiste, jak mówienie prozą. Szczerze powiedziawszy, nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam (no, może raz, gdy pilnie potrzebowałam oryginalnego Office’a[18]). I chyba na tym polega tryumf Wielkiego Brata. On ma Cię w garści, a Ty nawet tego nie czujesz… To jest kompletnie inny rodzaj niewoli niż „sekciarstwo” i „szpanerstwo” zagorzałych fanów Apple’a.

NATALIA JULIA NOWAK,
sierpień-listopad 2018 r.

PS 1. W trakcie pracy nad niniejszym artykułem przypadkowo dowiedziałam się o śmierci Paula Allena, współzałożyciela Microsoftu. Programista zmarł 15 października 2018 r. „z powodu powikłań związanych z nowotworem – chłoniakiem nieziarniczym” (Adam Bednarek, „Paul Allen: nie żyje współzałożyciel Microsoftu”, Tech.wp.pl). Cześć jego pamięci!

PS 2. Moja analiza „Piratów z Doliny Krzemowej” – chociaż bardzo obszerna – nie wyczerpuje tematu w 100%. Pozwoliłam sobie pominąć wątek stopniowego przepoczwarzania się firmy Apple w religijną sektę destrukcyjną (z dziwaczną, pełną metafizyki terminologią, hasełkami wkuwanymi na pamięć, poczuciem misji dziejowej, krucjatą przeciwko wyimaginowanym wrogom, ideą kształtowania ludzkich umysłów, kultem guru – Steve’a Jobsa oraz szkodliwym podziałem personelu na dwie zwalczające się frakcje). Polecam samodzielnie zbadać i przemyśleć to zagadnienie, bo tego po prostu nie da się opisać… Osoby zainteresowane problematyką „korporacyjnego prania mózgu” zachęcam również do obejrzenia polskiego filmu dokumentalnego „Witajcie w życiu!” (1997) Henryka Dederki o ciemnej stronie koncernu handlowego Amway. Ostrzegam: jest to wstrząsający, długo zakazywany dokument okrzyknięty mianem pierwszego „półkownika” III Rzeczypospolitej. Warto zobaczyć tę produkcję zwłaszcza dzisiaj, w dobie recydywy „coachingu” i „treningów motywacyjnych”.

PS 3. Korzystając z okazji, chciałabym podziękować mojemu wykładowcy ze studiów magisterskich, adiunktowi X, bez którego mogłabym w ogóle nie usłyszeć o filmie „Piraci z Doliny Krzemowej”. Nauczyciel akademicki odwołał się bowiem do tej produkcji podczas swojego wykładu o klasie kreatywnej, a nawet zaprezentował nam – studentom – fragment lub kilka fragmentów „Piratów…”. Adiunkt X zwrócił uwagę na różnicę między młodymi, nowoczesnymi, swobodnymi, obszarpanymi przedstawicielami klasy kreatywnej („pokolenie hipisów”, „urodzeni w latach 50.”) a dojrzałymi, staroświeckimi, spiętymi, eleganckimi burżujami (zacofanymi technologicznie leśnymi dziadkami) z korporacji typu IBM, Xerox czy Hewlett-Packard. Zapamiętałam, że pracownik naukowo-dydaktyczny pokazał nam scenę z „Piratów…” ukazującą kupowanie przez prostackiego Steve’a Ballmera krawata od nieznajomego „białego kołnierzyka” w lotniskowej toalecie (przebieranie się klasy kreatywnej za reprezentantów starszego, tradycyjnego pokolenia filistrów). Dzięki adiunktowi X, doktorowi socjologii, dowiedziałam się również – w trakcie innego wykładu – o istnieniu przysłowia: „Chłop wyjdzie ze wsi, ale wieś z chłopa nigdy”. Ze swojej strony mogę dodać, że topos „prostaków przebranych w garnitury”, którym ewidentnie „słoma z butów wystaje”, został wykorzystany także w obscenicznym teledysku „Baby’s Got a Temper” brytyjskiego zespołu The Prodigy (obejrzałam ten filmik w telewizji, kiedy miałam jakieś 11 lat, i byłam przerażona nie na żarty! Motyw sprzedaży mleka jest alegorią sprzedaży narkotyków, a sam napój wzbudza skojarzenie z nasieniem męskim). W miarę posuwania się akcji wideoklipu do przodu antybohaterowie obnażają swoje prawdziwe oblicza, po czym znów wkładają formalne ubrania i udają wzorowych obywateli. W polskiej kinematografii – tudzież Teatrze TV – tak właśnie są portretowani funkcjonariusze stalinowskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.

PRZYPISY

[1] Cyt. za: „Biblia Tysiąclecia. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu” (wydanie zdigitalizowane – Biblia.deon.pl).

[2] Jeffrey Young – „Gary Kildall: The DOS that wasn’t” (Forbes.com). Materiał kończy się słowami: „W śledztwie nazwano śmierć ‘tajemniczą’, ale nikt nie został oskarżony”. Więcej informacji o Kildallu: John Steele Gordon, Michael Maiello – „Pioneers Die Broke” (Forbes.com), David Laws – „Gary Kildall and the 40th Anniversary of the Birth of the PC Operating System” (Computerhistory.org), Len Shustek – „Microsoft MS-DOS early source code” (Computerhistory.org), „Gary Kildall” (Pbs.org/wgbh/theymadeamerica/whomade/kildall_hi.html), „Gary Kildall” (En.wikipedia.org, Pl.wikipedia.org), „What’s the story behind the guy Bill Gates bought DOS from?” (dyskusja, Quora.com).

[3] Mirosław Stańczyk – „Geniusze Aspergera” (tygodnik „Wprost” nr 34-35/2009, Wprost.pl).

[4] Tadeusz Różewicz – „List do ludożerców” (utwór liryczny z tomiku „Formy” opublikowanego w 1958 r., pełna treść na stronie Wiersze.annet.pl).

[5] Cytaty z „Piratów…” tłumaczyłam samodzielnie na podstawie transkrypcji filmu dostępnej w anglojęzycznym Internecie (Paul Freiberger, „Pirates of Silicon Valley”, Scripts.com).

[6] Plotka głosi, że za umasowienie pornografii w globalnej sieci komputerowej odpowiada właśnie Microsoft. Wedle tej narracji, w połowie lat 90. agenci MS udawali zwykłych Internautów i rozsyłali kryptoreklamowe wiadomości typu „Znalazłem witrynę XXX, najlepiej ją wyświetlać za pośrednictwem przeglądarki Internet Explorer”. Czy tak było naprawdę? Nie wykluczam takiego scenariusza, tym bardziej, że – jak wieść niesie – młody Bill Gates był uzależniony od mediów erotycznych (pokazano to zresztą w „Piratach…”). Pamiętajmy również, że ojciec BG zarządzał organizacją Planned Parenthood, a sam twórca Microsoftu (oraz jego żona, Melinda z Frenchów Gatesowa) od lat angażują się w upowszechnianie sztucznej kontroli urodzeń. Ale to jeszcze nie wszystko. W 2015 r. korporacja MS – kierowana wówczas (i obecnie) przez hinduskiego przedsiębiorcę Satyę Nadellę – wykupiła domeny internetowe Office.porn i Office.adult. Podobno chodziło jej o uprzedzenie dowcipnisiów/nienawistników, którzy mogliby zrobić to samo w celu podważenia renomy pakietu biurowego Microsoft Office. Ech, cóż za pokrętna logika! Rozumowanie w stylu „popełnijmy samobójstwo zanim nas zamordują”! Z innej beczki: jeśli Gates, który aż do roku 1994 był „stulejarzem” – odrzucanym, brzydkim, cherlawym*, aspołecznym, ofermowatym, nieporadnym w kontaktach z kobietami starym kawalerem – faktycznie jest odpowiedzialny za epidemię pornografii i jej rozliczne skutki cywilizacyjne, to chyba naprawdę mamy tutaj do czynienia z apokaliptycznym Antychrystem… [Henricus Institor – „How Bill Gates Invented Web Porn and Saved Internet Explorer From the Dustbin of History” (Harddawn.com); Henry Makow – „Bill Gates’ Porn Addict Days” (Henrymakow.com); Piotr Gontarczyk – „Microsoft kupił domeny .porn i .adult” (Pclab.pl); „Bill Gates’ Planned-Parenthood-President dad inspired pro-abortion funding” (Lifesitenews.com); „Melinda Gates: ściśle współpracujemy z Kościołem i papież zmieni nauczanie w sprawie antykoncepcji” (Pch24.pl)]

* Pozwoliłam sobie napisać „brzydkim, cherlawym”, gdyż tak ocenia go wielu Internautów. Ja jednak żywię przekonanie, iż obgadywany jegomość miał ongiś urok stereotypowego informatyka, co w tym przypadku należy uznać za atut. Przynajmniej nie był „wypachnionym pięknisiem” ani „zniewieściałym przyjemniaczkiem” rodem z ekskluzywnych magazynów o modzie. Wszyscy mężczyźni w wieku 20+ i 30+ (poza nosicielami ciężkich wad wrodzonych i rażąco oszpeconymi nieszczęśnikami) są na swój sposób atrakcyjni fizycznie. No i każdy jest z natury dominujący, tylko niektórzy mają jakieś kompleksy lub blokady wewnętrzne. Jako zdroworozsądkowiec uważam, że dla heteroseksualnej panny najkorzystniejszy jest związek z kawalerem powszechnie uznawanym za mniej przystojnego od innych. Skoro facet nie ma powodzenia przed ślubem, to istnieje ogromna szansa na to, iż nie będzie go miał także po ślubie (ergo: nie ucieknie do innej kobiety. I zapewne doceni fakt, że wreszcie jakaś niewiasta go zechciała). Mało tego. Naukowo udowodniono, że szczęśliwsze są małżeństwa, w których mąż wygląda gorzej od żony (Wendy Soderburg, „Do looks really matter? Yes and no, depending on your gender”, Newsroom.ucla.edu). Nieważne, czy którakolwiek ze stron zasługuje na miano obiektywnie pięknej. Jeżeli baba jest „niewyjściowa” (jak Melinda), to chłop musi być jeszcze bardziej „niewyjściowy” (jak Bill). Spójrzmy na Gatesów – cóż za udana para!

[7] Syed Zulqarnain Gilani, Diana Weiting Tan, Suzanna N. Russell-Smith, Murray T. Maybery, Ajmal Mian, Peter R. Eastwood, Faisal Shafait, Mithran Goonewardene, Andrew J.O. Whitehouse – „Sexually dimorphic facial features vary according to level of autistic-like traits in the general population” („Dymorficzne płciowo rysy twarzy różnią się w zależności od stopnia [nasilenia] cech autyzmopodobnych w ogólnej populacji”). Periodyk naukowy „Journal of Neurodevelopmental Disorders” – „Dziennik Zaburzeń Neurorozwojowych” poświęcony neurobiologii, genetyce, kognitywistyce, psychiatrii i psychologii (Jneurodevdisorders.biomedcentral.com).

[8] Monika Wilk – „Jak niezaspokojenie emocjonalne w dzieciństwie wpływa na psychikę dorosłego człowieka?” (artykuł na blogu Marcina Hankego, Psychika.net). Żeby nie było niejasności: dostrzegam różnicę między zespołem Aspergera (nieuleczalnym, wcześnie manifestującym się zaburzeniem rozwojowym o nieustalonej dotychczas etiologii) a „zwykłą” niedojrzałością emocjonalną spowodowaną deficytem rodzinnego ciepła w dzieciństwie. Przytoczyłam fragment tekstu Moniki Wilk, bo pomyślałam, że młody wygląd niektórych „aspergerowców” może być powiązany z ich „opóźnieniem” w rozwoju społeczno-emocjonalnym (czyli ze swoistą „niedojrzałością”, albowiem trudno tutaj mówić o człowieku „dojrzałym” w tradycyjnym tego słowa znaczeniu).

[9] Nerd – „pejor. osoba pasjonująca się naukami ścisłymi, informatyką, grami komputerowymi itp. kosztem nieprzystosowania do życia społecznego, niezdolności utrzymywania stosunków towarzyskich lub niedbałości o formę fizyczną” (Wikisłownik, Pl.wiktionary.org). Postacie nerdów i nerdówek regularnie są ukazywane w zachodniej i dalekowschodniej popkulturze. Ze swojego dzieciństwa pamiętam Billy’ego Cranstona (Niebieskiego Wojownika z serialu „Mighty Morphin Power Rangers”) oraz Ami Mizuno (Sailor Mercury – Czarodziejkę z Merkurego, bohaterkę mangi i anime „Sailor Moon. Czarodziejka z Księżyca”).

[10] Można to zobaczyć m.in. w materiale audiowizualnym „Bill Gates Deposition” (Michael Courtroom, Youtube.com/channel/UCecGXxOs0ad13VElTG-R2wQ/videos).

[11] Prawdziwy BG, w odróżnieniu od ekranowego, nie musiał się aż tak lękać o swój los. Trzeba wyznać otwarcie, że założyciel Microsoftu to jankeski Bartłomiej Misiewicz – niekompetentny karierowicz z „układu” albo ze środowiska „krewnych i znajomych królika”. Pochodzi on z bogatej, wpływowej i doskonale ustosunkowanej rodziny, a jego matka, Mary z domu Maxwell, znała osobiście szefa IBM-u („Mary Gates, 64; Helped Her Son Start Microsoft”, Nytimes.com).

[12] John Thomas Draper, haker telekomunikacyjny i pirat radiowy, który wcześniej grasował na Alasce oraz w stanie Maine.

[13] To skojarzenie przyszło mi do głowy zupełnie samoistnie. Jakże wielkie było moje zdumienie, kiedy odkryłam, że Martyn Burke, reżyser „Piratów z Doliny Krzemowej”, jest też – razem z Alanem Janesem – scenarzystą telewizyjnej adaptacji „Folwarku…” (Filmweb.pl/film/Folwark+zwierzęcy-1999-961)! Oprócz mikropowieści George’a Orwella można by również przywołać (w kontekście przemiany Jobsa z „Piratów…”) urywek piosenki „Agnieszka” gothic rockowej formacji Closterkeller: „Rozbijając szkło, nie słyszałam nawet śpiewu krwi. Ogarnęło mnie takie wielkie Nic. Dziś rozumiem już, teraz we mnie mieszkasz. Odtąd idę drogą Twojej misji. Agnieszko, i to ja! Teraz jestem inna: jak Ty przewrotna i niewinna. I tylko dziwnie zimna, gdy… zamiast mnie w lustrze jesteś Ty! I gdy nadchodzi czas, biały ogień w nas, smak gorącej krwi, zamiast mnie w lustrze jesteś Ty. I gdy nadchodzi czas, biały ogień w nas, smak gorącej krwi, zamiast mnie w lustrze jesteś Ty. I gdy nadchodzi czas, biały ogień w nas, smak gorącej krwi, zamiast mnie w lustrze jesteś… Ty!” (utwór z epki „Agnieszka” i longplayu „Violet”, 1993 r.).

[14] W filmie nosi ona imię Arlene, lecz w rzeczywistości nazywa się Chrisann Brennan i należy do grona profesjonalnych artystów plastyków. Steve Jobs nigdy nie ożenił się z Chrisann. Jego wybranką (poślubioną w marcu 1991 r.) została politolog i ekonomistka Laurene Powell. Twórca Apple’a miał z nią troje dzieci – dwie córki i syna. Co ciekawe, Bill Gates także ma syna i dwie córki (z informatyczką i ekonomistką Melindą French, którą pojął za żonę w styczniu ‘94).

[15] Uczeni z Xerox PARC (Palo Alto Research Center) bynajmniej nie byli święci! Żerowali oni na pomysłach Douglasa Engelbarta, który 9 grudnia 1968 r. zorganizował legendarny pokaz innowacyjności The Mother of All Demos (Youtube.com/user/MarcelVEVO/videos). Podczas tego wydarzenia, będącego częścią Fall Joint Computer Conference w San Francisco, Engelbart zademonstrował graficzny interfejs użytkownika obsługiwany za pomocą myszy komputerowej. Jak wielu „skomputeryzowanych” ludzi kojarzy dzisiaj ojca Matki Wszystkich Dem? W „Piratach z Doliny Krzemowej” nie ma ani słowa o skromnym Douglasie Engelbarcie! [Malcolm Gladwell – „Creation Myth. Xerox PARC, Apple, and the truth about innovation” (Newyorker.com); Cade Metz – „The Mother of All Demos – 150 years ahead of its time” (Theregister.co.uk); Dylan Tweney – „Dec. 9, 1968: The Mother of All Demos” (Wired.com); „Doug’s Great Demo: 1968” (Thedemo.org)]

[16] Adele Goldberg to bohaterka autentyczna, ale niewymieniona z imienia i nazwiska, zupełnie jak ekranowy Tim Paterson. Po latach niewiasta tak wspominała swoją przygodę z łupieżczym Jobsem: „Miałam dużą kłótnię z tymi kierownikami Xeroxa, mówiąc im, że zostaną oskubani do cna. I powiedziałam im, że zrobię to tylko wówczas, gdy zostanie mi to nakazane, bo wtedy – oczywiście – odpowiedzialność będzie spoczywać na nich. I to jest to, co oni uczynili” (cyt. za: „Triumph of the Nerds: The Transcripts, Part III”, Pbs.org/nerds/part3.html). Postawa Adele jawi mi się jako książkowy przykład umywania rąk. Pracownica ośrodka Xerox PARC mogłaby zastąpić Poncjusza Piłata na stanowisku prefekta biblijnej Judei.

[17] Przed Macintoshem ukazuje się Lisa – komputer „ochrzczony” na cześć nieślubnej córki SJ (do której ojciec oficjalnie się nie przyznaje, ale w głębi serca nie może o niej zapomnieć). Lisa to już zaawansowany pecet z xeroxowskim interfejsem, jednak maszyna ta nie odnosi większego sukcesu komercyjnego.

[18] Było to na studiach licencjackich. Któregoś dnia pan od informatyki oznajmił, że zadana przez niego praca domowa (zaliczeniowa?) musi zostać odrobiona w płatnym procesorze tekstu Microsoft Word**, ponieważ na zajęciach uczyliśmy się obsługi właśnie tego programu. A ja dysponowałam tylko darmowym oprogramowaniem OpenOffice i Microsoft Works. Tak, tak… „Biegusiem” kupowałam pakiet MS Office, żeby wykonać zadanie w prawdziwym Wordzie! I jeszcze mniemałam, że jestem sama sobie winna, bo przecież „każdy normalny człowiek” korzysta z Worda! Gdybym się nie ugięła przed imperium Wielkiego Brata, zapewne nie skończyłabym studiów przez dwójkę z informatyki. Dobrze, że nie byłam (i nie jestem) fanatyczną linuksiarą ani jabłkarą, gdyż mogłabym mieć dylemat moralny niczym Świadek Jehowy przed transfuzją krwi! Oprócz technologii informacyjnej miałam na licencjacie przedmiot „edytorstwo prasowe”, lecz jego prowadzący nie wymagał od nas posiadania żadnych komercyjnych programów. Chyba nawet rozdał nam płyty CD z jakimś wolnym oprogramowaniem edytorskim.

** Coś mi świta w głowie, że poza dokumentem w Wordzie musieliśmy również sporządzić plik w arkuszu kalkulacyjnym Excel.

WIĘCEJ O AUTYZMIE
I ZESPOLE ASPERGERA

1. Rhonda S. Walter – „Asperger Syndrome” [Kidshealth.org]
2. Melissa Conrad Stoppler – „Asperger’s Syndrome (Asperger Syndrome, Asperger Disorder)” [Medicinenet.com]
3. Steve Bressert – „Asperger’s Disorder Symptoms” [Psychcentral.com]
4. Julie Marks – „Asperger’s Syndrome: What Are the Signs and Symptoms of the Disorder?” [Everydayhealth.com]
5. Catherine Roberts – „Symptoms of Asperger’s Syndrome: Know the Signs” [Activebeat.com]
6. Kenneth Roberson – „What Causes Asperger’s Syndrome?” [Kennethrobersonphd.com]
7. Judith A. Morgan – „Conversation with an Adult with High functioning autism” [Theneurotypical.com]
8. Gavin Bollard – „Conversations with People with Asperger’s Syndrome can leave you with a Wrong Impression” [Life-with-aspergers.blogspot.com]
9. Syed Zulqarnain Gilani, Diana Weiting Tan, Suzanna N. Russell-Smith, Murray T. Maybery, Ajmal Mian, Peter R. Eastwood, Faisal Shafait, Mithran Goonewardene, Andrew J.O. Whitehouse – „Sexually dimorphic facial features vary according to level of autistic-like traits in the general population” [Jneurodevdisorders.biomedcentral.com]
10. Mark Hutten – „Aspergers and Poor Personal Hygiene” [Myaspergerschild.com]
11. Michael Clatch – „Asperger’s and Hygiene: Solutions for an Overlooked Issue” [Goodtherapy.org]
12. Robyn Steward – „Lesser-known things about Asperger’s syndrome” [Bbc.com]
13. Fugen Neziroglu, Jill Henriksen – „Differentiating Between Asperger’s and Obsessive-Compulsive Disorder” [Iocdf.org]
14. Jonathan Mitchell – „Undiagnosing Gates, Jefferson and Einstein” [Jonathans-stories.com]
15. Ailin Quinlan – „There’s something different about dad” [Independent.ie]
16. Roger A. Brumback, Caryn R. Harper, Warren A. Weinberg (tłum. Piotr Ślusarski) – „Upośledzenie zdolności niewerbalnego uczenia się, syndrom Aspergera, całościowe zaburzenia rozwojowe” [Niegrzecznedzieci.org.pl]
17. Sylwia Iwan – „Zespół Aspergera – zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne (OCD)” [Autyzmwszkole.com]
18. Mirosław Stańczyk – „Geniusze Aspergera” [Wprost.pl]
19. Izabella Groszczyk – „Sławne osoby z zespołem Aspergera” [Psycholog-partner.pl]
20. Magdalena Wątrobińska – „Neurony lustrzane a autyzm” [Autyzm-blog.pl]
21. „Dlaczego dzieci z autyzmem nie chcą patrzeć nam w oczy” [Niegrzecznedzieci.org.pl]
22. „Autyzm i anomalie w jądrze migdałowatym mózgu” [Niegrzecznedzieci.org.pl]
23. „Zespół Aspergera” [Centrum-hiperbaryczne.pl]
24. „Asperger Syndrome” [Autismspeaks.org]
25. „Looking a lot younger?” [dyskusja, Autismforums.com]
26. Hasła w polskojęzycznej Wikipedii [Pl.wikipedia.org]
27. Hasła w anglojęzycznej Wikipedii [En.wikipedia.org]

COŚ DLA ZAINTERESOWANYCH
HISTORIĄ MICROSOFTU I APPLE’A
(pomijam źródła, które już wymieniłam
w artykule, przypisach i postscriptach)

1. Rafał Borawski – „Tendencyjnie opowiedziana historia początków Microsoftu – w czterech aktach zamknięta. Odsłona pierwsza” [Dobreprogramy.pl]
2. Rafał Borawski – „Tendencyjnie opowiedziana historia początków Microsoftu – w czterech aktach zamknięta. Odsłona druga” [Dobreprogramy.pl]
3. Rafał Borawski – „Tendencyjnie opowiedziana historia początków Microsoftu – w czterech aktach zamknięta. Odsłona trzecia i ostatnia” [Dobreprogramy.pl]
4. Wielki Piec – „Microsoft nie jest ‘kochany’ i warto o tym pamiętać – polemika” [Dobreprogramy.pl]
5. Tomasz Oryński – „Marketing a sekciarstwo” [Orynski.eu]
6. Romain Moisescot – „Short Biography of Steve Jobs” [Allaboutstevejobs.com]
7. Romain Moisescot – „Steve at Work” [Allaboutstevejobs.com]
8. Romain Moisescot – „Steve at Home” [Allaboutstevejobs.com]
9. Romain Moisescot – „Steve on Stage” [Allaboutstevejobs.com]
10. Martin Kluger – „Was Steve Jobs a narcissist?” [Njpsychologist.com]
11. Gregg Henriques – „Was Steve Jobs’ Narcissism Justified?” [Psychologytoday.com]
12. Relly Nadler – „Steve Jobs EI Profile: Technical Giant or Narcissistic Tyrant?” [Psychologytoday.com]
13. Relly Nadler – „Steve Jobs: Superman Syndrome, Low EQ, High IQ” [Psychologytoday.com]
14. Samuel Barondes – „Why Was Steve Jobs Sometimes So Mean?” [Psychologytoday.com]
15. Ellen Kay Trimberger – „Adoption in the Life of Steve Jobs” [Psychologytoday.com]
16. Susan Donaldson James – „‘Steve Jobs’ and ‘Blue Nights’ Reveal Dark Side of Adoption” [Yahoo.com]
17. James Altucher – „10 Things I Didn’t Know About Steve Jobs” [Businessinsider.com]
18. Danika McClure – „10 Surprisingly Dark Truths About Steve Jobs And Apple” [Allthatsinteresting.com]
19. Zameena Mejia – „The No. 1 thing Bill Gates wishes he’d done in college” [Cnbc.com]
20. Rachel Premack – „‘I missed a lot’: Bill Gates regrets not partying and going to football games at Harvard” [Businessinsider.com]
21. Arif Mahmud Riad – „Pirates of Silicon Valley” [Fintechbd.com]
22. Matt Weinberger – „The strange relationship between Bill Gates and Steve Jobs” [Businessinsider.com.au]
23. „Steve Jobs and Bill Gates: Inside the rivalry” [Aljazeera.com]
24. „Steve Job’s Personal Beliefs” [Theapplepost.com]
25. „Frutarianizm. Owocowa dieta zachwalana przez Steve’a Jobsa” [Salon24.pl/u/zdrowie/]
26. Hasła w polskojęzycznej Wikipedii [Pl.wikipedia.org]
27. Hasła w anglojęzycznej Wikipedii [En.wikipedia.org]

FILMY DOKUMENTALNE
O BILLU, STEVIE I ICH FIRMACH

1. „Biography. Bill Gates: Sultan of Software” [prod. Margaret Murphy, ABC News Productions dla A&E Network, 2003 (wersja oryginalna, bez późniejszych aktualizacji – 1998)]
2. „The vaccine according to Bill Gates” [reż. Frederic Castaignede, scen. Vincent Gaullier i Frederic Castaignede, prod. Valerie Abita, ZED & ARTE France, 2013]
3. „Money Programme. Bill Gates: How a Geek Changed the World” [prod. i reż. Charles Miller i Dan Trelford, BBC & The Open University, 2008]
4. „Money Programme. Steve Jobs: Billion Dollar Hippy” [prod. i reż. Laura Craig Gray i Tristan Quinn, BBC Productions, 2011]
5. „Steve Jobs: One Last Thing” [prod. i reż. Susan Crook, Jonathan Challis, John Coffey i Ian Lynch, Pioneer Film and Television Productions (we współpracy z PBS i Mentorn International) dla Channel 4, 2011]
6. „History of Microsoft — 1975”, „History of Microsoft — 1976”, „History of Microsoft — 1977”, „History of Microsoft — 1978”, „History of Microsoft — 1979”, „History of Microsoft — 1980”, „History of Microsoft — 1981”, „History of Microsoft — 1982”, „History of Microsoft — 1983”, „History of Microsoft — 1984”, „History of Microsoft — 1985”, „History of Microsoft — 1986”, „History of Microsoft — 1987”, „History of Microsoft — 1988”, „History of Microsoft — 1989”, „History of Microsoft — 1990”, „History of Microsoft — 1991”, „History of Microsoft — 1992”, „History of Microsoft — 1993”, „History of Microsoft — 1994”, „History of Microsoft — 1995” [Youtube.com/user/jonpaulmoen/videos]
7. Krótkie materiały audiowizualne, które znajdziemy w serwisie YouTube, gdy wpiszemy do tamtejszej wyszukiwarki hasła „Young Bill Gates” i „Young Steve Jobs” (polecam zwłaszcza filmik „1991 Interview with Bill Gates”, Youtube.com/user/king5evening/videos)

Wampir energetyczny znalazł sobie ofiarę
(Bill Gates z wizytą u Steve’a Jobsa)

BG sprzedaje IBM-owi coś, czego nie posiada
(system DOS, który zostanie nabyty od Patersona,
a który wcześniej został „gwizdnięty” Kildallowi)

Zarząd Xeroxa nie chce myszy ani peceta Alto
(leśne dziadki blokują postęp technologiczny!
Korzysta na tym konkurencja – Apple.
To jest film o konflikcie pokoleniowym)

* * * * *

Prawdziwy Bill jako chłopię 36-letnie (1991).
Zwróćmy uwagę na autystyczne kołysanie się!

Prawdziwy Steve w 1984 roku,
podczas prezentacji komputera Macintosh

* * * * *

Z innej beczki: „Witajcie w życiu!” (1997) –
– dokument o psychomanipulacji w Amwayu

Lacrimosa. Orkiestry symfoniczne i gitary elektryczne

Niemcy + Finlandia = Szwajcaria

Lacrimosa, niemiecko-fiński duet muzyczny działający w Szwajcarii, jest jednym z najbardziej cenionych przedstawicieli subkultury gotyckiej (gothic, goth). Zespół, którego nazwa pochodzi od finałowej części „Requiem” Wolfganga Amadeusza Mozarta, rozpoczął swoją karierę jako jednoosobowy projekt artystyczny spod znaku dark wave (mrocznych, depresyjnych brzmień keyboardowych). Prawdziwą sławę i uznanie przyniosły mu jednak późniejsze płyty, na których udało się połączyć gotycki rock/metal z muzyką poważną. Lacrimosa zasłynęła z ambitnych, skomplikowanych kompozycji, niejednokrotnie nagrywanych z udziałem orkiestr i chórów. Formacja współpracowała m.in. z Londyńską Orkiestrą Symfoniczną (London Symphony Orchestra), Państwową Operą w Hamburgu (Hamburgische Staatsoper) i Niemiecką Orkiestrą Filmową Babelsberg (Deutsches Filmorchester Babelsberg). W ostatnich latach duet odszedł – ze szkodą dla siebie – od tej niecodziennej konwencji twórczej, porzucił tradycjonalizm na rzecz futuryzmu. Utwory Lacrimosy stały się prostsze i bardziej elektroniczne. Nic więc dziwnego, że zespół nie jest już tak popularny jak niegdyś. Krążą nawet słuchy, że obecnie na koncerty formacji przychodzi o połowę (sic!) mniej melomanów niż dekadę temu. Czyżby publiczność chciała pamiętać Lacrimosę taką, jaką była na przełomie XX i XXI wieku?

Początek Lacrimosy datuje się na rok 1990. To właśnie wtedy Niemiec Tilo Wolff (ur. 10 lipca 1972 r.) powołał do życia swój nietuzinkowy projekt muzyczny. W roku ‘93 do Lacrimosy dołączyła Finka Anne Nurmi (ur. 22 sierpnia 1968 r.), wcześniej związana z fińskim zespołem Two Witches. Grudzień 1994 – oto data wydania epki „Schakal”, na której Tilo i Anne po raz pierwszy wystąpili jako duet. Aktualnie Lacrimosa ma w swoim dorobku 13 albumów długogrających, w tym 3 solowe płyty Wolffa („Angst” – 1991, „Einsamkeit” – 1992, „Satura” – 1993) i 10 krążków zawierających głos Nurmi („Inferno” – 1995, „Stille” – 1997, „Elodia” – 1999, „Fassade” – 2001, „Echos” – 2003, „Lichtgestalt” – 2005, „Sehnsucht” – 2009, „Revolution” – 2012, „Hoffnung” – 2015, „Testimonium” – 2017). Ofertę zespołu wzbogacają liczne single, EP, składanki, koncertówki, kasety VHS i płyty DVD. Od roku ‘04 Tilo Wolff działa również pod szyldem Snakeskin (tak brzmi nazwa jego pobocznego projektu muzycznego, który można zaliczyć do nurtu electro-goth). Anne Nurmi jest w Lacrimosie przede wszystkim klawiszowcem, a dopiero później – wokalistką i kompozytorką. Piosenki śpiewane w całości przez tę damę (12 nagrań) stanowią 8,63% lacrimosowego repertuaru[1]. Teksty formacji mówią zwykle o uczuciach. Często poruszają temat miłości, tęsknoty, osamotnienia.

Tilo i Anne prywatnie są małżeństwem, doczekali się dwóch synów: Tristana Alexandra i Tiziana Immanuela. Skąd o tym wiadomo, skoro nie ma tej informacji w Wikipedii ani na oficjalnej stronie duetu? W lokalnym, szwajcarskim pisemku „Riehener Zeitung” (29 kwietnia 2016 r., Riehener-zeitung.ch[2]) znalazłam krótki komunikat „Aufnahme in das Burgerrecht der Gemeinde Riehen” autorstwa Eleonore Spiniello-Behret. Wiadomość zawiera następujące słowa: „Wolff, Wolf-Tilo, deutscher Staatsangehoriger mit seiner Ehefrau, Wolff geb. Nurmi, Anne Marjaana, finnische Staatsangehorige, und die Kinder, Wolff, Tristan Alexander, Wolff, Tizian Immanuel, finnische Staatsangehorige”. Ale to jeszcze nie koniec sensacji. Od 2013 r. Tilo jest kapłanem w jednej z parafii Kościoła Nowoapostolskiego (NAK – Neuapostolische Kirche). Aby się o tym przekonać, wystarczy odwiedzić witrynę Riehen.nak.ch i wpisać do tamtejszej wyszukiwarki hasło „Tilo Wolff”. Udany zabieg powinien doprowadzić do wyświetlenia się nagłówków trzech newsów: „Besuch des Bezirksapostels” (2013), „Taufe Simon Emmanuel Dappen” (2014) i „Vorsteherwechsel am Karfreitag, den 30. Marz 2018” (2018). Ten ostatni artykuł donosi m.in. o parafialnym awansie mężczyzny. Kilka ładnych zdjęć z Wolffem zobaczymy ponadto w świeżym materiale „17. Juni 2018 – Taufe Samuel Dappen” (2018).

„STILLE”, „ELODIA”, „FASSADE” –
– TRZY MINIRECENZJE MUZYCZNE

„Stille” (1997)

„Stille” („Cisza”) nie jest pierwszą płytą z repertuaru Lacrimosy. Bez cienia wątpliwości można jednak powiedzieć, że stanowi ona pierwszy w pełni dojrzały longplay opisywanego duetu. Wyjątkowe arcydzieło, w którym Tilo Wolff – kompozytor, wokalista i multiinstrumentalista – rozwija skrzydła na całą szerokość, pokazując światu rozmach swojego przedsięwzięcia muzycznego. Trzy najwcześniejsze krążki zespołu („Angst”, „Einsamkeit” i „Satura”) były jeszcze młodzieńczymi wprawkami utalentowanego Niemca, w dodatku dość ubogimi formalnie (słyszymy na nich niemal wyłącznie keyboard, typowy dla depresyjnego dark wave). Czwarte CD, „Inferno”, zawierało już utwory bardziej skomplikowane, a poza tym ujmowało słuchacza nieśmiałymi partiami orkiestralnymi, służebnymi wobec dominujących brzmień gothic metalowych. „Stille” to zdecydowanie nie przelewki, tylko poważne dokonanie artystyczne, w którym elementy muzyki klasycznej (orkiestra, chór) współgrają z drapieżnymi gitarami na równych prawach. Album zawiera w sobie więcej energii i zuchwałości niż poprzednie propozycje Lacrimosy. Inaczej brzmi też na nim wokal Tilo Wolffa – nareszcie śmiało, żywo i spontanicznie. Znika męczydusza, która na „Inferno” zaczynała się już robić uciążliwa, a przybywa szczery rockowy wokalista wyrzucający z siebie wiele zróżnicowanych emocji.

Wprowadzeniem do płyty „Stille” jest ponad 10-minutowy utwór „Der Erste Tag”. Kompozycja zaczyna się dźwiękami tradycyjnych instrumentów, które swoim brzmieniem sygnalizują odbiorcy, że właśnie wydarzyło się coś tajemniczego i niesamowitego. Skojarzenie w pełni uzasadnione, bo – jeśli wierzyć anglojęzycznej Wikipedii – jest to pieśń o „ozdrowieniu z płonącego piekła”[3] (przeciwieństwo raju stanowiło motyw przewodni poprzedniego CD zespołu). Po intrygującym wstępie kawałek „Der Erste Tag” ślamazarnie wlecze się przed siebie, przywodząc na myśl długą i pozbawioną pośpiechu wędrówkę. W czwartej minucie muzyka nagle zaczyna gęstnieć i ciemnieć. Robi się coraz mroczniej i niebezpiecznej… Nadciąga burza, która na dobre rozpętuje się półtorej minuty później. Tilo Wolff powtórzy ten zabieg artystyczny w 2005 r. na krążku „Lichtgestalt” (w obłędnym tracku „Sapphire”). Drugim nagraniem zarejestrowanym na płycie „Stille” jest piosenka „Not Every Pain Hurts” wykonywana w całości przez Anne Nurmi[4]. Ten powolny, ociężały, melancholijny kawałek posiada rytm walca, co zbliża go do gatunku muzycznego zwanego doom metalem. Nie jest może aż tak ciężki jak „The Dance” (1998) grupy Within Temptation, ale ewidentnie kojarzy się z macochą Królewny Śnieżki, która na weselu swojej pasierbicy musiała tańczyć w żelaznych trzewikach.

Kolejne dzieło, jakim obdarowali nas Tilo i Anne w roku 1997, to przebojowy utwór „Siehst Du Mich Im Licht?” – jedno z najbardziej energetyzujących nagrań w bogatym repertuarze Lacrimosy. Jeżeli chcesz posłuchać czegoś „z pazurem” i „z przytupem”, to wspomniana piosenka na pewno nie zawiedzie Twoich oczekiwań. Ten kawałek Cię rozbuja, a przynajmniej sprawi, że trudno Ci będzie zapanować nad własną głową i stopą. Anja Orthodox, liderka zespołu Closterkeller, tłumaczyła kiedyś, czym się różni „gitara elektryczna” od „przesterowanej gitary elektrycznej”. Otóż czysta gitara robi „dun, din, dan”, a przesterowana – „dżu, dżu, dżu” lub „adż, adż, adż”[5]. W „Siehst…” rozbrzmiewają oba te instrumenty, przy czym ten, który miauczy „dun, din, dan”, wspina się na wyżyny muzycznej wirtuozerii[6]. Do tego dochodzi dumna, potężna, wyrazista perkusja… Po wysłuchaniu omawianego utworu słuchacz czuje się zmęczony, ale w pozytywnym znaczeniu, jak po jakiejś mocno absorbującej rozrywce. Nic więc dziwnego, że następnym kawałkiem na krążku „Stille” jest spokojniejsza kompozycja „Deine Nahe”. Dzieło to zawiera fragmenty, które dyskretnie zwiastują piosenkę „Alleine Zu Zweit”, jaka pojawi się na płycie „Elodia” w 1999 r. „Deine…” pozwala nam odpocząć po „Siehst Du Mich Im Licht?” oraz nabrać sił przed największym hitem Lacrimosy.

„Stolzes Herz”, piąty utwór zapisany na CD „Stille”, to pieśń ciesząca się szczególnym uznaniem fanów Wolffa i Nurmi. Rzeczony kawałek miał swoją premierę już rok wcześniej na niespełna 23-minutowym singlu zawierającym również kompozycje „Ich Bin Der Brennende Komet”, „Mutatio Spiritus” i „Stolzes Herz (Piano Version)”. Na początku marca 2018 r. Tilo poprosił śledzących go użytkowników Facebooka, żeby wskazali trzy najbardziej lubiane przez siebie piosenki Lacrimosy[7]. Kilka dni później artysta opublikował wyniki tego małego plebiscytu. Okazało się, że na liście 100 najpopularniejszych nagrań duetu pierwsze miejsce zajmuje właśnie „Stolzes Herz”. Czy Internauci mają rację? Niech każdy z nas oceni to samodzielnie… Wróćmy jednak do analizy płyty „Stille”. Szóstą piosenką, jaką znajdziemy na tym krążku, jest wyjątkowo ciekawa kompozycja „Mein Zweites Herz”. Co w niej takiego niezwykłego? Otóż kawałek ten nie zawiera żadnych elementów rockowych (brak gitar i perkusji). Poza tym, nawiązuje on do dwóch najstarszych albumów Lacrimosy. Przeciągłe, lodowate dźwięki organów stanowią odwołanie do „Seele In Not” i „Der Ketzer” z płyty „Angst” (1991). Lekko cyrkowa, ironiczna melodia[8] przypomina zaś tytułowy utwór z krążka „Einsamkeit” (1992). Myślę, że jest to także hołd dla arlekina Jestera zdobiącego logo zespołu.

Kawałek następujący po „Mein Zweites Herz” wyraźnie kontrastuje ze swoim poprzednikiem. „Make It End” jest kompozycją niemal stuprocentowo metalową: bardzo twardą, surową, a na dodatek zdominowaną przez przesterowaną gitarę elektryczną. Tradycyjnych instrumentów nie ma tutaj prawie wcale. Ba, trzeba się uważnie wsłuchać, żeby je w ogóle usłyszeć! Jednocześnie jest to już druga piosenka na CD „Stille”, którą samodzielnie wykonuje Anne Nurmi. Podkreślam ten fakt, gdyż nie ma drugiej płyty Lacrimosy, na której rodaczka Tarji Turunen śpiewałaby solo więcej niż raz. Niestety, w „Make It End” Anne radzi sobie raczej kiepsko. Z przykrością stwierdzam, że Finka nie należy do wybitnych śpiewaczek, a takie agresywne kawałki zwyczajnie ją przerastają. Nurmi sprawdza się w utworach spokojnych i powolnych, natomiast w nagraniach typu „Make It End” dosłownie nie nadąża za muzyką. Największą słabością omawianej piosenki jest jej końcówka, w której wokalistka wydaje z siebie jakieś dziwne piski. Chyba miało to brzmieć dramatycznie, ale wyszło po prostu śmiesznie. Na szczęście, ostatnia kompozycja to monumentalne arcydzieło, jedno z najwspanialszych w dorobku szwajcarskiego duetu. „Die Strasse Der Zeit” trwa niemal kwadrans i stanowi epicką wędrówkę przez czas, w której doświadczamy atmosfery różnych wydarzeń historycznych.

„Elodia” (1999)

„Elodia” (tytuł – imię żeńskie) od lat uchodzi za szczytowe osiągnięcie Lacrimosy. Płyta, o której mowa, jest concept albumem i rock operą, a więc produkcją, w której poszczególne utwory układają się w spójną całość. Elementów muzyki klasycznej – tradycyjnych instrumentów, skomplikowanych melodii i patetycznych klimatów – jest tutaj jeszcze więcej niż na krążku „Stille”. Do udziału w nagraniach Tilo Wolff zaangażował artystów z tak poważnych instytucji, jak Londyńska Orkiestra Symfoniczna czy Państwowa Opera w Hamburgu. Zgodnie z tym, co powiedział muzyk w wywiadzie dla polskiego magazynu „Tylko Rock” (nr 6/1999)[9], „Elodia” koncentruje się na zagadnieniach miłości, śmierci i przeznaczenia. Tilo potwierdza, że teksty piosenek zarejestrowanych na longplayu są częściowo inspirowane mitologią grecką, a melodie stanowią kontynuację twórczości dawnych mistrzów: Mozarta, Vivaldiego, Beethovena i Bacha. Nagrania odbywały się w Niemczech i w Anglii, m.in. w znanym londyńskim studiu przy ulicy Abbey Road, które gościło wiele sławnych zespołów rockowych oraz metalowych (The Beatles, Iron Maiden, U2, Pink Floyd, Green Day, Radiohead, Nightwish, Oasis). Jak się ma „Elodia” do „Stille”? „Nie jest to może płyta bardzo różna od tej poprzedniej, ale wydaje mi się lepsza” – ocenił Wolff w rozmowie z czasopismem „Tylko Rock”.

Utworem otwierającym „Elodię” jest „Am Ende Der Stille”: spokojna, elegancka, bogata brzmieniowo kompozycja, w której nie uświadczymy elektrycznych gitar ani ciężkiej perkusji. Ten 8-minutowy, klasyczny kawałek ma charakter niemal całkowicie instrumentalny. Śpiew Tilo słychać tylko w dwóch pierwszych minutach, przy czym jest to wokal cichy, drugoplanowy względem muzyki. Przyjemne, łagodne dźwięki, które tak umiejętnie wprowadzają nas w atmosferę „Elodii”, stanowią ilustrację dla subtelnego, lirycznego tekstu. „Twe słowa szybują ku porankowi/ I w wątłym, różowym welonie/ Unoszącym się nad naturą/ Zanikają i milkną w ciszy/ Tylko tęsknota w moim głosie/ I w ulotnej modlitwie/ Rozpamiętują Twe słowa/ W których oddano mi Ciebie/ Ma nadzieja milknie/ A cisza wznieca wojnę”[10] – nuci autor tych strof, czyli sam Wolff. Gdy „Am Ende…” dobiega końca, nastrój na CD ulega zmianie. Zaczyna się „Alleine Zu Zweit”: piosenka rockowa, chwytliwa i optymistyczna, co u Lacrimosy należy do rzadkości. „Alleine…” mówi o długotrwałym związku damsko-męskim, w którym kobieta i mężczyzna stopniowo oddalają się od siebie pod wpływem rutyny oraz trosk dnia codziennego. Jednak odrobina namiętności sprawia, że ich uczucie odradza się jak feniks z popiołów, a stary układ odzyskuje dawno utraconą młodość. Iście antyrozwodowy kawałek[11].

„Halt Mich”, trzeci utwór zapisany na krążku „Elodia”, to 4-minutowa perełka muzyczna utrzymana w klimatach pogodnej melancholii. Gwoździem programu jest tutaj zwinny smyczek wygrywający na skrzypcach szczebioczącą, wpadającą w ucho melodię. Doskonale współpracuje on z gitarą elektryczną i prawdziwie wirtuozerską, choć wcale nie lekką perkusją. „Halt Mich” ma dość konwencjonalną budowę, na którą składają się zwrotki, refreny i instrumentalna solówka poprzedzająca wyrazisty finał. Omawiana piosenka jest jednocześnie prezentacją aktorskich zdolności Tilo. Założyciel Lacrimosy wydaje się bowiem udawać sentymentalnego, nadwrażliwego, znudzonego arystokratę z epoki (pre)Romantyzmu, a jego aksamitny wokal stopniowo ewoluuje w stronę płaczu i teatralnego krzyku. Po kawałku „Halt Mich” następuje utwór „The Turning Point” wykonywany w całości przez Anne Nurmi. Piosenka zaczyna się krótką melorecytacją w ojczystym języku artystki. Kobieta już raz deklamowała niedługi tekst po fińsku: miało to miejsce w tytułowym nagraniu z epki „Schakal” (1994)[12]. „The Turning Point” przypomina nieco „Not Every Pain Hurts”, lecz w refrenach, które są żywsze od zwrotek, Anne popełnia błędy rodem z „Make It End”. Tekst „The Turning…” to głos żony znajdującej oparcie w swoim mężu. Rzecz o miłości, wdzięczności i wtórnej socjalizacji.

Cztery kawałki, które omówiłam do tej pory, stanowiły pierwszy akt „Elodii” (pamiętajmy, że analizowane CD jest concept albumem i rock operą!). „Am Ende Der Stille” było wstępem do tej melodramatycznej opowieści: bardzo delikatnym i poetyckim, ale już napomykającym o czarnych chmurach wiszących nad głównymi postaciami. „Alleine Zu Zweit” dawało do zrozumienia, że bohaterowie przeżywają kryzys w związku, lecz próbują go jakoś przezwyciężyć. „Halt Mich” zawierało refleksje mężczyzny, który wprawdzie zmaga się z konfliktem wewnętrznym i myślami samobójczymi, jednak ma u swojego boku niewiastę podtrzymującą go przy życiu i sprowadzającą go na ziemię. „The Turning Point” stanowiło poruszające wyznanie owej niewiasty: historię jej dawnego zagubienia, z którego umiłowany mężczyzna pomógł jej się wyplątać[13]. W utworach budujących drugi akt „Elodii” – „Ich Verlasse Heut’ Dein Herz” i „Dich Zu Toten Fiel Mir Schwer” – wszelka nadzieja pryska jak bańka mydlana. Długoletni związek, w którym obie strony przeżyły tyle wzlotów i upadków, ostatecznie się rozpada. Początkowo wiąże się z tym uczucie smutku („Ich Verlasse…”). Później przygnębienie ustępuje złości oraz pretensjom do byłego partnera („Dich Zu Toten…”). Ta druga pieśń brzmi trochę prowokacyjnie: chwilami przypomina wojenny marsz, inwazję wojsk Wehrmachtu[14].

Trzeci akt opowieści – „Sanctus” i „Am Ende Stehen Wir Zwei” – przynosi pewną niespodziankę. Czyżby nieoczekiwany zwrot akcji? Utwór „Sanctus” (trwający ponad 14 minut, a zatem będący jedną z najdłuższych kompozycji Lacrimosy) jest tak trudny do interpretacji, że właściwie nie wiadomo, dlaczego znalazł się na „Elodii”. W rzeczonym nagraniu występują zarówno fragmenty klasyczne, jak i metalowe, przy czym te pierwsze wydają się przeważać nad tymi drugimi. Czasem można nawet odnieść wrażenie, że ciężkie gitary służą tylko podkreślaniu orkiestralnych uniesień… „Sanctus” należy do dzieł wyjątkowo monumentalnych. Najpierw chór uroczyście chwali Boga po łacinie[15], a potem zabiera głos główny bohater męski, który – ustami Wolffa – śpiewa o spotkaniu swojej świeżo opuszczonej współmałżonki. Prawdopodobnie mamy tu do czynienia z literackim zabiegiem „Deus ex machina”. Gdy już sądzimy, że przedstawienie dobiegło końca, następuje przedziwna interwencja Niebios. Co z niej wynika? Odpowiedź na to pytanie zawiera piosenka „Am Ende Stehen Wir Zwei”. W tym patetycznym, dudniącym jak dzwon utworze (zwiastującym „Fassade – 1. Satz”) Tilo i Anne poruszają temat „drugiej szansy dla nas obojga”[16]. Zaiste, wzruszający kawałek. Kiedy go słucham, mam ochotę płakać niczym gospodyni domowa oglądająca swoją ulubioną telenowelę.

„Fassade” (2001)

„Fassade” („Fasada”, „Maska”, „Pozory”) to kolejny w karierze Lacrimosy concept album. Tym, co odróżnia go od poprzednich płyt duetu, jest zwiększenie – w warstwie tekstowej – nacisku na problematykę uniwersalną i ogólnoludzką. O ile wcześniejsze krążki zespołu skupiały się na przeżyciach jednostki i relacjach interpersonalnych (głównie pomiędzy dwojgiem zakochanych ludzi), o tyle teraz w centrum uwagi zostaje postawione współczesne społeczeństwo. A trzeba przyznać, że jest to wizja daleka od pozytywnej. Można śmiało skonstatować, że w tytułowym tryptyku („Fassade – 1. Satz”, „Fassade – 2. Satz” i „Fassade – 3. Satz”) nowoczesna cywilizacja euroatlantycka zostaje skrytykowana jako pusta i bezduszna. Jest to raczej krytyka konserwatywna lub konserwatywno-liberalna, piętnująca zanik tradycyjnych wartości oraz demaskująca zniewolenie jednostki przez biurokratyczny system, środki masowego przekazu i uniformizujące procesy społeczne: globalizację, urbanizację, makdonaldyzację etc. Okładka albumu „Fassade” przedstawia pokaz mody obserwowany przez robotników z filmu „Metropolis” (1927) Fritza Langa[17]. To już drugie nawiązanie Lacrimosy do tej słynnej antyutopii. Na okładce CD „Inferno” (1995) widzieliśmy przecież miasto podobne do tego z „Metropolis”. Ono również zostało przywołane w kontekście piekła, otchłani.

„Fassade – 1. Satz” (track #1) nie jest utworem łatwym do opisania. Panuje w nim nastrój… nawet więcej niż podniosły. Ta multiinstrumentalna kompozycja brzmi ultrapatetycznie, a zarazem złowieszczo i rozpaczliwie, jakbyśmy właśnie odkryli, że wydarzyło się coś bardzo poważnego. Nagranie dosłownie zwala człowieka z nóg swoim tragizmem. Mógłbyś przy nim paść na kolana, ukryć twarz w dłoniach i wybuchnąć histerycznym płaczem. Katastroficznej, wręcz apokaliptycznej muzyce towarzyszy rozdzierający krzyk Tilo Wolffa: „Nie patrzcie na mnie!/ Nie jestem zwierzęciem!/ Tylko ludzkim dzieckiem – dla was obcą istotą – może/ Z oczami i uszami/ Sercem i uczuciami/ I wciąż jeszcze czystym i wolnym umysłem”[18]. Jakie to szczęście, że gdy „Fassade – 1. Satz” dobiega końca, napięcie zostaje rozładowane przez kawałek znacznie lżejszy i radośniejszy! „Der Morgen Danach” (track #2) jest konwencjonalną piosenką utrzymaną w klimatach rodem z „Elodii”. Założyciel Lacrimosy znów godzi rockową plebejskość z dworskością klasycznych instrumentów. Tym razem pieszczotą dla naszych uszu są łagodne dźwięki fletu. Tekst utworu mówi o miłości: podmiotem lirycznym jest mężczyzna, który wychwala pod niebiosa swoją wybrankę. „Der Morgen…” należy do sztandarowych nagrań duetu. Kawałek zajął trzecie miejsce w rankingu „Top 100” (marzec 2018)[19].

„Senses” (track #3) to jedyny i poniekąd obowiązkowy – z punktu widzenia lacrimosowej tradycji – utwór wykonywany przez Anne Nurmi. Piosenka jest najsłabszą kompozycją zarejestrowaną na płycie „Fassade”. Jak nietrudno wywnioskować z tytułu, „Senses” stawia na zmysłowość w wymiarze muzycznym oraz treściowym. Nagranie opowiada o kobiecie tęskniącej za swoim mężem, który niedawno umarł, ale jego obecność nadal jest w domu wyczuwalna. Bohaterka przechowuje wiele pamiątek po ukochanym mężczyźnie, lecz odczuwa dotkliwy brak jego pocałunków[20]. Spokojna melodia sprawia, że głos fińskiej wokalistki nareszcie brzmi dobrze. Aż za dobrze. I tu leży pies pogrzebany. Ten śpiew jest po prostu zbyt piękny, żeby był prawdziwy. Głęboki, eteryczny, nieziemski, rozchodzący się w przestrzeni… Czyżby magia autotune’a? Całkiem możliwe[21]. „Warum So Tief?” (track #4) to ociekający chandrą utwór, w którym ważną rolę odgrywa ciężka perkusja będąca tłem dla klasycznego instrumentarium. Rytm, tempo i aranżacja tego kawałka mogą się kojarzyć z piosenką „Meine Welt” z 1999 r. Dla niezorientowanych: „Meine Welt” to jedno z dwóch nagrań bonusowych dołączonych do japońskiego wydania „Elodii”[22]. „Warum…” przypomina też „Mein Zweites Herz” ze względu na smętne pobrzękiwanie trąbki. Oj, rzadko słyszy się trąbkę poza jazzem i filharmonią!

„Fassade – 2. Satz” (track #5) jest drugą częścią tryptyku, od którego wziął swoją nazwę analizowany krążek Wolffa i Nurmi. Kompozycja ma charakter chóralno-orkiestralny, brakuje w niej elementów rockowo-metalowych. Nie jest ona radosna, ale daleko jej do dramatyzmu przepełniającego pierwszą część trylogii. Dużym zaskoczeniem są tutaj operowe popisy tajemniczych sopranistek. Tilo Wolff również podejmuje próby śpiewania wysoko i dźwięcznie (wyje wówczas jak ksiądz zawodzący w kościele podczas nabożeństwa!). Artysta będzie kontynuował te eksperymenty także na następnych płytach sygnowanych logiem Lacrimosy[23]. Jeśli chodzi o tekst „Fassade – 2. Satz”, to pada w nim desperacka deklaracja: „Chcę się wydostać z zimnego świata ludzi/ I chcę wejść w ciepłe ręce miłości”[24]. „Liebesspiel” (track #6) jest owym upragnionym „wejściem w ciepłe ręce miłości”. Dokładnie mówiąc: wejściem smoka. Ten ostry, dynamiczny kawałek porusza temat zbliżenia damsko-męskiego, lecz czyni to w sposób zdecydowanie atawistyczny, frywolny tudzież sugestywny („Pomiędzy Twoimi udami/ Dotykając Twych wilgotnych ust/ Umieram dla Ciebie…/ Jesteś moja!”[25]). Utwór brzmi jak połączenie „Siehst Du Mich Im Licht?” z „Alleine Zu Zweit”. Hałaśliwe grzmoty przesterowanej gitary łagodzi jednak wesoły obój, drewniany instrument dęty pokrewny fujarce.

„Stumme Worte” (track #7) można uznać za kontynuację „Liebesspiel”. Oto dociera do naszych uszu klasyczna kompozycja, w której kluczową rolę odgrywa melancholijne pianino. Dzieło prezentuje punkt widzenia mężczyzny, który z pewnym rozrzewnieniem wspomina swój przelotny romans należący już do przeszłości. Postawa podmiotu lirycznego jest ambiwalentna. Z jednej strony, bohater cieszy się, że w jego życiu miał miejsce taki barwny epizod. Z drugiej – boleje nad faktem, że ten słodki rozdział żywota został zamknięty na amen. „Tylko raz jej zapragnąłem;/ Tylko raz – teraz i już na zawsze./ Ale nie chcę, by skończyło się moje cierpienie,/ Bo jest wszystkim, co mi zostawiła”[26] – śpiewa Tilo Wolff. Piosenka „Stumme Worte” przywodzi mi na myśl fikcyjny szlagier z powieści „Rok 1984” (1949) George’a Orwella. Przebój ten zaczyna się bowiem słowami: „To był tylko chwilowy urok/ I minął jak kwietniowy dzień,/ Lecz cóż za marzenia rozbudził!/ Z serca mego najlżejszy zdjął cień!”[27]. „Fassade – 3. Satz” (track #8), ostatnia część wielkiego tryptyku Lacrimosy, wyraźnie nawiązuje do części pierwszej, ale jest od niej bardziej gitarowa. Katastrofizm ustępuje tutaj z drogi buntowniczości. Czyżby podmiot liryczny zamienił rozpacz na aktywną walkę ze złem? Takie zakończenie byłoby istnym „happy endem” (choć może nieco naiwnym)!

* * *

Mam nadzieję, że mój artykuł wniósł coś do dyskusji o Lacrimosie i jej prawie 30-letniej pracy twórczej. A tych, którzy wcześniej nie znali tego duetu, zachęcił do sięgnięcia po jego trzy najsłynniejsze albumy muzyczne. Lacrimosa to zespół, który pokochałam mocniej niż jakikolwiek inny. Zaczęłam go słuchać w styczniu 2006 r., gdy nie miałam jeszcze ukończonych 15 lat. Mimo upływu czasu nieustannie wracam do nagrań Wolffa i Nurmi, za każdym razem odkrywając w nich coś nowego i zaskakującego. Oprócz Lacrimosy cenię gotyckie formacje Closterkeller i Switchblade Symphony, a od niedawna – również XIII. Stoleti, L’Ame Immortelle, Persephone i Coma Divine. Naturalnie, słucham także symfonicznego rocka/metalu typu Within Temptation, Nightwish czy Epica. Artystów spoza nurtów gothic i symphonic, których twórczość przypadła mi do gustu, jest tak wielu, że nie byłabym w stanie ich dzisiaj wymienić. Wciąż mam sentyment do rosyjskiego duetu t.A.T.u., który był modny w czasach mojej nauki w szkole podstawowej. Ale lubię też Filipinki (polski girlsband doby gomułkowskiej i gierkowskiej), brytyjskie przeboje z lat 70. i 80. XX wieku, a nawet „piosenki zaangażowane” rozmaitych opcji politycznych. Ostatnio przekonuję się do muzyki industrialnej (Nachtmahr – projekt Thomasa Rainera). Zaciekawiła mnie bowiem subkultura cyber-goth.

Natalia Julia Nowak,
23.06. – 01.08. 2018 r.

PRZYPISY

[1] Wszystkich utworów Lacrimosy jest prawdopodobnie 139. Tak przynajmniej wynika z facebookowych obliczeń Tilo Wolffa (marzec 2018, Facebook.com/LacrimosaOfficial). Lista kawałków z Anne Nurmi jako jedyną lub główną wykonawczynią: „No Blind Eyes Can See” (1995), „Not Every Pain Hurts” (1997), „Make It End” (1997), „The Turning Point” (1999), „Senses” (2001), „Vankina” (2001), „Apart” (2003), „My Last Goodbye” (2005), „A Prayer For Your Heart” (2009), „If The World Stood Still A Day” (2012), „Thunder And Lightning” (2015), „My Pain” (2017). Piosenka „Vankina” została dołączona – jako bonus track – do japońskiego wydania płyty „Fassade”. Umieszczono ją także na singlu „Der Morgen Danach” z sierpnia 2001 r. Jeśli nie liczyć tego fińskojęzycznego nagrania, wszystkie kompozycje śpiewane przez Nurmi są anglojęzyczne. „Vankina” to w języku suomi „uwięziona”.

[2] Plik do pobrania: Riehener-zeitung.ch/assets/downloads/zeitungen2016/RZ17_20160429.pdf (Portable Document Format, rozmiar 9,85 MB).

[3] Tłumaczenie własne. Sformułowanie oryginalne: „the recovery from a burning inferno” [En.wikipedia.org/wiki/Stille_(Lacrimosa_album)].

[4] Tilo jest jednak słyszalny w tle, pod koniec utworu.

[5] Powołuję się tutaj na wywiad opublikowany w serwisie Gazeta.pl („Anja Orthodox: Przydałby mi się romans z jakimś ‘Dodem’. Wtedy ludzie chodziliby na mnie, jak teraz śmigają na Behemota”). Rozmowę z Królową Polskiego Gotyku przeprowadziła dziennikarka Krystyna Pytlakowska.

[6] Warto zauważyć, że mruczy tam również gitara basowa, inny szarpany „strunowiec”.

[7] Miało to miejsce na oficjalnym fanpejdżu zespołu (Facebook.com/LacrimosaOfficial).

[8] Nie zaszkodzi odnotować, że czasem towarzyszy jej pseudowesołe – podobne do wymuszonego śmiechu przez łzy – podśpiewywanie Tilo. W tym „pogodnym” nuceniu tekstu nie ma jednak ani krzty radości.

[9] Kopia materiału jest dostępna na stronie Lacrimosa.rockmetal.art.pl (dział „Wywiady”).

[10] Przekład utworu „Am Ende Der Stille” zaczerpnęłam z portalu Tekstowo.pl. Tłumaczenie zostało tam dodane przez osobę ukrywającą się pod pseudonimem „sheri303”.

[11] Skoro już rozmawiamy o „Alleine Zu Zweit”, powinniśmy pamiętać, że utwór ten ukazał się na singlu zapowiadającym płytę „Elodia”. Krążek krótkogrający ujrzał światło dzienne w kwietniu ‘99 (dwa miesiące przed premierą długo wyczekiwanej „Elodii”). Z tamtego okresu pochodzi publikacja „Samotni razem – Lacrimosa” wydrukowana na łamach magazynu „Jazgot” (nr 4/1999). Kopię rozmowy Orona z Tilo Wolffem można znaleźć na stronie Lacrimosa.rockmetal.art.pl w dziale „Wywiady”.

[12] Kawałek „Schakal” zajął drugie miejsce w rankingu „Top 100” opracowanym przez Tilo na podstawie wyników facebookowego plebiscytu z marca 2018 r. Ciekawostka: w napisach końcowych wyświetlanych po teledysku „Schakal” (VHS „The Clips 1993-1995”, DVD „Musikkurzfilme: The Video Collection”) pojawia się imię żeńskie „Elodia”. Takie właśnie miano nosi postać grana przez Anne Nurmi.

[13] „Zanim się dowiedziałam, że kochałam tylko Twoją połowę we mnie, spędziłam zbyt dużo czasu, nie znając siebie. (…) Teraz mi pokazałeś, że dwie pełne połowy czynią silniejszą całość. (…) Nie mogłam walczyć samotnie. Dziękuję Ci za wysłuchanie mnie we właściwym czasie. Błogosławię Cię za zaufanie, jakie mi okazałeś, gdy nie przyznawałam się do bycia słabą. (…) Osiągnęłam swój cel, teraz znów mogę stawić sobie czoło. Dziękuję Ci za to, że mnie kochasz i utrzymujesz nas na właściwej drodze” – Lacrimosa, „The Turning Point”, tłumaczenie własne. Pełny tekst piosenki (w języku angielskim) znajdziemy na stronie Lyrics.wikia.com.

[14] Wypełniają się tutaj dwa ostatnie wersy „Am Ende Der Stille”. Cytat: „Ma nadzieja milknie/ A cisza wznieca wojnę” (przeł. sheri303, Tekstowo.pl).

[15] Początek utworu: „Sanctus – Sanctus – Sanctus – Dominus/ Sanctus/ Sanctus – Sanctus – Sanctus – Dominus/ Deus Deus Sabaoth – pleni sunt caeli et terra/ Deus Deus Sabaoth – pleni sunt caeli et terra/ Gloria Tua – gloria Tua/ Gloria Tua – gloria Tua/ Deus Deus Sabaoth – pleni sunt caeli et terra/ Deus Deus Sabaoth – pleni sunt caeli et terra/ Gloria Tua – gloria Tua/ Gloria Tua – gloria Tua”. Zakończenie utworu: „Hosanna in excelsis/ Hosanna in excelsis/ Hosanna in excelsis/ Benedictus, qui venit in nomine Domini/ Hosanna in excelsis/ Hosanna in excelsis/ Sanctus Dominus/ Sanctus Dominus/ Sanctus Dominus/ Sanctus Dominus/ Sanctus Dominus/ Sanctus Dominus/ Sanctus Dominus/ Sanctus Dominus/ Sanctus Dominus/ Dominus”. Pełna treść pieśni Lacrimosy jest dostępna w archiwach witryny Lyrics.wikia.com. Strofy łacińskie pochodzą z liturgii rzymskokatolickiej (Pl.wikipedia.org/wiki/Sanctus).

[16] Tłumaczenie: Aneakh, Lacrimosa.rockmetal.art.pl.

[17] Albo przez masy partyjne z filmowej adaptacji „Roku 1984” George’a Orwella. Chodzi mi o ekranizację w reżyserii Michaela Radforda (1984) z Johnem Hurtem, Richardem Burtonem i Suzanną Hamilton w rolach głównych.

[18] Tłumaczenie: Julia, Lacrimosa.rockmetal.art.pl.

[19] Dodam jeszcze, że singiel „Der Morgen Danach” (wydany w sierpniu 2001 r.) stanowił oficjalną zapowiedź albumu „Fassade” (wypuszczonego na rynek w październiku ‘01).

[20] Trochę inaczej – aczkolwiek nie z własnej winy – przeżywa swoje wdowieństwo niewiasta będąca podmiotem lirycznym w polskim kawałku „Drzewo” (Maleo Reggae Rockers & Lilu, składanka „Morowe Panny”, Muzeum Powstania Warszawskiego 2012). Wdowa śpiewająca ustami Aleksandry „Lilu” Agaciak wspomina swojego małżonka, który zbudował dom, posadził drzewo i spłodził syna. Wszystko układało się perfekcyjnie, ale wybuch II wojny światowej przyniósł totalną zagładę, odwrócił życie bohaterki do góry nogami. „Dom jest pusty, drzewo uschło, mój mąż i syn nie żyją” – zdradza kobieta w puencie opisywanej piosenki.

[21] Jeżeli jednak się mylę, to pokornie przepraszam za ten dyskredytujący (dla każdego profesjonalnego artysty) zarzut!

[22] Drugim bonusem jest tam „Und Du Fallst”, odrobinę elektroniczny przedsmak CD „Echos” (2003). „Und…” wydaje mi się podobne do takich utworów, jak „Malina” czy „Ein Hauch Von Menschlichkeit”.

[23] Interesująca nas technika wokalna pojawi się m.in. w anglojęzycznych nagraniach „The Party Is Over” („Lichtgestalt” – 2005) i „Call Me With The Voice Of Love” („Sehnsucht” – 2009).

[24] Tłumaczenie: Julia, Lacrimosa.rockmetal.art.pl.

[25] Tłumaczenie: Lestath, Lacrimosa.rockmetal.art.pl.

[26] Tłumaczenie: Lestath, Lacrimosa.rockmetal.art.pl.

[27] Cyt. za: Rok-1984.klp.pl/ser-345.html (część II, strona 82).

 

Z.J. Rumel. Poeta, komendant Okręgu Wołyń BCh, ofiara UPA

Muzyczne motto:

„Bóg mnie natchnął poezją
i świat lepszy widziałem,
choć w ludziach był niepokój
i problemy nabrzmiałe.
Wierzyłem mocno
w lepszą stronę ludzkiej natury.
Za wiarę tę przyszło mi wkrótce
cierpieć nieludzkie tortury”

Dariusz Grzybkowski,
„Spowiedź Zygmunta Rumla” (frag.)
[Youtube.com/user/KlubGPostrow]

Zygmunt Jan Rumel przyszedł na świat 22 lutego 1915 r. w rosyjskim Piotrogrodzie (Petersburgu). Był poetą i publicystą zanurzonym po uszy w polskiej tradycji romantycznej. Tworzył liryki trudne w odbiorze, naszpikowane środkami stylistycznymi i doszlifowane pod względem formy. W swojej wysoce zmetaforyzowanej, melodyjnej poezji sławił Kresy Wschodnie RP jako obszar wielokulturowy i urzekający krajobrazowo. Skąd się tam wziął? Dlaczego właściwie zaczął układać wiersze? Odpowiedzią na te pytania jest rodzinna historia autora. Otóż ojciec Rumla – Władysław, inżynier rolnictwa – był zasłużonym uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej. Za bohaterską postawę w roku 1920 otrzymał Order Virtuti Militari i osadę wojskową pod Wiśniowcem na Wołyniu. Tam, w powiecie krzemienieckim, spędził więc swoją młodość utalentowany Zygmunt. Piękno „małej ojczyzny” i jej kulturowa specyfika poruszały w chłopcu jakąś nieznaną strunę. A ponieważ matka Zygmunta, Janina z Tymińskich (pseud. „Liliana”), pisała i publikowała wiersze[1], wrażliwy syn wkrótce zaczął robić to samo.

ZJR miał zaszczyt uczęszczać do słynnego Liceum Krzemienieckiego, zwanego szumnie Atenami Wołyńskimi. Instytucja ta została założona w 1805 r. przez Tadeusza Czackiego i Hugona Kołłątaja (funkcjonowała wówczas pod nazwą Gimnazjum Wołyńskiego). Celem rzeczonej placówki było edukowanie przyszłej inteligencji. Dziewiętnastowieczna szkoła została wprawdzie zamknięta przez carat w ramach represji za powstanie listopadowe, ale odrodziła się w roku 1920 dzięki stosownemu rozkazowi Józefa Piłsudskiego. Ucząc się w tak niezwykłym liceum, Zygmunt Jan Rumel zdołał rozwinąć skrzydła w wielu różnych dziedzinach. Co go interesowało? Po pierwsze: pisanie (nasz bohater zamieszczał swoją twórczość – poetycką i publicystyczną – w szkolnym czasopiśmie „Nasz Widnokrąg”). Po drugie: aktorstwo (był gwiazdą licealnego teatru, publicznie recytował własne utwory). Po trzecie: sport (uprawiał boks i grał w szkolnej reprezentacji hokejowej). Po czwarte: społecznikostwo (angażował się w działalność na rzecz regionu wołyńskiego). Jakby tego było mało, chłopak należał do harcerstwa.

„Nie będę dziś sobą,
nie będę mądry i ludzki…
Wpatrzę się w polne niebo,
w płócienne, lniane obłoki.

Wystarczy mi świerszcz w koniczynie,
koncertujący pod liściem
i te badyle niczyje
w niebo sterczące kiścią.

Nie będę o niczym myślał,
ani niczego żałował…
…jarzębinowy wisior
smutek rumieńcem zachowa.

A potem – potem gdzieś w rowie
wargi przytulę do ziemi…
…wszystkie swe bóle wypowiem
…wrosnę zielonym korzeniem”

Z.J. Rumel, 1934 – „Pole”
[cyt. za: Nawolyniu.pl/wiersze]

Aktywizm społeczny wydawał się pochłaniać Rumla szczególnie mocno. Tę cechę prawdopodobnie również odziedziczył po rodzicach. Oboje byli bowiem pozytywistami (matka jeszcze w czasach panieńskich ukończyła kurs przedszkolanek, żeby nieść oświatę najmłodszym mieszkańcom polskich ziem). Tym, co „opętało” Zygmunta, była miłość do Ukraińców, marzenie o uczynieniu ich świadomymi współgospodarzami Wołynia. ZJR był zafascynowany wielokulturowością Kresów Wschodnich. Podobało mu się, że zamieszkiwany przez niego obszar jest prawdziwą mozaiką etniczno-religijną. W swoich artykułach podkreślał, że Kresy są miejscem szczególnym, gdyż właśnie tutaj przebiega granica między cywilizacją łacińską a cywilizacją bizantyjską. To na Kresach, a nie w Utopii, stoją obok siebie kościoły, cerkwie, meczety i synagogi. Zygmunt był czystej krwi Polakiem, ale wykształcił w sobie niemal polsko-ukraińską tożsamość narodową („dwie Matki-Ojczyzny”). Biegle władał językiem ukraińskim, chętnie zawierał przyjaźnie z Ukraińcami. Szanował także Żydów, zwalczał zjawisko antysemityzmu.

Za kolejny czynnik, który uwarunkował postawę Rumla, uznaje się fakt, że w latach szkolnych poeta mieszkał na stancji w wyjątkowym dworku. Otóż dworek ten był ongiś domem najbliższej rodziny Juliusza Słowackiego, a obecnie jest siedzibą muzeum poświęconego temu wieszczowi narodowemu. Wpływy Słowackiego, jak również Norwida, są w twórczości ZJR doskonale widoczne. Zygmunt był jednak poetą międzywojnia i II wojny światowej, dlatego w jego wierszach można też wyczuć „klimaty” będące skutkiem obcowania z poezją bardziej współczesną (skamandryci, Staff, Leśmian, Liebert). Po zdaniu matury w 1935 r. Rumel wyjechał do stolicy Polski, żeby rozpocząć studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Mimo wielkomiejskiego stylu życia nie zapomniał o swojej wołyńskiej przeszłości. Natychmiast wstąpił do działającego na uczelni Zrzeszenia Byłych Wychowanków Liceum Krzemienieckiego. Klub ten stawiał na integrację młodych Kresowian poprzez organizowanie wspólnych ognisk i wycieczek. W tamtym czasie ZJR kolegował się m.in. z Krystyną Krahelską – „warszawską syrenką”[2].

„Jak wonne sosnowe drzewo
pojone żywicy więźbą
wystrzela ku niebu słowo
wiersza zieloną gałęzią…

Rośnie – wspaniałe, bujne,
do mózgu korzeniem wsparte,
pod kory brunatną runią
sącząc żywicy prawdę…

Złotokłującym igliwiem
liter opiewa błękit…
Leśnie, puszyście kwili,
jak ptak chwycony do ręki…

Aż z lasu żywicznych stronic
siekiery podstępnym ciosem
czytelniku – wytniesz
najpiękniejszą z moich sosen”

Z.J. Rumel, 1937 – „Słowo”
[cyt. za: Nawolyniu.pl/wiersze]

Zygmunt Jan Rumel spędzał na Kresach Wschodnich każde swoje studenckie wakacje. Chociaż pochodził z warstwy inteligenckiej, a nie chłopskiej, udzielał się w Wołyńskim Związku Młodzieży Wiejskiej, czyli w postępowej organizacji ruchu ludowego. Cechą charakterystyczną tego stowarzyszenia był jego polsko-ukraiński skład osobowy. Młodzi ludowcy stawiali sobie za cel walkę z cywilizacyjnym zacofaniem Wołynia. Chcieli, żeby ich region rozwijał się kulturowo i ekonomicznie. Postulowali budowę społeczności lokalnej, w której Polacy i Ukraińcy będą ze sobą zgodnie współpracować, zachowując wprawdzie swoją odmienność, ale korzystając z równych praw i obowiązków. Dzięki takim ludziom, jak Rumel, Wołyński Związek Młodzieży Wiejskiej utrzymywał ścisły kontakt ze Zrzeszeniem Byłych Wychowanków Liceum Krzemienieckiego. Pozycja ZJR w Zrzeszeniu (do którego też należał) musiała być dość silna, albowiem uczyniono go redaktorem naczelnym czasopisma „Droga Pracy”. Periodyk ten był dodatkiem do „Życia Krzemienieckiego”, a jednocześnie oficjalnym organem prasowym ZBWLK.

Będąc na Kresach, nasz bohater nie marnował ani jednej chwili. Starał się być tak aktywny, jak to tylko możliwe. Przychodził na zebrania kół wiejskich, brał udział w różnorakich wydarzeniach lokalnych (np. próbował swoich sił w konkursach czytelniczych). Niestrudzenie wykładał na Uniwersytecie Ludowym w Różynie – edukował prostych mieszkańców Wołynia, którzy dotychczas nie mieli dostępu do wiedzy na poziomie akademickim. Kierownikiem rzeczonej placówki był znany polityk-ludowiec Kazimierz Banach, z którym później Zygmunt Jan Rumel współpracował w ramach konspiracji niepodległościowej. Co ciekawe, zajęcia na UL prowadziła również matka poety, Janina. Ona akurat uczyła Wołynian plastyki. Mimo napiętego harmonogramu ZJR zawsze znajdował czas, żeby pomagać Antoniemu Hermaszewskiemu, prezesowi Wołyńskiego Związku Młodzieży Wiejskiej, w redagowaniu dwujęzycznego (POL/UKR) pisma „Młoda Wieś – Mołode Seło”. Antoni Hermaszewski to stryj Mirosława Hermaszewskiego[3], peerelowskiego kosmonauty, którego przed wojną nie było jeszcze na świecie (MH: rocznik 1941).

„Samodziały, samodziały tkają dziewczęta
Pryśki, Nastki, Jaryny – nie pamiętam –
na surową, na chłopską odzież
i na hafty, których nie wypowiem.

Przędą, przędą na kołowrotkach,
Wołyń w palcach ich barwnie się mota
w proste znaki i proste nici
na płóciennych, lnianych okryciach.

Przędą Pryśki, przędą Jaryny,
już oprzędły płótna Wołyniem
w znakach prostych i jak najprościej
na tych płótnach Wołyń się mości…”

Z.J. Rumel, 1937 – „Pieśń III” (frag.)
[cyt. za: Nawolyniu.pl/wiersze]

Zygmunt trzymał sztamę z innymi młodymi autorami, o czym świadczy fakt, że w 1936 r. został jednym z członków Grupy Poetyckiej „Wołyń”. Oprócz Rumla należeli do niej: Czesław Janczarski, Józef Łobodowski, Wacław Iwaniuk, Władysław Milczarek, Jan Śpiewak, Stefan Szajdak i Zuzanna Ginczanka (właśc. Sara Gincburg). Ten wyjątkowy zespół literatów pozostawał w stałej łączności z Józefem Czechowiczem, swoim mecenasem i autorytetem. Działalność Grupy Poetyckiej „Wołyń” cieszyła się pełną aprobatą Henryka Józefskiego[4] – wojewody wołyńskiego, którego ZJR popierał ze względu na realizację koncepcji Polski Jagiellońskiej. Wypada odnotować, że losy poszczególnych członków GP „Wołyń” potoczyły się bardzo różnie. Czesław Janczarski przeżył wojenną zawieruchę. To właśnie on w 1957 r. założył pisemko „Miś” i stworzył kultową postać Misia Uszatka. Zuzanna Ginczanka – pupilka Juliana Tuwima, Żydówka, satyryczka, przedstawicielka witalizmu – zginęła z rąk nazi-Niemców[5]. Była zmysłową pięknością, a zdobyła popularność w Warszawie, gdzie studiowała pedagogikę na UW.

Gdy Rumel miał 23 lata, trafił na szkolenie wojskowe do Wołyńskiej Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. W młodzieńcu, który do niedawna przypominał głównie swoją matkę, zaczęły się wówczas budzić cnoty odziedziczone po ojcu. Od tej pory Zygmunt, niczym Krzysztof Kamil Baczyński, był poetą-żołnierzem godzącym artystyczną wrażliwość z militarystycznym patriotyzmem. ZJR zakończył trening w lipcu 1939 r., po czym wyjechał na praktykę do Będzina, gdzie stacjonował 23. Pułk Artylerii Lekkiej. We wrześniu ‘39 mężczyzna wziął udział w nieudanej obronie II RP przed niemieckim agresorem. 20 września wylądował w niewoli sowieckiej, lecz został z niej zwolniony jako rzekomy szeregowiec (de facto nosił stopień podporucznika). Rumel przeniósł się wkrótce do Dubna i nawiązał współpracę z ZWZ-AK, tzn. polskim podziemiem antysowieckim. Później – wraz z Antonim Hermaszewskim – konspirował na terenie Równego. W 1940 r. nasz bohater przeżył ogromną tragedię. Jego młodszy brat, Bronisław, został aresztowany przez NKWD (zabito go w roku ‘40 lub ‘41).

„Twój dziad w czerwonym polu
Szkarłatne kwiaty kładł –
Twój ojciec niósł do boju
Dwadzieścia młodych lat…

U września ran koralu
Zastygał śmiercią brat –
Gdy wstyd twe czoło palił
Że on – a nie tyś padł…

Dziś tęsknisz – werset stali
Płomieniem krwawych szmat –
U nowych ran korali
Jak ojciec nieść i dziad…”

Z.J. Rumel, 1940 – „Werset”
[cyt. za: Nawolyniu.pl/wiersze]

Sowieci dopadli nie tylko brata, ale również ukochaną Zygmunta, Janinę Sułkowską, adresatkę wierszy „Jabłoń Aksamitna” (1937) i „Anioł Czuwający” (1940). Nic więc dziwnego, że ZJR – także zagrożony dekonspiracją – opuścił ziemie okupowane przez ZSRR i wyjechał do strefy kontrolowanej przez III Rzeszę. W Warszawie nasz bohater związał się z podziemiem antyhitlerowskim: Stronnictwem Ludowym „Roch” i Batalionami Chłopskimi. Był podwładnym znanego nam już Kazimierza Banacha, szefa Komendy Głównej BCh. Na Ochocie, w okolicach Placu Narutowicza, Zygmunt prowadził sklep z naczyniami kuchennymi, który służył jako przykrywka dla tajnej drukarni ruchu ludowego. Praca w tym miejscu zainspirowała go do napisania wiersza „Drukarnia”[6] (Uwaga! Był to jedyny utwór Rumla opublikowany w czasie II wojny światowej!). 6 lutego 1941 r. ZJR uczestniczył w brawurowej ewakuacji maszyny poligraficznej do lokalu przy Alejach Jerozolimskich. W okresie „drukarskim” bardzo pomagał Zygmuntowi jego drugi brat, Stanisław. Wspierała go też nowa miłość, o której w następnym akapicie.

Anna Kinga z Wójcikiewiczów była słuchaczką szkoły teatralnej funkcjonującej przy Teatrze Reduta. Żywo interesowała się poezją, którą również sama tworzyła. Jej matka, Maria, miała duże zdolności humanistyczne i zamieszczała w prasie swoje recenzje książkowe. Anna (pseud. „Teresa”) już w 1939 r. wstąpiła do Służby Zwycięstwu Polski, później jednak postawiła na „Roch”/BCh. Zygmunt Jan Rumel ożenił się z Wójcikiewiczówną w roku 1941. Przebywając w stolicy Polski, mężczyzna kontynuował (na tajnych kompletach) rozpoczęte w latach 30. studia polonistyczne. Wraz z upływem czasu jego poezja stawała się coraz bardziej monumentalna tudzież abstrakcyjna. ZJR poruszał w niej problematykę filozoficzną i historiozoficzną, popadał w katastrofizm oraz przepowiadał własną śmierć. Nawiązywał do Biblii, legend, mitów słowiańskich i indoeuropejskich, a nawet do Buddy („Utopia”, 1943). Podczas jednego z konspiracyjnych wieczorów poetyckich dostrzegł go mistrz Leopold Staff, który ponoć rzekł do obecnej w sali Anny: „Niech pani chroni tego chłopca – to będzie wielki poeta”[7].

„Może to tylko bogini biegła przetowłosa
a może się zachwiały koliste niebiosa?

Może tylko Sawitri – Sawitri promienna
stopą dotyka ziemi jak fala tajemna?

Nie – to drżenie kosmiczne za globem nad nami
nie – to czas wirujący wszystkimi czasami!

To spirala zagłady – plejada płomieni
szybuje gorejąca ponad kołem ziemi!

I na jądra galaktyk nawleka się włócznią!
nie – to bogini tylko – Sawitri przed jutrznią”

Z.J. Rumel, 1941 – „Sawitri”
[cyt. za: Nawolyniu.pl/wiersze]

Jesienią ‘41, kilka miesięcy po ataku Niemiec na ZSRR, w życiu Zygmunta nastąpił istny zwrot akcji. Nasz bohater otrzymał od Centralnego Kierownictwa Ruchu Ludowego i Komendy Głównej Batalionów Chłopskich polecenie wyjazdu na Wołyń w celu przeprowadzenia rekonesansu oraz przygotowania gruntu pod ewentualny nowy okręg BCh. Od tej pory Rumel nieustannie „kursował” między Warszawą a Kresami, co nie było łatwe, gdyż hitlerowcy pilnie strzegli granicy oddzielającej Generalne Gubernatorstwo od Komisariatu Rzeszy Ukraina. Wspomniana granica leżała zresztą na Bugu, a ZJR każdorazowo był uzależniony od przychylności znajomego Ukraińca, który przeprawiał go przez rzekę[8]. Poeta, zgodnie ze swoją misją, odnawiał na Wołyniu kontakty z działaczami ludowymi i młodowiejskimi. Jego żona, Anna, pełniła zaś funkcję łączniczki, kurierki i kolporterki prasy podziemnej. Mimo dochodzącego do głosu banderyzmu Rumlowie często kwaterowali zarówno u Polaków, jak i u Ukraińców. Zygmunt – nie tracąc wiary w swoje ideały – próbował siać wśród rodaków Szewczenki propolską propagandę.

Raport z Wołynia, dostarczony elicie SL „Roch” przez Rumla, zadecydował o tym, że wiosną ‘42 konspiracyjny ruch ludowy zaczął operować także na Kresach Południowo-Wschodnich. W styczniu 1943 r. oficjalnie powołano do życia VIII (Wołyński) Okręg Batalionów Chłopskich. Na czele nowej jednostki organizacyjnej BCh stanął sam ZJR, który przyjął pseudonim „Krzysztof Poręba”. Tymczasem banderowcy coraz mocniej dawali się Polakom we znaki. Czystki etniczne, dokonywane przez tych ukraińskich szowinistów i niemieckich kolaborantów, stanowiły już bolesną codzienność Wołynia. Młody komendant VIII Okręgu BCh (tudzież jego przełożony, Kazimierz Banach) niejako stał w rozkroku. Z jednej strony – organizował polską samoobronę i partyzantkę, czyli zbrojny opór wobec Ukraińskiej Powstańczej Armii. Z drugiej – usiłował kontynuować politykę Henryka Józefskiego nastawioną na kooperację Polaków z Ukraińcami, tym razem przeciwko III Rzeszy. W latach 1941-1943 Rumel czuł się naprawdę rozdarty wewnętrznie. Był przecież Polakiem, ale jednocześnie identyfikował się z Ukrainą.

„Dwie mi Matki-Ojczyzny hołubiły głowę –
Jedna grzebień bursztynu czesała we włos
Druga rafy porohów piorąc koralowe
Zawodziła na lirach dolę ślepą – los…

Jedna oczom tańczyła pasem złotolitym,
Czerep drugą obijał – pijany jak trzos –
Jedna boso garnęła smutek za błękitem –
Druga kurem jej piała buntowniczych kos

Dwie mnie Matki-Ojczyzny wyuczyły mowy –
W warkocz krwisty plecionej jagodami ros –
Bym się sercem przełamał bólem w dwie połowy –
By serce rozdwojone płakało jak głos…”

Z.J. Rumel, 1941 – „Dwie matki”
[cyt. za: Nawolyniu.pl/wiersze]

Początkowo ZJR i jemu podobni próbowali dotrzeć jedynie do „normalnych” Ukraińców. Liczyli bowiem na to, że uda się ich przekonać do walki z niemieckimi i ukraińskimi nazistami. W czerwcu-lipcu ‘43, gdy rzeź wołyńska zaczęła przybierać apokaliptyczne rozmiary, Polskie Państwo Podziemne wpadło na kuriozalny koncept. Otóż postanowiło się dogadać z samą UPA, żeby uczynić z niej sojuszniczkę Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich w walce z hitlerowskim okupantem. Ten cudaczny alians miał być jednocześnie ratunkiem dla tysięcy polskich cywilów zagrożonych śmiercią z rąk banderowskich rezunów. 7 lipca bechowiec Zygmunt Jan Rumel i akowiec Krzysztof Markiewicz „Czart” – parlamentariusze Delegatury Rządu na Kraj – odbyli w Świniarzynie wstępne rozmowy z lokalnym dowództwem Ukraińskiej Powstańczej Armii. 8 lipca żołnierze udali się do Kustycz[9] w celu przeprowadzenia dalszych pertraktacji z UPA-ińcami. „Genialnym” (ironia) pomysłem ZJR był wyjazd w pełnym umundurowaniu, ale bez zbrojnej obstawy. Miał to być wyraz czystych intencji i zaufania do drugiej strony.

Nieznane są szczegóły tego, co się działo w następnych dniach. Wiadomo jednak, że 9, 10 lub 11 lipca 1943 r. jeźdźcy UPA rzucili się w pościg za odjeżdżającą polską delegacją. Zygmunt Jan Rumel, Krzysztof Markiewicz i ich woźnica-przewodnik Witold Dobrowolski mieli zostać dognani, pojmani, skatowani i rozerwani końmi przez oszalałych banderowców. Ciała trzech zabitych Polaków miały spocząć w nieustalonym do dziś miejscu, najprawdopodobniej „w lasku na brzegu jeziora” (wersja Feliksa Budzisza) albo „na samotnym chutorze między Różynem a Turzyskiem” (wersja Anny Rumlowej)[10]. Zygmunt żył zaledwie 28 lat. Ten obiecujący poeta nie zdążył nawet wydać debiutanckiego tomiku wierszy. Utwory Rumla – niektóre w formie rękopisów – przetrwały wojnę dzięki matce, żonie i teściowej autora (ciekawostka: Janinę ocalił sprawiedliwy Ukrainiec, a Anna uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim jako sanitariuszka). ZJR miał jedną córkę, ale zmarła ona przy narodzinach kilka dni przed męczeństwem ojca. Może to dlatego ostatni wiersz poety (z 5 lipca ‘43) nosi tytuł „Kołysanka”[11].

„Historio – kolędnico przeznaczenia pieśni –
Która Naród prowadzisz przez losu wierzeje
I smagasz jako kaci – złowrogo – złowieśni –
Strugą wichru – co żywych – kość i popiół wieje.
Dziś bicz twój smagający nad nami jest z tobą –
I jak ból naszych kości – cierpieniem nas smaga –
Ty stając na kurhanach pierś otwierasz grobom
I sądzisz jako prawda – karząca i naga.
Uczynków naszych wagę na szale układasz –
Ja – twoją obojętność poznaję – ty badasz”

Z.J. Rumel, 1942 – „Rok 1863” (frag.)
[cyt. za: „Nasza Rota. Kwartalnik dla środowisk
polskich i polonijnych w świecie”, nr 4/2008]

Desperacka misja poruczników Rumla i Markiewicza nie była bezsensownym samobójstwem. Chociaż nie zdołała zatrzymać okrutnej rzezi, przedłużyła życie mieszkańcom kilku polskich wiosek. Parlamentariusze umówili się bowiem z miejscową ludnością, że jeśli nie wrócą z Kustycz, to dwunastu śmiałków z Radowicz wymaszeruje do Zasmyk i zorganizuje tam antybanderowską samoobronę. Dzięki temu, że Zygmunt i Krzysztof zajęli czas dowództwu UPA, garstka Polaków zyskała możliwość ucieczki lub udziału w przygotowaniach do defensywy. Z grupy zbrojnej zawiązanej w Zasmykach powstał wkrótce oddział partyzancki „Gromada”. Ten zaś dał początek 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, której liczebność w marcu 1944 r. osiągnęła 6000 żołnierzy. Zygmunt Jan Rumel został zapamiętany jako prawdziwy bohater, który poświęcił własne istnienie, żeby ratować rodaków przed ukraińskim ludobójstwem. Wspominano go jako młodzieńca wesołego, życzliwego, łatwo zjednującego sobie ludzi. Wielu osobom zapadł w pamięć jego anielski wygląd – jasnoblond włosy, niebieskie oczy i szlachetne rysy twarzy.

W okresie PRL wdowa po ZJR opublikowała swoje wspomnienia wojenne zatytułowane „Wędrówki za Bug”. Ukazały się one w książce „Twierdzą nam będzie każdy próg. Kobiety ruchu ludowego w walce z hitlerowskim okupantem” (wybór i opracowanie: Maria Jędrzejec, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1970). Pierwsze wydanie twórczości Zygmunta Jana Rumla ujrzało światło dzienne w roku 1975. Duża w tym zasługa katolickiej poetki Anny Kamieńskiej, która stała się pośmiertnym mecenasem autora „Dwóch Matek”. Drugie wydanie wierszy ZJR wyszło w roku ‘78. Kolejne tomiki poezji Rumla drukowano już w III RP (2008 – nakład Stowarzyszenia Rodzin Osadników Wojskowych i Cywilnych Kresów Wschodnich, 2018 – nakład Państwowego Instytutu Wydawniczego). Rumel jest bohaterem dwóch książek biograficznych (Bożena Gorska – „Krzemieńczanin”, Warszawa 2008; Janusz Gmitruk – „Zygmunt Rumel. Żołnierz nieznany”, Warszawa 2009) i pełnometrażowego filmu dokumentalnego (Wincenty Ronisz – „Poeta nieznany”, TVP 2004). Uwieczniono go ponadto w dramacie kinowym „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego (2016)[12].

„Wieki miną nad nami – przyjdą nowi ludzie
Na swoją miarę mali – na swoją ogromni –
I rozorzą mogiły i kość wydrą grudzie
I albo ślad zamiotą – albo czcią pokłonni
Odmierzą sławie dumnej w marmurze pomniki –
Które ludzkość zadziwią. Przyjdą wichry nowe
Nowych dziejów zarania moce – Kolędniki –
A wonczas w owym szyku – ten tylko zostanie
Który mimo koleje – doskonali trwanie”

Z.J. Rumel, 1942 – „Rok 1863” (frag.)
[cyt. za: „Nasza Rota. Kwartalnik dla środowisk
polskich i polonijnych w świecie”, nr 4/2008]

Oba peerelowskie wydania poezji Zygmunta Jana Rumla wypuściła na rynek Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza. Zapomnianym poetą dwudziestolecia międzywojennego i II wojny światowej zainteresował się sam Jarosław Iwaszkiewicz, który tak skomentował los przedwcześnie zmarłego liryka: „Był to jeden z diamentów, którym strzelano do wroga. Diament ten mógł zabłysnąć pierwszorzędnym blaskiem” (cyt. za: Halina Świrska, „Syn dwóch Matek – rzecz o Zygmuncie Janie Rumlu”, Anti-defamation.pl/redutanews). Trudno o lepsze podsumowanie życia i twórczości niedocenionego… albo umyślnie wymazanego z kart historii… „Baczyńskiego Kresów”. Czas wydostać Rumla z zabójczej otchłani niepamięci. Czas złamać zmowę milczenia panującą wokół wołyńskich herosów i męczenników.

Natalia Julia Nowak,
01.04. – 27.05. 2018 r.

PS 1. Anna Rumlowa długo nie mogła się pogodzić ze śmiercią męża. Całymi latami czekała na Zygmunta, święcie przekonana, że kiedyś wróci on ze swojej ryzykownej wyprawy dyplomatycznej. Nie dopuszczała do siebie myśli, że ten młody, energiczny, obdarzony poczuciem humoru człowiek mógł po prostu zginąć. Kobieta nigdy już nie poślubiła żadnego mężczyzny. Wolała pozostać wierna pamięci „tego jedynego”.

PS 2. Nazwiskiem Zygmunta Jana Rumla ochrzczono jedną z ulic w Gdańsku, a także skwer w dużej dolnośląskiej wsi Ruszów. ZJR jest patronem Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Praga-Południe m.st Warszawy (od 2011 r.) i Miejsko-Gminnej Biblioteki Publicznej w Prochowicach (od 2017 r.). W marcu ‘17 polscy ludowcy spod znaku PSL powołali do życia Forum Myśli Społecznej im. Zygmunta Jana Rumla. Piotr Zgorzelski, prezes owego gremium, oświadczył na blogu „Z dziejów ruchu ludowego” w serwisie Salon24: „Dziś w naszym kraju znów są ludzie którzy chcą dzielić, którzy stawiają jednych naprzeciwko drugich, którzy zmuszają do wyboru strony, bo żywią się konfliktem. (…) My chcemy się dzielić swoimi poglądami, a nie dzielić ludzi. Chcemy wysłuchiwać racji innych i wypracowywać porozumienie oraz tworzyć dialog. (…) Tylko wymiana poglądów, tylko otwarcie się na drugiego człowieka, wysłuchanie go i przestawienie [pisownia oryginalna – przypis NJN] własnych racji, buduje mosty. Ruch ludowy zawsze budował mosty, a nie mury” (Salon24.pl/u/ruchludowy/). Typowo „koniczynkowa” mowa-trawa. Zero konkretów, 100% populizmu, elastyczność koalicyjna i totalnoopozycyjne zacietrzewienie.

PRZYPISY

[1] Poezje Janiny Rumlowej ukazywały się w dwumiesięczniku „Osadnik. Organ Centralnego Związku Osadników Wojskowych” oraz na łamach „Drogi Pracy” – dodatku do „Życia Krzemienieckiego”. Ten drugi periodyk, wychodzący od roku 1937, był głosem Zrzeszenia Byłych Wychowanków Liceum Krzemienieckiego. W latach 1937-1938 na czele komitetu redakcyjnego „Drogi…” stał Zygmunt Jan Rumel, który widocznie nie wahał się promować twórczości swojej mamy.

[2] „Krahelska Krystyna, pseud. Danuta, ur. 24 III 1914, Mazurki k. Baranowicz, zm. 2 VIII 1944, Warszawa, poetka; podczas okupacji niem. w ZWZ-AK; w liryce osobistej i krajobrazowej nawiązywała do folkloru białoruskiego; autorka popularnych okupacyjnych piosenek żołnierskich (‘Hej, chłopcy, bagnet na broń’, z własną melodią); pozowała L. Nitschowej do pomnika Syreny w Warszawie (1939); zginęła w powstaniu warsz.; ‘Wiersze’ (1978)” (źródło: Encyklopedia.pwn.pl).

[3] „Hermaszewski Mirosław, ur. 15 IX 1941, Lipniki k. Równego, kosmonauta, pilot myśliwski (klasy mistrzowskiej), generał; członek Międzynarodowego Stowarzyszenia Uczestników Lotów Kosmicznych; dowódca pułku myśliwców przechwytujących MiG 21 we Wrocławiu; 1988-91 komendant Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie, 1991-92 zastępca dowódcy Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej, 1992-95 szef bezpieczeństwa lotów tamże, 1995-98 inspektor ds. Sił Powietrznych w Sztabie Generalnym WP; 27 VI – 5 VII 1978 jako pierwszy i jedyny Polak odbył (wraz z P.I. Klimukiem) lot kosmiczny na statku Sojuz 30 i stacji orbitalnej Salut 6; w locie tym zrealizowano bogaty program naukowy z zakresu medycyny, geofizyki, technologii materiałowej” (źródło: Encyklopedia.pwn.pl).

[4] Spotykana jest też pisownia nazwiska: „Józewski”.

[5] Więcej na ten temat w aneksie dołączonym do niniejszego artykułu.

[6] „Czarne literki w taśmach mitraliez,/ Odbite rzędem na lustra stronic./ Głuche jest tętno tajnej drukarni –/ Zmęczonej dłoni palący płomień./ Czterech?… Czy cienie?… Liczy maszyna!/ Podwyższyć nakład! Dziesięć tysięcy!/ Cztery są serca – lecz imion nie ma,/ Może je kiedyś pamięć wydźwięczy./ Czarne literki w stalowym rzędzie…/ Czterech?… Czy jutro?… Godzina szósta!…/ Dziesięć tysięcy maszyna przędzie/ Czarnych literek na białych lustrach./ Czy jutro?… Jutro!… A może dzisiaj/ Buchnie nad miasto płomień jak salwa!/ Czarne literki piaskiem przysypie…/ Nitką czerwoną ziemię ubarwi…” (cyt. za: „Nasza Rota. Kwartalnik dla środowisk polskich i polonijnych w świecie”, nr 4/2008).

[7] Niektóre źródła podają, że Staff powiedział tak do matki Rumla, co również brzmi prawdopodobnie (zważywszy na fakt, iż była ona doświadczoną poetką po debiucie prasowym). „Niech pani chroni tego chłopca…” – w takiej formie spopularyzowała ten cytat Anna Kamieńska, która w latach 70. XX wieku doprowadziła do wydania dwóch pośmiertnych tomików wierszy dzielnego Kresowianina.

[8] O niebezpiecznym, a zarazem ekscytującym pokonywaniu granicy „niemiecko-niemieckiej” traktuje wiersz „Przewodnica” Zygmunta Jana Rumla. „Zakukała kukułeczka zozula/ szarym świtem przez zielony liść,/ dzięcioł czarny po korze zaturlał –/ możesz iść – możesz iść – możesz iść…/ (…) Zakukała, zakukała mi znowu…/ przeszli, znikli – teraz idź – prowadź Bóg!/ Kukułeczko, zozuleńko, bądź zdrowa –/ moja rzeka już tu jest – chłodny Bug” (cyt. za: Rumel.bppragapd.pl).

[9] Kustycze leżały w przedwojennej gminie Turzysk będącej częścią powiatu kowelskiego. Świniarzyny – w gminie Kupiczów, także w powiecie kowelskim. Kowel to spore miasto położone na zachodnim Wołyniu, a dokładniej – na Nizinie Poleskiej sąsiadującej z Ziemią Chełmską. Miejscowość (trzecia pod względem wielkości w województwie wołyńskim II RP) została wzniesiona nad rzeką Turią (stanowiącą prawy dopływ Prypeci, która z kolei wpływa do 2285-kilometrowego Dniepru). Dzieje Kowla są bardzo długie, sięgają czasów Księstwa Halicko-Wołyńskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Od 1991 r. miasto wchodzi w skład niepodległej Ukrainy. W roku 2010 honorowym obywatelem Kowla ogłoszono Stepana Banderę (1909-1959). Miejscowość utrzymuje jednak partnerskie stosunki z polskim Chełmem. Wydaje się to dosyć dziwne, jako że chełmianie odważnie kultywują pamięć o ofiarach banderowskich zbrodni. Zbudowali oni nawet pomnik zwany Pietą Wołyńską i organizują przed nim uroczystości ku czci pomordowanych Kresowian.

[10] Przytoczone słowa F. Budzisza i A. Rumlowej zaczerpnęłam z obszernego opracowania Jana Antoniego Paszkiewicza („Po matce poeta, po ojcu żołnierz. Zygmunt Jan Rumel”, Chelm.lscdn.pl).

[11] Utwór ten pod każdym względem przypomina łagodną piosenkę dla najmłodszych. Oto dwie ostatnie zwrotki: „Kołysanka, kołysanka,/ W kolebeczce Maj,/ Pije życie z rosy dzbanka,/ Otulony w gaj./ Kołysanka, kołysanka,/ Kolebeczka z mgły,/ Świt jaśnieje u poranka/ I rozwija sny” (cyt. za: Rumel.bppragapd.pl). Podejrzewam, że Zygmunt ułożył „Kołysankę” w związku z zaplanowanym porodem swojej małżonki. Nie mógł wszak przewidzieć, iż dziecko udusi się pępowiną podczas przychodzenia na świat.

[12] „Jedną z najbardziej szokującej [pisownia oryginalna – przypis NJN] scen filmu ‘Wołyń’ jest ta, która ukazuje straszliwy mord dokonany przez banderowców na polskim parlamentariuszu. W filmie występuje on jako Zygmunt Krzemieniecki i nosi mundur kapitana Armii Krajowej. Jest to postać historyczna, z tym, że w rzeczywistości nazywał [się – przypis NJN] Zygmunt Jan Rumel i był w randze porucznika Batalionów Chłopskich” (ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, „‘Wołyński Baczyński’ rozerwany końmi”, Rmf24.pl).

ANEKS

Okoliczności śmierci Zuzanny Ginczanki (Sary Poliny Gincburżanki, urodzonej 22 marca 1917 r. w Kijowie) nie zostały jeszcze do końca wyjaśnione. Wiadomo, że Niemcy rozstrzelali poetkę, ale data i miejsce tego wydarzenia wciąż czekają na doprecyzowanie. Według części historyków, naziści zastrzelili Zuzannę jesienią 1944 r. w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich. Zdaniem innych – odebrali jej życie wiosną ‘44 w KL Plaszow (niemieckim obozie koncentracyjnym, który operował na terenie Płaszowa w Mieście Królów Polskich). Gdyby potwierdziła się informacja, że Ginczanka przeszła przez więzienie Montelupich, sugerowałoby to polityczny lub polityczno-rasistowski charakter jej egzekucji. W polskojęzycznej Wikipedii czytamy: „Podczas II wojny światowej w budynku na Montelupich znajdowało się hitlerowskie więzienie policyjne podlegające Gestapo. (…) Przetrzymywano tu m.in. profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, aresztowanych podczas wymierzonej przeciwko polskiej inteligencji akcji Sonderaktion Krakau. (…) Większość aresztowanych, po ciężkich przesłuchaniach, wywożono do obozów koncentracyjnych Auschwitz-Birkenau i Plaszow”. Za co, oprócz pochodzenia etnicznego, Niemcy mieliby prześladować koleżankę Rumla? Wikipedia odnotowuje: „17 września 1940 roku [Ginczanka – przypis NJN] wstąpiła do Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy. Publikowała swoje i tłumaczone na język polski wiersze innych autorów w ‘Nowych Widnokręgach’ oraz w ‘Almanachu Literackim’. Po zajęciu Lwowa przez hitlerowskie Niemcy w czerwcu 1941 roku ukrywała się w tym mieście do 1943 roku. (…) Po tym jak udało jej się uciec, zaczęła się ukrywać od roku 1943 wraz z mężem w Krakowie”. Teraz już wszystko jasne. Naziści mogli postrzegać Zuzannę nie tylko jako Żydówkę, lecz także jako sowiecką komunistkę.

Lwowski periodyk „Nowe Widnokręgi” był oficjalnym organem prasowym Związku Pisarzy ZSRR, a następnie gadzinówką prosowieckiego, antylondyńskiego Związku Patriotów Polskich. Na łamach pisma publikowali między innymi: Julian Przyboś, Adam Ważyk, Mieczysław Jastrun, Tadeusz Peiper, Tadeusz Boy-Żeleński, Stanisław Jerzy Lec, Jerzy Putrament, Jerzy Borejsza (Beniamin Goldberg – brat ubeckiego sadysty Józefa/Jacka Goldberga-Różańskiego) i Julia Brystiger (Brystygierowa – „Krwawa Luna”). W 1943 r. redaktorem naczelnym „Nowych Widnokręgów” została Wanda Wasilewska, domniemana kochanka Józefa Stalina i późniejsza wiceprzewodnicząca PKWN. Ciekawi mnie, co Zuzanna Ginczanka robiłaby w latach 1945-1956, gdyby jakimś cudem przeżyła okupację niemiecką. Urocza przedstawicielka witalizmu była nazywana „Tuwimem w spódnicy”, a przecież „Tuwim w spodniach” słał wiernopoddańcze listy do Józefa/Jacka Goldberga-Różańskiego. Umieszczał w nich zwierzenia typu: „W panu widzę mściciela mojej matki” (cyt. za: Barbara Fijałkowska, „Borejsza i Różański. Przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce”, Olsztyn 1995). Naturalnie, jest też możliwe, że Ginczanka poszłaby zupełnie inną drogą niż jej skamandrycki mentor. Miała wszak w rodzinie drobny epizod antykomunistyczny. Otóż rodzice autorki, rosyjscy Żydzi, wyemigrowali z Kijowa do Równego tuż po wybuchu rewolucji październikowej. Trudno tutaj mówić o stereotypowej „żydokomunie”.

WYKAZ ŹRÓDEŁ

I. Publikacje elektroniczne:

1. Anna Kamieńska – „Poeta nieznany” [wstęp do książki „Zygmunt Jan Rumel – Poezje Wybrane” (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1978), kopia w serwisie Wołyń Naszych Przodków, Nawolyniu.pl]
2. Anatol F. Sulik – „Zygmunt Rumel – poeta nieznany” [Stowarzyszenie Solidarni 2010, Solidarni2010.pl]
3. Feliks Budzisz – „Zygmunt Jan Rumel – żołnierz, poeta, syn osadnika” [Stowarzyszenie Rodzin Osadników Wojskowych i Cywilnych Kresów Wschodnich, Osadnicy.org]
4. Jan Antoni Paszkiewicz – „Po matce poeta, po ojcu żołnierz. Zygmunt Jan Rumel” [Lubelskie Samorządowe Centrum Doskonalenia Nauczycieli (oddział chełmski), Chelm.lscdn.pl]
5. Halina Świrska – „Syn dwóch Matek – rzecz o Zygmuncie Janie Rumlu” [Reduta Dobrego Imienia, Magazyn Reduta Online, Anti-defamation.pl/redutanews]
6. Tadeusz Isakowicz-Zaleski – „‘Wołyński Baczyński’ rozerwany końmi” [RMF FM – Radio Muzyka Fakty, Rmf24.pl]
7. Tadeusz Isakowicz-Zaleski – „Polecam wydane po raz pierwszy wiersze Zygmunta Rumla z Wołynia” [prywatny blog ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, Isakowicz.pl]
8. Krzysztof Wojciechowski – „Zygmunt Jan Rumel – nieszczęsny poeta” [portal Kresy.pl]
9. Paweł Brojek – „Ppor. Zygmunt Rumel – żołnierz-poeta zamordowany przez UPA” [portal Prawy.pl, kopia z Kresy.pl]
10. Robert Plebaniak – „Zygmunt Jan Rumel, poeta-żołnierz-ludowiec” [blog „Z dziejów ruchu ludowego”, Salon24.pl/u/ruchludowy/]
11. Piotr Zgorzelski – „Dlaczego Zygmunt Jan Rumel?” [blog „Z dziejów ruchu ludowego”, Salon24.pl/u/ruchludowy/]
12. Anna Małgorzata Budzińska – „Pisarze kresowi cz. V – grupa poetycka Wołyń” [Kresowy Serwis Informacyjny, Ksi.btx.pl]
13. Bogusław Szarwiło – „Kresowe ‘Ojcze Nasz’” [portal Wolyn.org]
14. Zbigniew Zaborowski – „73. rocznica męczeńskiej śmierci Zygmunta Rumla” [przemówienie wygłoszone w Chełmie na placu przed pomnikiem ofiar zbrodni wołyńskiej, Stowarzyszenie „Pamięć i Nadzieja”, Pamiec-nadzieja.org.pl]
15. Ewa Kaniewska – „Wspomnienie w 20. rocznicę śmierci” [artykuł ze stołecznej „Gazety Wyborczej” (nr 300/2009), kopia w serwisie Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego, E-teatr.pl]
16. Anna Alwast – „Liceum Krzemienieckie” [Goniec – Tygodnik Polonijny w Kanadzie, Goniec.net]
17. Izabela Wyszowska, Tadeusz Jędrysiak – „Ukraina. Szlakiem słynnych twierdz obronnych dawnych Kresów Wschodnich (Kamieniec Podolski – Okopy Świętej Trójcy – Chocim – Zbaraż – Krzemieniec)” [Turystyka Kulturowa – Portal Popularyzacyjny, Turystykakulturowa.eu]
18. Grzegorz Mazur – „Polskie Państwo Podziemne na terenach południowo-wschodnich II Rzeczypospolitej 1939-1945” [Polish Institute in Kyiv, Polinst.kyiv.ua]
19. Jan Matkowski – „Henryk Józefski – wróg prorosyjskiej endecji na Wołyniu” [Jagiellonia – Portal Międzymorza, kwartalnik „Głos Polonii”, Jagiellonia.org]
20. Małgorzata Olszewska – „Zuzanna Ginczanka” [serwis kulturalny Instytutu Adama Mickiewicza, Culture.pl]
21. Mikołaj Gliński – „Sana, Saneczka, Gina – piękno i piętno Zuzanny Ginczanki” [serwis kulturalny Instytutu Adama Mickiewicza, Culture.pl]
22. Agata Araszkiewicz – „Dwa wiersze Ginczanki” [magazyn „Nowa Orgia Myśli”, Nowaorgiamysli.pl]
23. „Biografia” [Biblioteka Publiczna im. Zygmunta Jana Rumla w Dzielnicy Praga-Południe m. st. Warszawy, Rumel.bppragapd.pl]
24. „Zygmunt Jan Rumel” [Internetowy Polski Słownik Biograficzny, Narodowy Instytut Audiowizualny, Ipsb.nina.gov.pl]
25. „Zygmunt Jan Rumel” [Y-Elita PL, Yelita.pl]
26. „Zygmunt Jan Rumel, poeta ‘źle obecny’” [dziennik „Rzeczpospolita”, Rp.pl]
27. „Baczyński Kresów – Zygmunt Jan Rumel” [serwis informacyjny Polskiego Radia, Polskieradio.pl]
28. „Zygmunt Rumel – Baczyński Wołynia” [serwis informacyjny Polskiego Radia, Polskieradio.pl]
29. „Uroczystości upamiętniające ofiary Rzezi Wołyńskiej” [serwis informacyjny Polskiego Radia, Polskieradio.pl]
30. „Marsz Pamięci Rzezi Wołyńskiej w Chełmie” [Narodowe Siły Zbrojne, Nsz.com.pl]
31. „Rumel Zygmunt Jan (1915-1943)” [Wołyń – Pamiątki Polskich Czasów, Wolhynia.pl]
32. „Wiersze Zygmunta Jana Rumla zebrane po raz pierwszy” [O.pl – Polski Portal Kultury, News.o.pl]
33. „Wiersze zebrane Zygmunta Jana Rumela” [Silesius – Wrocławska Nagroda Poetycka, Silesius.wroclaw.pl]
34. „Portret z wierszy i pamięci – Grupa Poetycka ‘Wołyń’” [Wrocław 2016 – Europejska Stolica Kultury, Wroclaw2016.pl]
35. „Męczennik Wołynia patronem prochowickiej biblioteki” [portal E-legnickie.pl]
36. „Poeta z Kresów patronem prochowickiej biblioteki” [Lca.pl – Twój Portal Internetowy, „Gazeta Legnicka”, Fakty.lca.pl]
37. „Muzeum Juliusza Słowackiego” [Muzeum Juliusza Słowackiego w Krzemieńcu, Mjsk.te.ua/pl/muzeum]
38. Poezje Zygmunta Jana Rumla dostępne online [Nawolyniu.pl/wiersze, Rumel.bppragapd.pl]
39. Hasła w wirtualnej Encyklopedii PWN: „Krahelska Krystyna”, „Hermaszewski Mirosław” [Encyklopedia.pwn.pl]
40. Hasła w polskojęzycznej Wikipedii: „Zygmunt Rumel”, „Okręg Wołyń BCh”, „Bataliony Chłopskie”, „Stronnictwo Ludowe ‘Roch’”, „Centralne Kierownictwo Ruchu Ludowego”, „Kazimierz Banach”, „23 Pułk Artylerii Lekkiej (II RP)”, „27 Wołyńska Dywizja Piechoty”, „Henryk Józewski”, „Taras Szewczenko”, „Stepan Bandera”, „Rzeź wołyńska”, „Komisariat Rzeszy Ukraina”, „Zuzanna Ginczanka”, „Więzienie Montelupich”, „Plaszow”, „Płaszów”, „Nowe Widnokręgi”, „Związek Patriotów Polskich”, „Wanda Wasilewska”, „Jerzy Borejsza”, „Julia Brystiger”, „Julian Tuwim”, „Juliusz Słowacki”, „Cyprian Kamil Norwid”, „Krzysztof Kamil Baczyński”, „Leopold Staff”, „Jarosław Iwaszkiewicz”, „Józef Czechowicz”, „Czesław Janczarski”, „Krystyna Krahelska”, „Anna Kamieńska”, „Mirosław Hermaszewski”, „Chełm”, „Kijów”, „Równe”, „Turzysk”, „Kupiczów”, „Kowel”, „Krzemieniec (miasto)”, „Ruszów (województwo dolnośląskie)”, „Bug”, „Dniepr”, „Prypeć (rzeka)”, „Turia (rzeka na Ukrainie)” [Pl.wikipedia.org]

II. Publikacje drukowane:

1. Bożena Gorska – „‘Może tylko zostanę imieniem…’ (O Zygmuncie Janie Rumlu)” [„Nasza Rota. Kwartalnik dla środowisk polskich i polonijnych w świecie”, nr 2/2008, ISSN 1733-0556]
2. Bożena Gorska – „Zapomniany poeta Zygmunt Jan Rumel” [„Nasza Rota. Kwartalnik dla środowisk polskich i polonijnych w świecie”, nr 4/2008, ISSN 1733-0556]
3. Poezje Zygmunta Jana Rumla [„Nasza Rota. Kwartalnik dla środowisk polskich i polonijnych w świecie” (numery 2/2008 i 4/2008, ISSN 1733-0556)]
4. Marek A. Koprowski – „Kresy w II Rzeczpospolitej” [Warszawa 2012, ISBN 978-83-7845-155-6]
5. Barbara Fijałkowska – „Borejsza i Różański. Przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce” [Olsztyn 1995, ISBN 83-85513-49-3]

III. Materiały audialne i audiowizualne:

1. „Poeta jednego tomu – Zygmunt Rumel” [Polskie Radio 1976, Ipsb.nina.gov.pl]
2. „Zygmunt Jan Rumel – poeta i żołnierz” [Polskie Radio 2012, Polskieradio.pl]
3. „Baczyński Kresów – Zygmunt Jan Rumel” [Polskie Radio 2013, Polskieradio.pl]
4. „Poeta nieznany” [film dokumentalny Wincentego Ronisza, Telewizja Polska 2004, Vod.tvp.pl]
5. „‘Spowiedź Zygmunta Rumla’ – sł. muz. wyk. Dariusz Grzybkowski” [Youtube.com/user/KlubGPostrow]
6. „Wojciech Smarzowski ‘Wołyń’ (2016) – scene” [Youtube.com/user/MaurRaban]

Limanowska “Inka” oraz jej koledzy z BCh-LSB i AK

„Nie chcemy sierpów ani młotów
i obrzydł nam germański wróg.
Na pomstę mamy dziś ochotę,
za Polskę spłacić krwawy dług.

Myśmy rebelianci,
polscy partyzanci.
Poszliśmy w las,
bo nadszedł czas,
bo nadszedł czas”

De Press – „Myśmy Rebelianci”
(„Myśmy Rebelianci. Piosenki Żołnierzy Wyklętych”,
Muzeum Powstania Warszawskiego 2009)

Sanitariuszka z powołania

Genowefa Kroczek przyszła na świat 14 czerwca 1919 r. w Przyszowej (gmina Łukowica leżąca w Małopolsce, między Limanową a Nowym Sączem). Pochodziła z zamożnej i oświeconej rodziny chłopskiej, która angażowała się w działalność ruchu ludowego, a swoim dzieciom pragnęła zapewnić jak najlepsze wykształcenie. Syn państwa Kroczków, starszy brat Geni, został zawodowym dentystą. Sama Kroczkówna również miała aspiracje związane z medycyną: planowała zostać lekarką lub pielęgniarką. Według różnych źródeł, dziewczyna ukończyła gimnazjum albo szkołę pielęgniarską. Legitymowała się świadectwem dojrzałości i mogła pójść na studia. Wybuch II wojny światowej spowodował, że otrzymała ona szansę, aby spróbować swoich sił jako osoba ratująca rannych i chorych. Genowefa, przedwojenna członkini Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”, stanęła bowiem na czele powiatowego (limanowskiego) Zielonego Krzyża[1]. Pod tą nazwą krył się wydział sanitarny Ludowego Związku Kobiet, jednej z cywilnych przybudówek do Batalionów Chłopskich[2].

Koordynatorka i instruktorka

Kroczek, jako wysoko postawiona działaczka LZK-ZK, organizowała w podległych sobie wioskach (np. w Młyńczyskach, Wilczyskach i Kiczni) konspiracyjne szpitale. Placówki te – do których udało się przyciągnąć prawdziwych lekarzy – udzieliły pomocy kilkudziesięciu potrzebującym ludziom. Wśród nich było dwudziestu pięciu partyzantów BCh, ale też czterech żołnierzy sowieckich, co dowodzi, że ludowcy współpracowali z Armią Czerwoną przy wyzwalaniu polskich ziem spod okupacji niemieckiej. W lazaretach zakładanych przez Genowefę radzono sobie z takimi problemami, jak złamania kości, rany postrzałowe czy trudne przypadki zapalenia płuc. Na tym jednak aktywność Kroczkówny się nie kończyła. Zdolna Genia prowadziła także ożywioną działalność edukacyjną. Przede wszystkim, szkoliła pielęgniarki i sanitariuszki (łącznie było to kilkadziesiąt kursantek, spośród których część trafiła później do plutonów BCh). Niosła również oświatę ludności wiejskiej, propagując zasady higieny oraz podnosząc świadomość chłopów dotyczącą tyfusu i czerwonki.

LSB „Opór”

Genowefa Kroczek posługiwała się w konspiracji pseudonimem „Lotte” (aczkolwiek była też znana jako „Lotka” i „Lutka”). Owo przybrane imię stanowiło hołd dla pewnej niemieckiej wolontariuszki, która w ramach działalności dobroczynnej odwiedziła szpital psychiatryczny i została zamordowana przez któregoś z tamtejszych pacjentów. Gdy Kroczkówna obierała ten obcobrzmiący pseudonim, nie przypuszczała jeszcze, że w przyszłości sama zginie z ręki swojego byłego podopiecznego. Ale o tym później. Podczas II wojny światowej Genia była nie tylko komendantką lokalnego Zielonego Krzyża, lecz także szefową sekcji sanitarnej oddziału Ludowej Straży Bezpieczeństwa „Opór” (pod szyldem LSB funkcjonowały liczne jednostki Batalionów Chłopskich, które w 1943 r. odmówiły scalenia z Armią Krajową[3]). Grupą „Opór” dowodził Wojciech Dębski „Bicz” pochodzący ze Starej Wsi na Limanowszczyźnie. Temu wybitnemu „leśnemu” zawdzięczamy wiele udanych akcji, np. rozbrojenie czterdziestoosobowego oddziału Niemców w Podegrodziu (Nowosądeckie).

Ubecy Wyklęci

Dalsze losy Ludowej Straży Bezpieczeństwa „Opór” potoczyły się dość dziwnie. W roku 1945, gdy wielu polskich żołnierzy podejmowało decyzję o kontynuacji walki zbrojnej (tym razem z nowym okupantem – Sowietami i ich polskojęzycznymi, komunistycznymi marionetkami), większość partyzantów „Oporu” zasiliła szeregi Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Niektórzy ludowcy, jak choćby Tadeusz Lecyń „Czapka”, polubili swoją pracę i zaakceptowali stalinowski totalitaryzm. Inni jednak czuli się w nowej roli tak źle, że potajemnie nawiązali współpracę z niepodległościowym podziemiem antykomunistycznym. Do zaszczytnego grona sabotażystów, wartowników UB, należeli Wojciech Dębski „Bicz” i jego konspiracyjny zastępca Teofil Górka „Dywan”, prywatnie narzeczony Genowefy Kroczek. Czyżby od początku chcieli oni infiltrować czerwony aparat represji[4]? Jedno jest pewne: „Bicz” i „Dywan” utrzymywali kontakt z aktywnymi oddziałami Armii Krajowej. Starali się również pracować w taki sposób, żeby nie utrudniać życia tym antyreżimowym grupom.

Rozbicie aresztu w Limanowej

O nielojalności Dębskiego, Górki i innych chłopaków z BCh doskonale wiedziało kierownictwo limanowskiego PUBP. Weterani LSB „Opór” nie zawsze potrafili bowiem zatuszować takie drobiazgi, jak ukrywanie akowskiej broni czy przemycanie grypsów od uwięzionych Żołnierzy Wyklętych. Przełożeni „Bicza” i „Dywana” – ideowi peperowcy z Niska na Podkarpaciu – rozważali nawet możliwość zwolnienia delikwentów z pracy. 17 kwietnia 1945 r. oddział AK pod dowództwem Jana Wąchały „Łazika” bez jednego wystrzału rozbił ubecki areszt w Limanowej, uwalniając czternaścioro więźniów politycznych. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie świadoma współpraca plutonu wartowniczego o bechowskim rodowodzie. Teofil Górka „Dywan”, Antoni Mruk „Guzik” i Franciszek Miśkowiec „Wacek” (uprzedzeni o planowanym szturmie) dobrowolnie wpuścili Niezłomnych na teren więzienia. Kiedy akowcy zaatakowali piętro budynku, wywiązała się okrutna strzelanina. „Guzik” i „Wacek” stracili w niej życie, a dyrektor UB, jego żona i jeden z funkcjonariuszy ponieśli rany.

Skatowany na śmierć

Nazajutrz bezpieka aresztowała Wojciecha Dębskiego „Bicza”. Komuniści uznali, że chociaż nie brał on udziału w operacji partyzanckiej Jana Wąchały „Łazika”, to jednak jest odpowiedzialny za niesubordynację ubeków wywodzących się z Ludowej Straży Bezpieczeństwa „Opór”. Mimo iż mężczyzna miał za sobą krótkotrwałą służbę w PUBP, zatłuczono go kijami jak zwykłego aresztanta (czy zrobiono to umyślnie, czy też zgon ofiary nastąpił wskutek zbyt intensywnego przesłuchania?). Tak zginął Wojciech Dębski „Bicz”, uczestnik wojny obronnej 1939 roku, znakomity „leśny” z czasów okupacji hitlerowskiej. Jego zwłoki, podobnie jak szczątki „Guzika” i „Wacka”, zostały barbarzyńsko wrzucone do szamba na terenie lokalnego Urzędu Bezpieczeństwa[5]. Dopiero po odwilży gomułkowskiej, w roku 1957, rodziny Dębskiego, Mruka i Miśkowca zdołały zmusić PZPR do wydania zgody na ekshumację i godny pochówek sponiewieranych kombatantów BCh. Trzej przyjaciele Żołnierzy Wyklętych zostali pogrzebani na cmentarzu rzymskokatolickim w Limanowej.

Oddział antykomunistyczny

Nieposłuszni wartownicy, którzy wiosną 1945 r. pozwolili intruzom przekroczyć drzwi PUBP, w większości dołączyli do uciekających więźniów. Grupa dezerterów z Teofilem Górką na czele przekształciła się wkrótce w partyzancki oddział antykomunistyczny. Zmartwychwstanie „Dywana” jako człowieka „żyjącego prawem wilka”[6] sprawiło, że do akcji wróciła również jego ukochana, Genia Kroczkówna „Lotte”. Niestety, dziewczyna trafiła niebawem w szpony ubecji, która zamierzała z niej uczynić kartę przetargową w demonicznej grze z Górką. O tym, jak ważna jest „Lotte” dla „Dywana”, wiedziano dzięki donosom Tadeusza Lecynia „Czapki” – eksbechowca, który autentycznie przeszedł na stronę bolszewii. 9 maja 1945 r. drużyna „Dywana” bezkrwawo odbiła młodą sanitariuszkę i dwanaście innych osób. Dokonała tego dzięki garstce pozostałych w bezpiece dywersantów, którzy po prostu przekazali Niezłomnym klucze do więziennych cel. A dlaczego stalinowcy niczego nie zauważyli? Bo akurat opijali z czerwonoarmistami upadek nazistowskich Niemiec[7].

Strzał w głowę

Kondycja psychofizyczna, w jakiej znajdowała się Genowefa Kroczek po opuszczeniu ubeckich kazamatów, była nie do pozazdroszczenia. Panna „Lotte”, niegdysiejsza wspomożycielka ofiar wojny, teraz sama potrzebowała opieki medycznej. Wybawiciele zastali ją mocno poturbowaną oraz dotkniętą faktem, że przetrzymywano ją w jednej celi z Niemkami i folksdojczkami. Początkowo „leśni” ukryli Genię w którymś z zaufanych gospodarstw w Mordarce, później jednak Górka przeniósł ją do specjalnej kryjówki pod Modyniem. 14 maja 1945 r. cały oddział rozpoczął przygotowania do kolejnej relokacji, ale przeszkodziła mu w tym zadaniu niespodziewana obława UB. Spanikowani partyzanci rzucili się do ucieczki, na co agresorzy zareagowali serią z broni maszynowej. Kroczkówna została postrzelona w nogę. Do cierpiącej sanitariuszki podszedł jej dawny pacjent, Tadeusz Lecyń „Czapka”, i zapytał o miejsce pobytu „Dywana”. Dziewczyna „odpowiedziała, że nie wie, a jakby wiedziała, to i tak by nie powiedziała”[8]. Zirytowany zdrajca dobił ją strzałem w głowę.

Egzekucja mordercy

Ciało Genowefy przez wiele godzin leżało na świeżym powietrzu, pod gołym niebem. Usunięciem zwłok zajęli się dopiero podwładni Teofila Górki „Dywana”, którzy przystąpili do tych czynności, gdy okolica wydała im się w miarę bezpieczna. Pogrzeb bohaterki miał miejsce na cmentarzu parafialnym w Przyszowej. Śmierć zasłużonej sanitariuszki nie mogła ujść „Czapce” na sucho. Po dwóch nieudanych próbach zlikwidowania bandyty misję pomszczenia Kroczkówny powierzono Marianowi Mordarskiemu ps. „Orzeł” i Janowi Millanowi ps. „Pantera”. 19 czerwca 1945 r. obaj akowcy, którzy uważnie obserwowali ubeków Tadeusza Lecynia i Antoniego Zonia, weszli za śledzonymi do jednej z małopolskich restauracji (Limanowa, Rynek). Tam, w lokalu gastronomicznym Kazimierza Florka, ostatecznie rozprawili się z zabójcą „Lotte”. Kilka lat później Mordarski wrócił do cywila i… zrobił wspaniałą karierę jako mikrobiolog[9]. Już w 1950 r. zaoferowano mu posadę asystenta na Akademii Medycznej we Wrocławiu. Potem pozwalano mu odwiedzać kraje Zachodu.

III Rzeczpospolita

Na cmentarzu w Limanowej, niedaleko grobów „Bicza”, „Guzika” i „Wacka”, wisiała kiedyś tablica pamiątkowa gloryfikująca ubeków (m.in. „Czapkę”) i milicjantów zabitych w walkach z Żołnierzami Wyklętymi. W 2014 r. anonimowy antykomunista zamalował ją czerwoną farbą i namalował na niej znak Polski Walczącej. Opisane wydarzenie przypomniało Instytutowi Pamięci Narodowej i Małopolskiemu Urzędowi Wojewódzkiemu o istnieniu tego haniebnego reliktu PRL. Gdy podjęto decyzję o demontażu płyty, krakowscy ipeenowcy wyruszyli na prowincję w celu wykonania powierzonego im zadania. Jakże wielkie było ich zdumienie, kiedy odkryli, że kotwica PW została starannie zmyta, a przed samą tablicą pojawiły się znicze oraz świeże kwiaty! Akcja dekomunizacyjna przebiegła jednak bez zakłóceń. Genowefa Kroczek „Lotte” długo pozostawała bohaterką zapomnianą. Szczęśliwie, zaczęło się to zmieniać dzięki uczniom Gimnazjum nr 2 w Nowym Sączu (2016-2017). Młodzież odnalazła mogiłę sanitariuszki i zachęciła samorządowców do popularyzacji tej pięknej postaci.

Narzeczony Kroczkówny

Teofil Górka „Dywan” urodził się 8 sierpnia 1923 r. w Siekierczynie koło Limanowej. Należał do Stronnictwa Ludowego, podobno dysponował własnym gospodarstwem rolnym. Utworzony przez niego oddział partyzancki nie miał na koncie zbyt wielu sukcesów. Gdy latem 1945 r. grupa Górki została rozbita przez limanowską bezpiekę, skonsternowany dowódca nie do końca „zachował się jak trzeba”[10]. Młodzieniec, wspierany przez swoją rodzinę, zdołał wybłagać PUBP o jeszcze jedną szansę. W zamian za obietnicę przebaczenia ujawnił resztę swojej drużyny i oddał komunistom część zgromadzonej broni palnej. Aparat represji, który widocznie uwierzył w skruchę „Dywana”, uczynił go komendantem posterunku MO w Łukowicy. Po pewnym czasie okazało się jednak, że ów „powrót syna marnotrawnego”[11] był fałszywy. Teofil nawiązał bowiem współpracę z samoobroną AK Zygmunta Wawrzuty „Śmiałego”. W roku 1946 Górka został ostatecznie wydalony ze służby, a trzy lata później – aresztowany. 4 czerwca 1951 r. usłyszał wyrok czterech lat pozbawienia wolności.

„Łazik”, „Ogień” i „Ośka”

Jan Wąchała „Łazik”, który 17 kwietnia 1945 r. rozbił areszt PUBP w Limanowej, jest bohaterem mało pochlebnej książki pt. „Oddział. Między AK i UB – historia żołnierzy ‘Łazika’” (2016). Publikację tę przygotował Jerzy Wójcik, redaktor naczelny krakowskiej i katowickiej „Gazety Wyborczej”. Według autora, „Łazik” był pod koniec życia postacią bardzo niejednoznaczną. Co więcej, został zlikwidowany przez podwładnych Józefa Kurasia „Ognia”, kontrowersyjnego Niezłomnego z Podhala. Warto odnotować, że „Ogień”, tak jak „Bicz” i „Dywan”, wywodził się z Batalionów Chłopskich i miał w swojej biografii szokujący epizod z UB/MO. Jednakże najciekawszym przykładem milicjanta-sabotażysty o bechowskim rodowodzie jest Jan Sońta „Ośka”, wyjątkowy bohater Ziemi Kielecko-Radomskiej (pisałam o nim w artykule zatytułowanym „Służył w BCh, trafił do MO, wspierał Żołnierzy Wyklętych” – 2016 r.). Sońta został za swoją postawę skazany na karę śmierci, lecz doczekał się ułaskawienia dzięki wstawiennictwu kolegów z GL/AL i znajomych wojaków radzieckich.

Natalia Julia Nowak,
10.01. – 26.02. 2018 r.

PS. Jeśli chodzi o Tadeusza Lecynia „Czapkę”, to polskie podziemie niepodległościowe nie dawało mu spokoju nawet po śmierci. Doszło wręcz do tego, że poakowski oddział Zygmunta Jońca „Zyga” urządził zasadzkę na… kondukt pogrzebowy eskortujący zwłoki ubeka na cmentarz! W wyniku udanego zamachu trumna zbrodniarza została roztrzaskana, a kilku funkcjonariuszy-żałobników pożegnało się z życiem. Nie chcę być złośliwa, ale przypomina mi się tutaj fragment piosenki „Pogrzeb” zespołu Ramzes & The Hooligans: „Zapraszam wrogów i przyjaciół, na pewno będzie mała zadyma. Uchwyty z trumny są dobre na kastety i może ktoś mi towarzystwa dotrzyma?”.

PRZYPISY

[1] „Zielony Krzyż, wydział sanitarny Ludowego Związku Kobiet, utworzony 1942 od jesieni 1943 podporządkowany wydziałowi sanitarnemu KG BCh; organizował służbę sanitarną dla BCh, Lud. Straży Bezpieczeństwa i ludności cywilnej (szpitale polowe, szkolenie sanitariuszek – 1942-44 ok. 8 tys. osób, gromadzenie leków); jego działalnością kierowały M. Szczawińska (‘Czarna Maria’) i A. Chorążyna (‘Hanka’)” [źródło: „Zielony Krzyż”, Encyklopedia.pwn.pl]

[2] „Ludowy Związek Kobiet (LZK), konspiracyjna organizacja społ.-polit. kobiet, utworzona II 1942, związana z ruchem lud. i uznająca zwierzchnictwo Centralnego Kierownictwa Ruchu Ludowego; prowadziła służbę sanitarną, obsługę konspiracyjnej łączności i kolportażu wydawnictw ‘Roch’ i BCh, pomoc rodzinom więzionych i pomordowanych, zaopatrywanie w żywność oddziałów BCh, samokształcenie i tajne nauczanie; w składzie kierownictwa LZK m.in.: A. Chorążyna, M. Szczawińska, W. Tropaczyńska-Ogarkowa; LZK skupiał ok. 12 tys. kobiet, z tego 8 tys. działało w Zielonym Krzyżu; prasa centralna (‘Żywią’, ‘Biedronka’) i terenowa; od 1945 członkinie LZK podjęły działalność w PSL i ZMW RP ‘Wici’” [źródło: „Ludowy Związek Kobiet”, Encyklopedia.pwn.pl]

[3] „Ludowa Straż Bezpieczeństwa, konspiracyjna organizacja zbrojna o charakterze milicji partyjnej, tworzona od jesieni 1943 z oddziałów terytorialnych Batalionów Chłopskich; polit. podporządkowana Centralnemu Kierownictwu Ruchu Ludowego; organizacją kierował Centralny Wydział LSB; komendant gł.: S. Koter (‘Poręba’); LSB ochraniała działalność SL ‘Roch’, zapewniała porządek społ. na wsi, wypełniając zadania określone przez Kierownictwo Walki Cyw.; w skład organizacji weszła większość garnizonów oraz oddziałów partyzanckich i oddziałów specjalnych BCh (ponad 200), które nie podlegały wcieleniu do AK; 1944 LSB liczyła kilkadziesiąt tys. czł. skupionych w załogach obwodowych, gminnych i gromadzkich, gł. w okręgach: kiel., lubel. i krak.; IX 1945 LSB została rozwiązana (wraz z BCh)” [źródło: „Ludowa Straż Bezpieczeństwa”, Encyklopedia.pwn.pl]

[4] Podobno uczynili to na rozkaz swoich pryncypałów z zielonej konspiracji.

[5] Makabryczną, szambową wersję omawianych wydarzeń promuje Dominika Kalaga, polonistka z Mszany Dolnej, autorka książki „Nie o taką Polskę walczyli” (2015) [zob.: Stefan Hutek – „‘Nie o taką Polskę walczyli’ – Spotkanie autorskie z Dominiką Kalagą”, Ziemialimanowska.pl]. Natomiast dr Dawid Golik, pracownik krakowskiej ekspozytury Instytutu Pamięci Narodowej, utrzymuje, że ciało Wojciecha Dębskiego „Bicza” zostało po prostu zakopane w ziemi obok budynku limanowskiego PUBP [zob.: Dawid Golik – „Rozbić areszt, uwolnić akowców”, Dziennikpolski24.pl].

[6] Aluzja do wiersza „Wilki” Zbigniewa Herberta.

[7] Hitlerowcy zniknęli z Limanowszczyzny już 19 stycznia 1945 r., ale nie oznaczało to jeszcze oficjalnego zakończenia II wojny światowej. Za początek PRL w powiecie limanowskim można uznać 27 stycznia 1945 r., kiedy to przybyła do Limanowej (a raczej: została tam przyniesiona na sowieckich bagnetach) delegacja sił bezpieczeństwa z Rzeszowszczyzny. Stalinizm trwał na Ziemi Limanowskiej do roku 1957, czyli do objęcia władzy przez Czesława Bogacza, reformistycznego przewodniczącego Prezydium MRN.

[8] Relacja naocznego świadka, Teofila Górki „Dywana” [cyt. za: Dawid Golik – „Niezłomna sanitariuszka ‘Lotte’”, Dziennikpolski24.pl].

[9] „Mordarski Marian, ur. 10 XI 1927, Nowy Sącz, zm. 4 II 2003, Wrocław, mikrobiolog; od 1971 profesor Inst. Immunologii i Terapii Doświadczalnej im. L. Hirszfelda we Wrocławiu (1986-99 dyrektor); od 1991 członek PAN; od 1962 redaktor nacz. czasopisma ‘Postępy Higieny i Medycyny Doświadczalnej’; prace z zakresu biologii i taksonomii promieniowców, biosyntezy antybiotyków i innych wtórnych metabolitów, mechanizmu działania antybiotyków na komórki bakteryjne i nowotworowe, immunomodulatorów i ich działania” [źródło: „Mordarski Marian”, Encyklopedia.pwn.pl]

[10] Nawiązanie do słów Danuty Siedzikówny „Inki” – sanitariuszki 5. Wileńskiej Brygady AK majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” – która w swoim ostatnim więziennym grypsie napisała: „Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba…”.

[11] Por.: Ewangelia wg św. Łukasza, rozdział 15, wersety 11-32.

WYKAZ ŹRÓDEŁ

1. Dawid Golik – „Niezłomna sanitariuszka ‘Lotte’” [„Dziennik Polski”, Dziennikpolski24.pl]
2. Dawid Golik – „Rozbić areszt, uwolnić akowców” [„Dziennik Polski”, Dziennikpolski24.pl]
3. Dawid Golik – „‘Śmiały’ do samego końca” [„Dziennik Polski”, Dziennikpolski24.pl]
4. Piotr Subik – „Kobiety wyklęte, czyli walka z komuną niezależnie od płci” [„Dziennik Polski”, Dziennikpolski24.pl]
5. Maciej Korkuć – „Od likwidacji ubeków do katedry naukowej. ‘Śmiga’ – naukowiec z przeszłością” [„Gazeta Polska”, Gazetapolska.pl]
6. Filip Musiał – „Śmierć nie pytała o wiek” [„Tygodnik Powszechny”, Tygodnikpowszechny.pl]
7. Agnieszka Małecka – „Młodzież odkrywała sądeckich bohaterów” [„Dobry Tygodnik Sądecki”, Dts24.pl]
8. Tatiana Biela – „Nowy Sącz – Łukowica: gimnazjalistki znalazły patronkę dla parku” [„Dobry Tygodnik Sądecki”, Dts24.pl]
9. Dominika Kalaga – „Limanowa w okresie drugiej wojny światowej” [„Informator Miejski. Wydanie specjalne: 450 lat miasta Limanowa 1565-2015”, Miasto.limanowa.pl]
10. Magdalena Dyląg – „Limanowa w okresie PRL-u” [„Informator Miejski. Wydanie specjalne: 450 lat miasta Limanowa 1565-2015”, Miasto.limanowa.pl]
11. Jerzy Bednarek – „Przestępczość wśród funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa w latach 1946-1950 w ocenie Biura do spraw Funkcjonariuszy MBP” [„Przegląd Archiwalny Instytutu Pamięci Narodowej”, Bazhum.muzhp.pl]
12. Alicja Gałęziowska – „Genowefa Kroczek ‘Lotte’ (1919-1945)” [Fundacja Centrum Edukacji Mobilnej, Bohaterzy.edumobile.pl]
13. Alicja Gałęziowska – „Natalia Kunicka i Klaudia Padula uczennice Gimnazjum nr 2 im. ks. Jana Twardowskiego w Nowym Sączu walczą o mandaty poselskie na XXIII Sesję Sejmu i Młodzieży” [Szkoła Podstawowa nr 3 im. Jana Kochanowskiego w Nowym Sączu – oddziały gimnazjalne (Gimnazjum nr 2 im. ks. Jana Twardowskiego w Nowym Sączu), G2.jp.net.pl]
14. Wiktoria Bulanda, Paweł Kunicki – „Genowefa Kroczek” [Urząd Gminy Łukowica, Lukowica.pl]
15. Wiktoria Bulanda, Paweł Kunicki – „Genowefa Kroczek ‘Lotte’” [YouTube, Youtube.com/user/kania170]
16. Stefan Hutek – „‘Nie o taką Polskę walczyli’ – Spotkanie autorskie z Dominiką Kalagą” [Ziemia Limanowska, Ziemialimanowska.pl]
17. Kazimierz Wilk – „Rozbicie ubeckiego aresztu w Limanowej, przez Kamienną Górę do oddziału Ognia, wrocławski profesor światowej sławy” [Wirtualne Muzeum Historii Wy(za)klętej, Armiakrajowazgorzelec.blogspot.com]
18. Karolina Kot – „Limanowa – groby żołnierzy Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich” [Strażnicy Czasu, Straznicyczasu.pl]
19. Grzegorz Wąsowski – „Krótka refleksja na temat kontrowersji wokół postaci Józefa Kurasia ‘Ognia’, odpowiedniej perspektywy i patriotyzmu pejzażu” [wPolityce, Wpolityce.pl]
20. Magdalena Kościółek – „6 mandatów dla gimnazjalistów” [miastoNS, Miastons.pl]
21. Jerzy Wójcik – „Osiem śmierci ‘Łazika’. Historia dowódcy patrolu likwidacyjnego AK na Sądecczyźnie” [Nowa Historia, Nowahistoria.interia.pl]
22. Szymon Nowak – „‘Oddział. Między AK i UB – historia żołnierzy Łazika’ J. Wójcik – recenzja” [Historia, Historia.org.pl]
23. Piotr Szubarczyk – „Inka. Zachowałam się jak trzeba…” [Dom Wydawniczy „Rafael”, Kraków 2013]
24. Janusz Gmitruk – „Bataliony Chłopskie” [szósty tom cyklu „Polska Walcząca – Historia Polskiego Państwa Podziemnego”, Edipresse-Kolekcje i Bellona SA, Warszawa 2015]
25. Zbigniew Herbert – „Wilki” [utwór poetycki z tomu „Rovigo”, Bliskopolski.pl]
26. „Marta Florkiewicz-Borkowska Nauczycielem Roku 2017!” [„Głos Nauczycielski”, Glos.pl]
27. „Historia ‘Łazika’” [Nowa Historia, Nowahistoria.interia.pl]
28. „‘Łazik i inni: historie splątane’ – spotkanie z cyklu ‘Krakowska Loża Historii Współczesnej’” [Nowa Historia, Nowahistoria.interia.pl]
29. „Mogiła Genowefy Kroczek ps. ‘Lotte’, ofiary terroru stalinowskiego z 1945 r. w Przyszowej” [Groby Wojenne na Terenie Małopolski, Grobywojenne.malopolska.uw.gov.pl]
30. „Kwatera wojenna z I i II wojny światowej nr 366 w Limanowej” [Groby Wojenne na Terenie Małopolski, Grobywojenne.malopolska.uw.gov.pl]
31. „Streszczenie rozprawy doktorskiej mgr. Joanny Kurczab pt. ‘Aparat bezpieczeństwa wobec Podziemia Niepodległościowego w powiecie limanowskim w latach 1945-1957’” [Instytut Historii im. Tadeusza Manteuffla PAN, Ihpan.edu.pl]
32. „Ruch ludowy w służbie RP – Opór” [Instytut Pamięci Narodowej, Ipn.gov.pl]
33. „70. rocznica akcji rozbicia więzienia św. Michała w Krakowie – Kraków, 18 sierpnia 2016” [Instytut Pamięci Narodowej (oddział krakowski), Krakow.ipn.gov.pl]
34. „70. rocznica akcji rozbicia więzienia św. Michała w Krakowie” [Kraków Travel, Krakow.travel]
35. „Czas okupacji” [Urząd Gminy Łukowica, Lukowica.pl]
36. „Partyzantka” [Urząd Gminy Łukowica, Lukowica.pl]
37. „Historia Łukowicy cd.” [Gimnazjum w Łukowicy, Lukowica.neostrada.pl]
38. „Historia wsi Jadamwola” [Szkoła Podstawowa im. Kazimierza Pułaskiego w Jadamwoli, Spjadamwola.strefa.pl]
39. „Uczniowie Gimnazjum nr 2 ubiegają się o mandaty poselskie na XXII Sesję Sejmu Dzieci i Młodzieży” [Urząd Miasta Nowego Sącza, Nowysacz.pl]
40. „Nowy Sącz: Kandydaci na posłów z Gimnazjum nr 2” [Sądeczanin, Sadeczanin.info]
41. „Artykuł o partyzantce z Przyszowej Genowefie Kroczek” [Ziemia Limanowska, Ziemialimanowska.pl]
42. „Przyszowa 2017 – Tropem Wilczym” [Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznych 1. Pułku Strzelców Podhalańskich AK , Grh.limanowa.org]
43. „Nasza ‘Inka’. Mogiła sanitariuszki AK Genowefa Kroczek ‘Lotte’” [Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznych 1. Pułku Strzelców Podhalańskich AK, Facebook.com/Stowarzyszenie-Rekonstrukcji-Historycznych-1-PSP-AK-468633663161836]
44. „Limanowa, 17 kwietnia 1945 r. Zatrzymać komunistyczny terror…” [Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznych 1. Pułku Strzelców Podhalańskich AK, Limanowa.in]
45. „‘Opór’ we wspomnieniach…” [Limanowa.in, Malopolska.in]
46. „Żołnierze wyklęci – Cześć Ich Pamięci!” [Limanowa.in, Sacz.in]
47. „Zamalowano tablicę szkalującą Żołnierzy Wyklętych” [Niezalezna.pl, Limanowa.in]
48. „Usuną tablicę gloryfikującą UB za walkę z ‘Żołnierzami Wyklętymi’” [Wprost.pl, Limanowa.in]
49. „Kontrowersyjna tablica została usunięta” [Limanowa.in]
50. „Uroczyście uczczono pamięć o ‘Żołnierzach Wyklętych’” [Limanowa.in]
51. „De Press – Myśmy Rebelianci” [YouTube, Youtube.com/user/powstanie44]
52. „Ramzes & The Hooligans – Pogrzeb” [YouTube, Youtube.com/user/baksiu95]
53. „Syn marnotrawny” [Biblia Tysiąclecia, Biblia.deon.pl]
54. „Zielony Krzyż” [Encyklopedia PWN, Encyklopedia.pwn.pl]
55. „Ludowy Związek Kobiet” [Encyklopedia PWN, Encyklopedia.pwn.pl]
56. „Ludowa Straż Bezpieczeństwa” [Encyklopedia PWN, Encyklopedia.pwn.pl]
57. „Mordarski Marian” [Encyklopedia PWN, Encyklopedia.pwn.pl]
58. „Żelazne kompanie” [film dokumentalny Janusza Gmitruka i Wojciecha Nalazka, TVP 2002]
59. „Z archiwum IPN. ‘Ośka’” [film dokumentalny Tadeusza Doroszuka i Adama Sikorskiego, TVP 2009]
60. „Rozkaz sumienia” [serial fabularno-dokumentalny Roberta Miękusa i Marcina Cygala, TVP 2013]
61. Natalia Julia Nowak – „Służył w BCh, trafił do MO, wspierał Żołnierzy Wyklętych” [Njnowak.tnb.pl, Njnowak.blogspot.com, Njnowak.wordpress.com, Njnowak.tumblr.com, Njnowak.livejournal.com]

 

Rock gotycki od strony językoznawczej

Autor: Urszula Majdańska (ur. 1979)
Tytuł: „Metaforyka w tekstach rocka
gotyckiego i muzyki okołogotyckiej”
Rok wydania: 2006
Miejsce wydania: Męcina Mała
Wydawnictwo: Na Rzekach Art
Recenzent naukowy: Ewa Kołodziejek

Analiza językowa

„Metaforyka w tekstach rocka gotyckiego i muzyki okołogotyckiej” Urszuli Majdańskiej to niewielka objętościowo książka, która znajduje się w mojej domowej biblioteczce od jedenastu lat. Zażyczyłam ją sobie na Gwiazdkę od Rodziców, kiedy przeżywałam okres fascynacji subkulturą gotycką, a właściwie – twórczością kilku zespołów muzycznych spod znaku mrocznego rocka i metalu (chodzi tutaj głównie o formacje Lacrimosa i Closterkeller, jak również o grupę Within Temptation zaliczaną do nurtu rocka/metalu symfonicznego). Publikacja Majdańskiej ma charakter krótkiej rozprawy naukowej, przypomina pracę dyplomową lub dzieło będące rozwinięciem takiej pracy. Książka liczy ponad 150 stron, przy czym znaczną część jej zawartości stanowią „wypełniacze” typu zdjęcia, indeksy cytatów, wykazy skrótów itd. Zasadnicza treść publikacji to około 100 stron tekstu napisanego fachowym, aczkolwiek zrozumiałym dla przeciętnego czytelnika językiem (autorka jest absolwentką Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Zielonogórskiego, ukończyła filologię polską ze specjalnością dziennikarską). „Metaforyka…” to praca z zakresu szeroko pojętego językoznawstwa, dlatego nie koncentruje się na samej muzyce, tylko na tekstach piosenek kilku wybranych zespołów. Majdańska „wzięła na warsztat” utwory dziewięciu polskich grup: Artrosis, Batalion d’Amour, Closterkeller, Delight, Desdemona, Fading Colours, Lilith (z Poznania), Lilith (z Radomia) i Moonlight. Analizując metafory zawarte w zgromadzonym materiale źródłowym, podjęła próbę znalezienia cech wspólnych świadczących o istnieniu pewnego kodu (sub)kulturowego – zestawu znaczeń i symboli charakterystycznych dla społeczności polskich gotów. Przynajmniej tych aktywnych artystycznie.

Czym jest gothic?

W przedmowie „Od autorki” i we „Wstępie” Urszula Majdańska wyjaśnia ogólny zamysł swojej książki, a także usiłuje zdefiniować badane przez siebie zjawisko kulturowe. Uczciwie zaznacza, że „terminy ‘gotycki’ i ‘okołogotycki’, używane w rozprawie, mają charakter umowny i odnoszą się do pewnych gatunków muzycznych, które można określić jako mroczne”. Według Majdańskiej, nurt gotycki cechuje się wewnętrznym zróżnicowaniem. Formacje kojarzone z omawianą subkulturą nie unikają eksperymentów muzycznych, chętnie sięgają po różnorodne środki wyrazu (od operowego śpiewu aż po industrialne szmery). „Klasyczny gotyk” jest gatunkiem „opierającym się na gitarze basowej i melodyjnym refrenie”. „Metal gotycki” to muzyka zdominowana przez „pompatyczny śpiew i melancholijny nastrój utworów”, natomiast „dark electro” stanowi „połączenie elektronicznego rytmu techno ze stylem EBM”. Wspólnym mianownikiem spajającym różne odmiany gotyku jest swoisty romantyzm obecny w tekstach piosenek. Majdańska wprowadza termin „konwencja gotycka” i definiuje go jako „podejmowanie (…) określonej tematyki (m.in. problematyki śmierci, przemijania, cierpienia, nieszczęśliwej miłości), wykorzystywanie charakterystycznych symboli i motywów kulturowych (np. anioł, wampir, dusza, sen, zamek itp.), które mają na celu uczynić przekaz mrocznym, tajemniczym”. Zdaniem badaczki, gotyccy wokaliści nierzadko wykonują utwory „odnoszące się do praktyk tajemnych, okultystycznych, legend, mitologii greckiej, germańskiej, słowiańskiej, powieści i filmów grozy”. W gothic metalu występuje istna apoteoza „świata fantazji, magii, snów, uczuć itp”. Autorka „Metaforyki…” uważa, że subkulturę gotów „można nazwać neodekadencką”.

Korzenie (post)punkowe

Współcześnie gotyk często przyjmuje postać muzyki ambitnej, dojrzałej i trudnej w odbiorze. Znakomitym tego przykładem jest mój ulubiony duet Lacrimosa, który wielokrotnie nagrywał płyty z udziałem orkiestr symfonicznych, a w warstwie tekstowej nawiązywał do filozofii, chrześcijaństwa i literatury wysokiej (zwłaszcza do dzieł Franza Kafki). Dlatego dużym zaskoczeniem może być fakt, że historycznie muzyka gotycka wywodzi się z… punk rocka! Pisze o tym Urszula Majdańska, która dowodzi, że gothic jest spadkobiercą pesymistycznej muzyki cold wave, jaka powstała na gruzach ruchu punkowego. Istnieje bowiem termin „post-punk” obejmujący zespoły typu Bauhaus, Joy Division czy Siouxsie and The Banshees (lata 70. i 80. XX wieku). To właśnie te grupy uchodzą za protoplastów gotyku, chociaż nie są gotyckie w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Według Majdańskiej, kolejnym stadium ewolucji, bezpośrednio poprzedzającym narodziny subkultury gotyckiej, była działalność m.in. formacji The Sisters of Mercy, Fields of Nephilim, Clan of Xymox i Lacrimosa (Uwaga! Rozmawiamy o Lacrimosie z czasów, kiedy Tilo Wolff – mój idol, którego kocham za wszystko, choć niejednokrotnie opadały mi przez niego ręce – był jeszcze solistą!). W rozprawie Majdańskiej przydałoby się pojęcie „dark wave”, nazwa gatunku muzycznego będącego brakującym ogniwem między cold wave a gothic rockiem. Autorka „Metaforyki…” twierdzi, że niezwykła dbałość o wizerunek, jaka cechuje wykonawców gotyckich, wzięła się z podpatrywania gwiazd glam rocka. I chyba coś w tym jest. Krążek „Testimonium” Lacrimosy (premiera: 25 sierpnia 2017 roku) stanowi pośmiertny hołd złożony artystycznym autorytetom Tilo. Jeden z nich to David Bowie.

Dandysowska elegancja

Urszula Majdańska przekonuje, że gotycki ubiór pełni wielorakie funkcje. Jest widoczną oznaką przynależności do omawianej subkultury, pomaga człowiekowi wyrazić własną indywidualność, sprzyja roztaczaniu wokół siebie mrocznej atmosfery i bezpośrednio nawiązuje do pewnych archetypów. „Makijaż gotycki zazwyczaj przypomina teatralną maskę, którą nakładają zarówno kobiety, jak i mężczyźni, co wiąże się z androginicznym postrzeganiem przez gotów natury ludzkiej. (…) Bladość ponadto ma stwarzać pozór subtelnej wampiryczności, efemeryzmu i ujawnia fascynację gotów mitami o wampirach oraz stworach nocy. (…) Oczy podkreśla się czarnymi, rozmazanymi cieniami. Służy to wywołaniu efektu zapadniętych oczu niczym u nieboszczyka lub oczu zapłakanych, które symbolizują smutek i cierpienie. (…) Garderoba gotycka wzorowana jest na strojach średniowiecznych i romantycznych (np. powłóczyste, rozkloszowane suknie, rozszerzane rękawy, nakrycia głowy, wielowarstwowość strojów, płaszcze i peleryny itp.). W sferze mody pojawiają się również odwołania do schyłku XIX wieku. Kobiety noszą sznurowane gorsety, suknie na drutach, cylindry, rękawiczki, parasole, wachlarze, ozdobne broszki i żaboty. Do popularnych strojów męskich zaliczają się ubrania stylizowane na mnisze szaty, pseudorycerskie zbroje. Mężczyźni przywdziewają także peleryny z kapturami, sznurowane koszule, surduty, fraki, białe koszule z żabotami, cylindry, binokle, rękawiczki, płaszcze, peleryny i wysokie kołnierze. Niektórzy z nich preferują modę damską, czyli suknie, długie spódnice, a nawet gorsety” – opisuje badaczka. Potwierdzeniem jej słów są fotografie gotów zamieszczone na końcu książki. Do zdjęć pozowali uczestnicy bolkowskiego festiwalu Castle Party.

Umiłowanie literatury

Zdaniem Majdańskiej, członkowie subkultury gotyckiej często przejawiają zainteresowania literackie i poetyckie. Dowodem na to jest fakt, że na ich stronach internetowych pojawiają się fragmenty utworów Tadeusza Micińskiego, Rafała Wojaczka, Haliny Poświatowskiej, Charles’a Baudelaire’a, Arthura Rimbauda i Edgara Allana Poego. Zielonogórska filolog uznaje tę twórczość za fatalistyczną, wypełnioną tragizmem, niejednokrotnie sięgającą po elementy fantastyczne i makabryczne. Co ciekawe, sami goci również nie stronią od pisania poezji i prozy utrzymanej w podobnych klimatach. Kto nie wierzy, niech zajrzy do „Metaforyki…”, gdzie na stronach 30-32 znajdują się reprezentatywne przykłady „wypocin” publikowanych przez gotyckich Internautów. Urszula Majdańska odnotowuje, że w dziełach gotów nieustannie powracają te same tematy: „splin, motyw kwiatów zła i ciemności, turpistyczne wizje rozkładu ciała, otchłani, śmierci, przemijania” oraz „motywy dezintegracji osobowości, swoisty ból istnienia”. Takie właśnie zagadnienia dominują w tekstach gothic rockowych piosenek, którym autorka poświęciła całą drugą część swojej pracy (pierwsza ma charakter ogólny, teoretyczny). Majdańska wyraża się o badanej społeczności następująco: „Goci nie podważają wzorców kultury oficjalnej, ale wykorzystują je i przetwarzają. Obficie czerpią ze skarbnicy kultury i tradycji literackiej, ale są to najczęściej nawiązania powierzchowne i wybiórcze, ich fascynacja gotykiem odnosi się wyłącznie do sfery architektury, estetyki i na poły baśniowych, tajemnych realiów, a nie – gotyckiej filozofii”[1]. Absolwentka UZ dostrzega analogię między subkulturą gotycką a findesieclowymi dekadentami. Oba zjawiska narodziły się przecież u schyłku wieku (XIX/XX).

Co z tym językiem?

Urszula Majdańska poświęca dużo uwagi „stanowi badań nad tekstami rockowymi”. Raportuje, że utwory spod znaku mocnego uderzenia były w Polsce analizowane zarówno pod względem lingwistycznym, jak i merytorycznym. Formie rockowych piosenek przyglądali się językoznawcy i poloniści, a treści – kulturoznawcy i socjologowie. Majdańska nie neguje wartości tych badań, ale zarzuca swoim poprzednikom, że traktowali muzykę rockową w sposób holistyczny. Starsi badacze zdawali się nie dostrzegać, że rock to nie monolit, tylko spektrum obejmujące rozmaite gatunki i podgatunki muzyczne. Wokół niektórych odmian rocka wytworzyły się pełnoprawne subkultury młodzieżowe, które znacznie się od siebie różnią, np. wyznawanymi normami moralnymi. Odmienności światopoglądowe nie pozostają bez wpływu na teksty śpiewanych piosenek, dlatego błędem jest „wrzucanie do jednego worka” dzieł będących manifestami różnorakich środowisk. Upodobania estetyczne, przekonania filozoficzne i ustalone wzorce zachowań odciskają swoje piętno na problematyce wykonywanych utworów. Jakby tego było mało, znajdują odzwierciedlenie w stosowanym słownictwie i stylu wypowiedzi. Aby to udowodnić, Majdańska przytacza pełne treści trzech rockowych kawałków: punkowego, skinheadowskiego i gotyckiego. Ten pierwszy jest lewicowy, buntowniczy i wulgarny, ten drugi – rasistowski, tyrtejski i przeładowany terminologią militarną, a ten trzeci – poetycki, liryczny, emocjonalny, skupiony na uczuciach jednostki i wysoce zmetaforyzowany. Według twórczyni omawianej książki, piosenki gotyckie są antropocentryczne i głęboko osadzone w kulturze europejskiej. Koncentrują się na człowieku, jego rozterkach i próbach zrozumienia wszechrzeczy.

Metafora – trudne słowo!

Badawczą część swojej rozprawy Urszula Majdańska otwiera wyjaśnieniem, czym jest metafora i jakie rodzaje metafor wyróżniają kompetentni eksperci. Ten rozdział „Metaforyki…” jeszcze bardziej upodabnia publikację zielonogórzanki do standardowej pracy dyplomowej (obowiązkowa definicja analizowanego zagadnienia). Kobieta powołuje się m.in. na Arystotelesa, który miał uznawać przenośnię za „upatrywanie podobieństw w rzeczach niepodobnych”. Fragment, w którym Majdańska zgłębia tajemnicę metafory, ciągnie się całymi stronami. Nie będę go tutaj streszczać. Przepiszę za to kilka zdań wyłuszczających rolę przenośni w gothic rocku: „Zabiegi te mają na celu wzbogacenie przekazu, uatrakcyjnienie go, uczynienie oryginalnym. Jednocześnie realizują w tekstach piosenek określoną, gotycką konwencję. (…) Rock gotycki (…) nawiązuje do średniowiecznej filozofii dualizmu świata, natury człowieka, romantycznego cierpienia i niezrozumienia, modernistycznych motywów przemijania, dekadencji, a zwłaszcza obsesji śmierci, postrzeganej często jako wybawienie z chaosu świata, beznadziei codzienności. (…) Człowiek jawi się jako istota tragiczna, targana sprzecznościami. (…) Metaforyka w tekstach rocka gotyckiego służy ukazaniu sprzeczności tkwiących w człowieku. Odwołuje się do manichejskiej koncepcji walki dobra (duch, światło) ze złem (materia, ciemność) w świecie i we wnętrzu ludzkim. (…) Znaczenia przenośne eksponują katastroficzny wymiar ludzkiego losu, kruchość i niestałość uczuć, rzeczy i zjawisk. (…) Wyrazy przeciwstawne (…) odnoszą się do pojęcia zła, nocy, ciemności, śmierci, które dominują nad dobrem, dniem, światłem, życiem”. Pamiętajmy, że młoda filolog sprawdziła “ponad czterysta” różnych utworów gotyckich.

Kręgi leksykalno-semantyczne

W porządku, ale co dokładnie wyszło z tych szeroko zakrojonych badań? Otóż Majdańska odkryła, że metafory stosowane przez gothic rockowych tekściarzy zazwyczaj oscylują wokół kilkunastu głównych tematów. Przenośnie te – mniej lub bardziej dosłownie – nawiązują do pojęcia nocy (24%), snu (18%), krwi i duszy (10%), cienia (9%), kamienia (9%), światła (7%), lustra (6%), drogi (5%), tańca i gry (4%), wody (4%) oraz kwiatu (4%). O tym, jaki jest “procentowy udział poszczególnych kręgów leksykalno-semantycznych” w przeanalizowanych piosenkach, dowiadujemy się ze wstępu do omawianej książki. Urszula Majdańska poświęca każdemu z wymienionych zagadnień osobny, kilkustronicowy rozdzialik. Motyw krwi opisuje razem z motywem duszy, a motyw tańca – razem z motywem gry. Dlaczego? Według badaczki, krew i dusza odnoszą się do tego samego zjawiska, czyli do dychotomicznej koncepcji człowieka. Moim zdaniem, jest to błąd. Rzeczownik “dusza” wcale nie musi oznaczać duszy w sensie religijnym. Równie dobrze może on być określeniem ludzkiej psychiki (albo – z zaimkiem “moja” – synonimem słowa “ja”). Grecki wyraz “psyche”, który oznacza duszę, znalazł swoje miejsce w nazwach dwóch nowoczesnych dziedzin wiedzy – psychologii i psychiatrii. A przecież akademicka nauka i medycyna zwykle nie wykraczają poza wąskie ramy racjonalizmu[2]! Słowo “dusza” występuje nawet w utworach zespołu Closterkeller. Sęk w tym, że ich autorka, Anja Orthodox, to wojująca ateistka, która w kawałku “Miraż” śpiewa: “A dalej nie ma już nic”[3]. OK, co z tańcem i grą? Majdańska postanowiła je połączyć, gdyż przypominają one znaną alegorię życia jako teatru, a ponadto “wspólna jest im (…) kategoria ludyczności”. Dyskusyjna decyzja.

W co się bawić?

Do kręgu leksykalno-semantycznego, jakim jest lustro, absolwentka Uniwersytetu Zielonogórskiego zalicza nie tylko same zwierciadła, lecz również lustrzane odbicia, sobowtóry i postacie noszące znamiona rzeczywistych bądź potencjalnych “alter ego” członków subkultury gotyckiej. Osoby, które układają teksty gothic rockowych piosenek, chętnie wskrzeszają w swoich dziełach znanych bohaterów literackich, ofiarowują nowe życie postaciom legendarnym i mitycznym. Takie zabiegi podsuwają słuchaczom pewien punkt zaczepienia. Ikony kultury, które odżywają w mrocznej muzyce, to nierzadko postacie tragiczne, z którymi da się jakoś utożsamić, a już na pewno można je przywoływać podczas rozważania trudnych tematów. Urszula Majdańska przypisuje gotom fascynację bohaterami demonicznymi, którzy przy bliższym poznaniu okazują się istotami skomplikowanymi, niejednoznacznymi, rozdartymi wewnętrznie (Lilith, Lorelei, Lady Makbet, Lucyfer[4], Faust i inni). W gotyku, tak jak w romantyzmie, jest miejsce na relatywizm i rewizjonizm. Postacie dwuznaczne są opiewane lub traktowane z zadziwiającą wyrozumiałością, a jednoznaczne – dekonstruowane, odbrązawiane. Autorzy utworów gotyckich namiętnie podważają siłę moralną aniołów. Przypominają, że demony to nie prymitywne bestie znikąd, tylko anioły upadłe, podobne w swoich słabościach do Homo sapiens[5]. Wampiry w gothic rocku uchodzą za stwory niezwykle ludzkie, ale dotknięte straszliwą chorobą, która zmusza je do popełniania nieludzkich czynów. Często są również seksowne, gdyż wampiryzm bywa ukazywany jako rodzaj sadomasochizmu, posiadający nawet swój perwersyjny urok. Majdańska łączy wampiry z motywem krwi. Anioły i demony zostają przez nią skojarzone z motywem duszy.

Kwiat, cień, kamień

W analizowanej rozprawie bardzo trafna wydaje mi się interpretacja metafor roślinnych. Młoda filolog ma rację, twierdząc, że kwiat oznacza po prostu przemijanie. “Poszczególne etapy rozwoju kwiatu przypominają życie człowieka od momentu narodzin aż po jego śmierć” – konstatuje zielonogórzanka. Badaczka dostrzega, że sam człowiek ma wiele wspólnego z kwiatem. “Istota ludzka (…) jest nadwrażliwa, delikatna, wyjątkowa, piękna, ale z drugiej strony nietrwała, szybko przemija, łatwo ją zranić, zniszczyć” – czytamy w akapicie dotyczącym antropomorfizacji roślin. Majdańska poświęca odrobinę miejsca motywom ogrodu i róży, symbolizującym kolejno ludzką psychikę i uczucie miłości. Napomyka też o utrwalonej w naszej kulturze wymowie barw. Autorka “Metaforyki…” zapomina jednak odnotować, że w przypadku kobiety kwiaty mogą także oznaczać dziewictwo. “Wspominam, jak zabrałeś mi moje kwiaty” – melorecytuje Anja Orthodox w utworze “Cyan”. Jeśli chodzi o metafory cienia i kamienia, to refleksje Majdańskiej przekonują mnie tylko częściowo. Dla absolwentki UZ cień to przede wszystkim duch. Jest w tym ziarnko prawdy. Ale są też kawałki gotyckie, w których cień nie ma nic wspólnego z życiem pozagrobowym. „Jestem jak cień, który kiedyś był częścią ciebie” – słyszymy w piosence „Umbra” zespołu Moonlight. Rozdział dotyczący kamienia zawiera klasyczne naciąganie faktów pod tezę. Majdańska pragnie udowodnić, że twardość, chłód, lód i kamień (np. czarny/biały marmur) wiążą się ze śmiercią fizyczną i duchową. Dlatego sformułowania „zimny wzrok” (Batalion d’Amour), „dotyk zimnych rąk” (Closterkeller) i „serce takie czarne” (Moonlight) kojarzą jej się ze… stopniowym kamienieniem ludzkiego ciała! Bo osobnik robi się nieczuły, skamieniały.

Matrix nasz conocny

Sen pełni dla gotów taką funkcję, jaką pełniła wirtualna rzeczywistość dla Cyphera z filmu „Matrix” sióstr (eksbraci) Wachowskich[6]. Urszula Majdańska stwierdza: „W metaforyce rocka gotyckiego sen – marzenie jest czymś niesłychanie cennym i ważnym. (…) Przebudzenie bowiem ’jest źródłem bólu’. Sen daje ’nadzieję’, konotuje azyl, bezpieczeństwo, przynosi ukojenie, zabiera strach, niepokoje. (…) Sen – marzenie jest metaforą szczęścia, dobra, uczuć i spełnienia, a także niewinności i nieświadomości zła, jakie charakteryzuje dziecko”. Badaczka zaznacza jednak, że owo słodkie złudzenie często przeradza się w coś zgoła odmiennego. „Traciły kolor sny” – dramatyzuje Anja Orthodox w utworze „California”. Refleksje Majdańskiej wypadałoby uzupełnić spostrzeżeniem, że goci słowem „koszmar” chętnie określają jawę („W codzienności mdłej koszmarze zanurzasz twarz zmęczoną i bladą” – Artrosis). Prawdziwy koszmar zaczyna się więc w momencie przerwania onirycznej iluzji („Gdy gubię sny, jakby nigdy nie były, wysycha źródło mojej wielkiej siły” – Closterkeller). W piosence „Imaginary” grupy Evanescence – amerykańskiej kapeli inspirującej się gotykiem – słyszymy wyraźnie: „Dobrze wiem, co leży poza moim sennym schronieniem. Koszmar. Zbudowałam swój własny świat, żeby uciec”. Cóż począć z taką eskapistką? „Nie mów jej, że tego nie ma, ona to widzi, ona wierzy w to. I nie mów jej i nie zabieraj tych resztek wiary, co się jeszcze tlą” (Closterkeller – „Alicja”). Dla zielonogórskiej filolog sen to również metafora śmierci. Dowodem na to mają być cytaty typu „Do snu kołysze cię powolna śmierć” (Batalion d’Amour). Utożsamienie tych dwóch pojęć jest w kulturze zachodniej dość banalne. Ale skoro sen ratuje śniącego przed rzeczywistością…!

Odwrotność dnia

Gotycka noc posiada wiele znaczeń. Zdaniem Urszuli Majdańskiej, wieloznaczność nocy ściśle koresponduje z niejednolitą naturą człowieka. Mroczna część doby może symbolizować lęk, poczucie zagrożenia i dezorientację istoty ludzkiej zmuszonej do egzystencji w chaotycznym świecie. Ciemność tradycyjnie kojarzy się ze złem, ponieważ to w jej realiach rozgrywają się opowieści o demonach, czarownicach itp. Twórczyni „Metaforyki…” łączy noc z pojęciem śmierci, a nawet sugeruje, że w gothic rocku zjawiska te bywają ze sobą tożsame. Aby wykazać, że istnieje coś w rodzaju triady noc-sen-śmierć, zielonogórzanka przytacza fragment „Ballady o dwóch siostrach” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego: „Były dwie siostry – Noc i Śmierć/ Śmierć była większa a Noc mniejsza/ Noc była piękna jak sen a Śmierć…/ Śmierć była jeszcze piękniejsza”. Majdańska odnotowuje, że w utworach gotyckich występuje tendencja do ukazywania nocy, czyli śmierci jako kobiety. Zwraca uwagę na to, co odróżnia współczesny gotyk od tego starodawnego: „Różnica polega na tym, że średniowieczna śmierć była kostuchą, szkieletem, rozkładającym się ciałem. (…) Natomiast w tekstach gotyckich śmierć-kobieta przypomina bądź piękną opiekunkę, bądź matkę”. Absolwentka UZ przywołuje kilka piosenek, w których noc zostaje przedstawiona jako kryjówka, ostoja, wybawienie od udręki. Podkreśla jej ważną rolę w życiu zakochanych par. Do tych głębokich refleksji dołącza niezbyt mądre rozważania o ciszy. Według lubuskiej filolog, bezdźwięk może być synonimem nocy i śmierci. Szkoda tylko, że cytowane przez nią kawałki wcale na to nie wskazują. „I tak dobrze znam zapach mojej ciszy” (Closterkeller), „Cisza spływa we łzach” (Artrosis) – czy te urywki mówią o ciemności i umieraniu?

Pozostałe przenośnie

Światło. Do tego kręgu leksykalno-semantycznego Urszula Majdańska zalicza „ogień, słońce, gwiazdy”. Wedle jej interpretacji, płomień stanowi metaforę przemijania i śmierci, gdyż powoli trawi dany obiekt i doprowadza do jego unicestwienia. Kobieta zapomina jednak, że ogień może też oznaczać pożądanie („Coś na kształt ognia w twych oczach jest” – Closterkeller, „Senne macanki”) i cierpienie („Czy wiesz, jak pali, gdy zamieniasz moje serce w twardy kryształ?” – Closterkeller, „Dwa dni”). Gasnące słońce i spadające gwiazdy symbolizują – zdaniem młodej badaczki – nieszczęście i przygnębienie. Droga. Majdańska raportuje, że gotyccy tekściarze nagminnie przedstawiają ludzką egzystencję jako bolesną tułaczkę. Człowiek jest w życiu zagubiony, nie może odnaleźć celu swojego istnienia, niejednokrotnie „znajduje się na rozdrożu” i „traci grunt pod nogami”. Czasem nawet spada ku ziemi, w której „grzebie się zmarłych”. Woda. Według zielonogórzanki, przenośnia ta służy „zobrazowaniu motywu przemijania oraz chaosu w człowieku i w świecie”. Bohaterowie gothic rockowych piosenek zazwyczaj „toną” i „dryfują”, co raczej nie ma w polszczyźnie pozytywnej konotacji. Jakby tego było mało, opadają oni na dno, czyli zmierzają „ku śmierci, w głąb, w ciemność”. Taniec i gra. Zgodnie z tym, co pisze Majdańska, taniec wyraża nieład, szaleństwo, a także – jak niemal każda metafora gotycka – przemijanie i śmierć. W wyjątkowych przypadkach może on być tożsamy z „aktem miłosnym”. Gra aktorska (teatr, film) symbolizuje przypisaną człowiekowi rolę życiową oraz powszechną nieszczerość w relacjach interpersonalnych. Gra hazardowa (karty) oznacza bezradność i zniewolenie istoty ludzkiej. Człowieczy los tkwi bowiem w rękach siły wyższej, przeznaczenia.

Zakończenie

„Metaforyka w tekstach rocka gotyckiego i muzyki okołogotyckiej” to jedna z najcenniejszych książek, jakie przechowuję w swojej kolekcji. Nie tylko dlatego, że porusza ona temat, który mnie interesuje, ale również dlatego, iż jest istnym „białym krukiem”. Chociaż mam do tej publikacji ogromny sentyment, uważam ją za dzieło zdecydowanie niedoskonałe. Bardzo lubię teoretyczną część owej pracy. Urszula Majdańska krótko, ale treściwie (29 stron) opisuje w niej subkulturę gotycką na tle burzliwej historii rock&rolla. Autorka uzmysławia czytelnikom, że gothic – ze swoją rozwiniętą estetyką i filozofią – wyróżnia się spośród innych ruchów skupionych wokół muzyki mocnego uderzenia. Nurt ten posiada swoje niuanse, lecz funkcjonuje w szerszym kontekście, jakim jest euroatlantycka kultura młodzieżowa po II wojnie światowej. Badawcza część rozprawy (57 stron) wzbudza we mnie mieszane odczucia. Doceniam wysiłek Majdańskiej, gdyż niewątpliwie potrafi ona kojarzyć odległe fakty. Sądzę jednak, że niektóre z jej komentarzy wymagają uzupełnienia, a inne nadają się tylko do kosza na śmieci (bo są nadinterpretacjami). „Metaforyka…” wydaje mi się odrobinę przeintelektualizowana. Przyznam szczerze, że rozśmieszyła mnie końcówka rozdziału poświęconego światłu. Otóż absolwentka UZ stwierdziła, iż śmierć „działa zarówno na osi horyzontalnej, jak i wertykalnej”, ponieważ „płomienie pną się w górę, w prawo, w lewo”, a „słońce, gwiazdy (…) gasną, zachodzą, czyli kierują się w dół”. Absolutnie nie odpowiada mi fakt, że lubuska filolog ukazuje gotyk jako łagodną rozrywkę dla wrażliwych inteligentów, natomiast zamiata pod dywan jego ścisłe związki z ruchem BDSM[7]. Te przecież istniały już w czasach postpunkowych. Dowód: prowokacyjne ubiory Siouxsie Sioux.

Natalia Julia Nowak,
powtórnie początkująca
wielbicielka gotyku

PS 1. Obecnie autorka „Metaforyki…” nosi nazwisko Urszula Majdańska-Wachowicz. Wciąż jest związana z Instytutem Filologii Polskiej działającym w obrębie Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Zielonogórskiego.

PS 2. Niektóre fragmenty gotyckich piosenek, zaprezentowane w powyższym artykule, znajdują się również w książce Majdańskiej. Są też i takie, które dodałam od siebie w toku publicystycznej dyskusji z twórczynią recenzowanej rozprawy.

PS 3. Jeśli Jan Paweł II miał rację, mówiąc, że współczesna cywilizacja jest Cywilizacją Śmierci, to subkultura gotycka stanowi jej idealne podsumowanie. Muzyka gothic rockowa brzmi jak westchnienie naszej epoki. Opisuje dzień dzisiejszy, wspomina czasy minione i przepowiada nieuchronną przyszłość. Dlatego nie ma sobie równych w całej popkulturze. Gotyk to muzyka cywilizacji tańczącej na własnym grobie. Viva la muerte – niech żyje śmierć!

PS 4. Niemcy są państwem, w którym subkultura gotycka jest szczególnie silna. Kraj ten dał ludzkości wiele znanych zespołów reprezentujących wszystkie odmiany tego nurtu. Nic więc dziwnego, że to właśnie tam odbywają się dwa największe na świecie festiwale gotyckie: Wave-Gotik-Treffen i M’era Luna. Według Majdańskiej, nasz zachodni sąsiad jest nazywany Gotlandią ze względu na swoje zasługi dla ruchu Dark Independent (termin-parasol określający szeroko pojętą „mroczną muzykę”). My, Polacy, możemy się poszczycić festiwalem Castle Party, najznamienitszą imprezą gotycką w Europie Środkowo-Wschodniej. Wydarzenie to jest organizowane każdego roku w Bolkowie – na Ziemiach Odzyskanych, niedaleko granicy z Czechami i Niemcami. Najwybitniejszą słowiańską kapelą gothic rockową jest prawdopodobnie XIII. Stoleti. Ta wspaniała formacja została założona w 1989 roku w czeskiej Igławie przez braci Petra i Pavla Stepanów. Zanim zostali oni gotami, byli gwiazdami czechosłowackiej sceny punkowej.

PS 5. Ze społeczności gotyckiej (goth) wyłoniła się społeczność „cyber-goth”, o której zresztą wzmiankuje autorka „Metaforyki…”. Jest to wąsko wyspecjalizowana subkultura koncentrująca się wyłącznie na elektronicznych odmianach gotyku. Zielonogórzanka pisze: „Cybergoci przypominają bardziej ekscentrycznych fanów techno i house. (…) Tradycyjna czerń ustępuje miejsca kolorom żywym, intensywnym, wręcz krzykliwym (np. różom, czerwieniom). We włosy wplata się druty, plastikowe pręty, rurki itp. Twarz niekiedy pokrywana jest grubą warstwą specjalnego wosku kosmetycznego, który ma nadać skórze wygląd nienaturalnego tworzywa, plastiku, gumy czy sztucznej skóry”. Uwaga! Ruchu gotyckiego i cybergotyckiego pod żadnym pozorem nie należy mylić z ruchem emo! A już absolutnie nie wolno ich utożsamiać ze wspólnotą heavymetalowców, bo to zupełnie inna gałąź ewolucji rock&rolla! Nie za bardzo wiem, jak zaklasyfikować amerykański nurt zwany death rockiem. Najprawdopodobniej jest on czymś w rodzaju „gotycyzującego odłamu subkultury punkowej”. Japońskie style „gothic lolita” i „visual kei” to jeszcze co innego. Nawet dalekowschodnia muzyka okołogotycka (Malice Mizer, Moi dix Mois – obydwa z Kraju Kwitnącej Wiśni) różni się od zachodniej.

PRZYPISY

[1] Postmodernizm (ponowoczesność) w czystej postaci.

[2] Chociaż psychoanaliza i psychologia głębi ocierają się czasem o New Age. Carl Gustav Jung, Erich Fromm, Wilhelm Reich… Oni akurat popadli w swoisty mistycyzm.

[3] Pojęcia duszy w rozumieniu chrześcijańskim należałoby szukać w repertuarze Lacrimosy, której założyciel od kilku lat jest kapłanem w Kościele Nowoapostolskim (nie wierzycie? Odwiedźcie stronę Riehen.nak.ch i wpiszcie do tamtejszej wyszukiwarki hasło „Tilo Wolff”. Gdy to zrobicie, wyskoczą Wam odnośniki do newsów „Taufe Simon Emmanuel Dappen” i „Besuch des Bezirksapostels”. Kliknijcie oba linki, obejrzyjcie zdjęcia dołączone do wiadomości. Następnie zobaczcie pokaźny zbiór fotografii zgromadzony przez rosyjską społeczność Lacrimosafan: Vk.com/album-290858_208397571). Niemieckojęzyczny wyraz „seele” – „dusza” pojawia się w twórczości duetu dosyć często. Oto dwanaście przykładów pochodzących z trzech pierwszych płyt formacji (1991-1993, świecka młodość Wolffa): „Die Augen fest verschlossen, die Seele verkrampft” – „Oczy stale zamknięte, dusza skurczona”, „Ich weine um deine Seele” – „Płaczę nad twoją duszą”, „Und meine Seele blickt mich fragend an” – „A moja dusza patrzy na mnie pytająco”, „So wird keine Seele trauern” – „W taki sposób żadna dusza nie będzie się smucić”, „Verletzter Seele letzter Schmerz” – „Zraniona dusza ostatnim bólem”, „Zerschneide Deine Seele” – „Pokrój swoją duszę”, „Und f… meine Seele” – „I p… moją duszę”, „Ich horte die Musik meiner Seele” – „Słyszałem muzykę mojej duszy”, „Und blicke ins Zwilicht meiner Seele” – „I patrzę w niejasność mojej duszy”, „In deine Seele in dein Fleisch” – „W twoją duszę i w twoje ciało”, „Entblose deine Seele” – „Obnaż swoją duszę”, „Ich lecke meine Seele wund” – „Liżę moją ranną duszę”*. Lacrimosa wydała łącznie trzynaście albumów studyjnych, a także mnóstwo singli i epek, dlatego powyższa lista nie obejmuje wszystkich przypadków użycia rzeczownika „dusza” (czy to w języku niemieckim, czy angielskim). Żeby było śmieszniej, najstarsza piosenka zespołu, opublikowana na kasecie „Clamor” (1990) i krążku „Angst” (1991), nosi tytuł „Seele in Not” – „Dusza w potrzebie”. Samo słowo „seele” nie pada w niej jednak ani razu.

* Cytaty te zaczerpnęłam z witryny Stille.prv.pl (tłumacz: Trauer). Niestety, nie jestem w stanie ocenić wierności polskich przekładów, gdyż nie znam mowy Goethego. Lacrimosa to niemiecko-fiński duet działający w Szwajcarii. Drugą osobą jest – od 1993 roku – Anne Nurmi, prywatnie żona lidera. Pełni ona funkcję klawiszowca, rzadziej wokalistki i kompozytorki. Po raz pierwszy można ją było usłyszeć na epce „Schakal” wydanej w roku 1994. Ciekawe, czy dołączając do Lacrimosy spodziewała się, że za 20 lat zostanie księżyną (bo przecież nie „pastorową”. W Neuapostolische Kirche kapłan to kapłan, a nie zwykły człowiek z ludu czytający na głos Pismo Święte)! Chrześcijanie nowoapostolscy uważają się za związek wyznaniowy podobny do katolicyzmu i prawosławia, ale świat zewnętrzny porównuje ich niekiedy do mormonów. Interesujące, że Lacrimosa zdobyła największą popularność w krajach katolickich, prawosławnych i buddyjskich (Meksyk, Ameryka Południowa, Polska, Rosja, Chiny. Wyjątkiem od reguły są Niemcy, co zapewne wynika z pochodzenia i preferencji językowych Wolffa). Czy jakiś kulturoznawca mógłby to skomentować? U progu jesieni ’17 Tilo napisał na Facebooku: „Moi drodzy przyjaciele w Meksyku! Moje myśli i modlitwy są z wami! Kocham was!” – „My dear friends in Mexico! My thoughts and my prayers are with you! I love you!” (LacrimosaOfficial, 20 września 2017 roku). Wolff i Nurmi zawsze rozpieszczali Meksykanów, stąd płyta DVD „Live in Mexico City” i specjalna wersja utworu „Durch Nacht und Flut” z hiszpańskojęzycznym finałem. Artyści uwielbiają również Rosjan. W nagraniu „I lost my star in Krasnodar (Russian version)” zaskakuje nas – a raczej rodaków Puszkina – krótki fragment śpiewany po rosyjsku. Ech, ta łamana ruszczyzna to pseudosłowiański bełkot!

[4] Potrafię podać przykład okołogotyckiej piosenki, w której postać Lucyfera zostaje zdekonstruowana do granic absurdu. Jest nią utwór „Lucifer” zespołu Blutengel, niemieckiej kapeli grającej muzykę electro-goth i futurepop („gothic pop” – określenie sugerowane przez samą formację). Dobrze, ja rozumiem, że wielu wolnomyślicieli postrzega Lucyfera jako chrześcijańskiego odpowiednika Prometeusza: wyklętego herosa, który poniósł dotkliwą karę, bo chciał przekazać ludziom tajemnice zastrzeżone dla mieszkańców Niebios. Ale żeby od razu robić z niego przyjaznego ducha niosącego pomoc wyalienowanej nastolatce?! Czegoś takiego nie wymyśliłby nawet najgłupszy satanista! A właśnie taką wizję czarta promuje Chris Pohl i jego damska ekipa. Pod względem muzycznym „Lucifer” to prosty, elektroniczny kawałek, który przypomina standardowy popowy przebój. Jednak w tekście utworu występują istne cuda-wianki. Zwrotki: „Nie była jedną z nich. Nigdy nie miała przyjaciółki. Była tą jedną, z którą się drażniono. Nie była jedną z nich. Ona zawsze stoi sama. Nikt nie dał jej szansy. Zawsze była popychana. Nie była jedną z nich”, „Jej rodzice zginęli w wypadku. Nigdy się w nikim nie zakochała. Nikt nie rozumiał jej strachu. I każdej nocy płakała o pomoc. Modliła się do Boga, bo tak ją nauczono. Lecz on nigdy się do niej nie odezwał. Było jej tak zimno, czuła się taka opuszczona. Ale wtedy przyszedł Upadły Anioł”, „Ale wtedy przyszedł Upadły Anioł, żeby wyleczyć ból wewnątrz jej serca, jej złamanego serca. Ona zamknęła oczy i zobaczyła jego dobroć i prawdę. Ona nie jest sama, on zawsze tu jest”. Refren: „Ona jest zakochana w diable. Ona jest zakochana w Lucyferze. To jest jej zemsta za wszystkie lata nienawiści i łez. Ogień spada z nieba. Ona pali swoją przeszłość. Ona zaczyna nowe życie. Do piekła z Jezusem Chrystusem!”. Tym, co w cytowanym materiale uderza najbardziej, jest zupełny brak logiki w ostatnim wersie („To hell with Jesus Christ!”. Idiom „to hell with” – dosłownie „do piekła z” – zazwyczaj tłumaczy się jako „do diabła z”, lecz w tym przypadku należałoby zastosować tłumaczenie „słowo w słowo”). Skoro Szatan jest taki kochany, to piekło musi być cudownym miejscem. A skoro piekło jest cudownym miejscem, to po co tam wysyłać znienawidzonego Syna Bożego?! Widzę tylko dwie możliwości: albo piekło nie jest cudownym miejscem, albo Syn Boży wcale nie jest taki znienawidzony. Trzeciego wyjścia nie ma. Hmmm… Może ten piosenkowy nonsens jest efektem zamierzonym? Może chodzi w nim o to, żeby jednym równoważnikiem zdania zanegować cały tekst, czyli niejako „wyegzorcyzmować” kontrowersyjną treść? A może autor „Lucifera” chciał po prostu oddać stan umysłu niedojrzałej dziewczyny, która w ramach buntu młodzieńczego została satanistką? Nie mam zielonego pojęcia. Jedno jest pewne: łagodny szlagier grupy Blutengel ma więcej wspólnego z prawdziwym satanizmem niż dzieła heavy metalowe ukazujące diabła jako dziką bestię. Pamiętajmy, co o HM mówiła Zeena Schreck, córka Antona Szandora LaVeya („Zeena Schreck interview on KJTV”, Radio Werewolf Youth Party, YouTube.com, watch?v=tgHCCgPOpFM). Dla satanistów czart to przyjaciel, nie potwór, choć uznaje się go wyłącznie za archetyp, konstrukt kulturowy. Jak pisał lewicowy aforysta Stanisław Jerzy Lec: „W piekle diabeł jest postacią pozytywną”. I dlatego piosenka „Lucifer” może budzić niepokój części odbiorców.

[5] Trzeba przyznać, że romantyczna wizja Szatana jako Upadłego Anioła jest w gotyku szalenie popularna. Tandetny kawałek „Lucifer” formacji Blutengel, który omawiałam w przypisie czwartym, to tylko wierzchołek góry lodowej. Takich piosenek jest znacznie, znacznie więcej. Istnieją nawet utwory, w których ludzie – z natury niedoskonali – są przyrównywani do upadłych aniołów (przykład: „Fallen Angel” austriackiego duetu L’Ame Immortelle). Postać podobna do Upadłego Anioła zdobi okładkę CD „Lichtgestalt” mojej umiłowanej Lacrimosy. Tendencję do eksponowania tego symbolu można ponadto zaobserwować w rocku/metalu symfonicznym, gatunku nagminnie mylonym z gotykiem. Holenderka Sharon den Adel pyta w jednej z wykonywanych przez siebie piosenek: „Upadły Aniele, powiedz mi, dlaczego? Co jest przyczyną, cierń w twoim oku?” (Within Temptation – „Angels”). Finka Tarja Turunen śpiewa: „O, Panie, dlaczego anioły upadają pierwsze?” (Nightwish – „Angels Fall First”) i „Anioły, one upadają pierwsze, ale ja wciąż tutaj jestem” (Nightwish – „End of All Hope”). Motyw Upadłego Anioła bez trudu znajdziemy w teledysku „Amaranth”, jednym z pierwszych wideoklipów Nightwisha nakręconych z udziałem nowej wokalistki, Szwedki Anette Olzon (to było dekadę temu, teraz w NW występuje Holenderka Floor Jansen). Niektórzy melomani twierdzą, że Upadły Anioł pojawia się też w filmiku „Fire and Ice” Within Temptation. Ja nie do końca zgadzam się z tą interpretacją (chociaż na początku materiału słychać odgłos grzmotu, sygnał Lucyfera). Moim zdaniem, „Fire and Ice” to pesymistyczna przeróbka historii Joanny d’Arc zawierająca feministyczne przesłanie pt. „Kościół rzymskokatolicki podcina kobietom skrzydła”. Skoro już rozmawiamy o tej produkcji… Jest w niej coś, co powinno zaalarmować katolickich tradycjonalistów. Otóż w pierwszym ujęciu widzimy m.in. ukrzyżowanego Chrystusa wiszącego w powietrzu, jakby na niewidzialnym krzyżu. A kto się boi krzyża? Oczywiście, diabeł. Skłonność do eksperymentowania z krzyżem i ukrzyżowanym Chrystusem ma również Jorge Mario Bergoglio, co bywa traktowane jako dowód na to, iż jest on antypapieżem rozpracowującym KrK od wewnątrz. Dużo o tym napisali Bernard Teolog i jego przenikliwi komentatorzy na blogu Franciszekfalszywyprorok.wordpress.com.

[6] Andy i Larry Wachowscy to obecnie Lilly i Lana Wachowskie.

[7] Na tym polu wybija się niemiecki zespół Umbra et Imago, którego widowiskowe koncerty stanowią przykład degeneracji sztuki współczesnej (ot, libertynizm uzasadniany ideologią rozszerzonego freudyzmu). Podczas tych „wołających o pomstę do nieba” performansów pokazywane są widzom kobiety bez majtek i/lub bez staników, autentyczne czynności seksualne nieoszczędzające genitaliów, a przede wszystkim – wymyślne akty sadomasochizmu z zastosowaniem groźnie wyglądających akcesoriów. Do tego dochodzą ryzykowne efekty pirotechniczne, lateksowe kostiumy dla fetyszystów i ogólna atmosfera zdziczenia obyczajów (choćby wulgarne, agresywne gesty lidera kapeli). A to wszystko przy dźwiękach dobrej muzyki gothic metalowej, którą zapewne udałoby się wypromować bez przekraczania granicy między erotyką a pornografią. Uważam, że należy dołożyć wszelkich starań, aby na tego typu imprezy nie wpuszczano/posyłano nieletniej młodzieży. Czy chcielibyśmy, żeby młodzi, zagubieni, nieuformowani ludzie oglądali wiszącą do góry nogami, bitą w pośladki niewiastę ze świeczką i zimnymi ogniami w pochwie? Chyba nie… Proszę potraktować moje ostrzeżenie poważnie, gdyż grupa Umbra et Imago często występuje na mrocznych festiwalach (Wave-Gotik-Treffen, M’era Luna, Castle Party) obok mniej kontrowersyjnych formacji muzycznych. Ech, to są właśnie te słynne „gotyckie sprzeczności”! Raz mamy do czynienia z rzeczami pięknymi, rozsądnymi i podniosłymi, a innym razem – z ich zupełnymi przeciwieństwami! Kto pragnie słuchać gotyku, ten musi się z tym oswoić. W zespole Umbra et Imago najważniejszymi osobami są Peter Manuel Munz pseud. „Mozart” i Madeleine Le Roy (na 99,9% małżeństwo, oboje sadyści [?] o „zakazanych mordach”). On jest głównym wokalistą i mózgiem całego projektu, ona zaś pracuje dodatkowo jako domina. Nie wiem, czy taką kobietę można nazwać prostytutką, ale ewidentnie jest to jakaś forma „sexworkingu”. W Niemczech obowiązuje liberalne prawo dotyczące pikantnego biznesu, dlatego owa „artystka” śmiało reklamuje swoje usługi na własnej stronie internetowej. Oferta Madeleine, opatrzona numerem telefonu i adresem e-mailowym, obejmuje umiarkowane świadczenia z zakresu praktyk BDSM. Kobieta zastrzega, że może czegoś odmówić, jeśli nie jest to zgodne z „jej skłonnościami” (sic!). Ciekawe, ilu klientów Le Roy to fani muzyki Umbra et Imago? Z innej beczki: wspomniałam wcześniej o festiwalu Wave-Gotik-Treffen. Warto wiedzieć, że w 2015 roku zaśpiewała na tej imprezie Zeena Schreck, córka Antona Szandora LaVeya, o której wzmiankowałam w przypisie czwartym. Jaki ten świat jest mały, no nie? Aż chce się krzyknąć: sami swoi! A teraz smaczek socjolingwistyczny. W polskojęzycznej Wikipedii występy Umbra et Imago zostały zdefiniowane jako „nietuzinkowe koncerty” (wyrażenie raczej pochlebne). W anglojęzycznej Wikipedii określa się je mianem „fantazyjnych koncertów” („fancy concerts”) i „niesławnych pokazów scenicznych” („their stage shows are still infamous” – „ich pokazy sceniczne wciąż są niesławne”). Zachodniacy mają słuszność.

ANEKS 1.
Within Temptation,
feminizm i New Age

Na bezustanne przedstawianie – w dziełach Within Temptation – mężczyzn jako oprawców niewiast i dziatek zwrócił uwagę popkulturowy serwis Tvtropes.org. Oprócz teledysku „Fire and Ice” są jeszcze wideoklipy „Angels” i „Frozen” oraz czarno-biała krótkometrażówka „Triplets”. W tę konwencję wpisują się ponadto „The Howling” (wersja z 2007 roku) i „Paradise (What About Us?)”, albowiem kobiety i dzieci cierpią wskutek męskich wojen. Wszelka agresja niefacetów wobec facetów jest w produkcjach WT ukazywana jako zło konieczne lub zrozumiała zemsta („Angels”, „Frozen”, „Triplets”, krótkometrażówka „Mother Maiden”, krótkometrażówka i teledysk „Sinead”, oba warianty wideoklipu „What Have You Done?”). Portal Tvtropes.org uznaje to za rażącą stronniczość, androfobię i moralność Kalego. Według mnie, twórczość Within Temptation nawiązuje do znanej antropologom społecznym dychotomii „mężczyzna-kultura, kobieta-natura”, przy czym zła kultura próbuje ujarzmić dobrą naturę. W teledysku „Paradise…” niewiasty doprowadzają do odrodzenia się przyrody zniszczonej podczas konfliktu atomowego. Tryumfując, splatają dłonie niczym w feministycznym dramacie kinowym „Thelma i Louise” Ridleya Scotta. W piosence „Mother Earth” – „Matka Ziemia” (która nosi wszelkie znamiona manifestu zespołu!) przyroda zostaje opisana jako wszechpotężna władczyni zagrażająca kruchej cywilizacji. „Ona rządzi aż do końca czasu, daje i odbiera. Ona rządzi aż do końca czasu, chodzi własnymi drogami” – śpiewa Sharon den Adel.

Mówiąc wprost: we Wszechświecie wszystko zależy od natury, która jest rodzaju żeńskiego, a nie np. od Boga, który w chrześcijaństwie jest rodzaju męskiego. Czy to niewinna poetyzacja ateizmu, deizmu, świeckiego humanizmu? A może Wicca lub New Age (Era Wodnika usiłująca pogrzebać Erę Ryb)? Na okładce brytyjskiej edycji krążka „Mother Earth” widnieją m.in. znaki Zodiaku. Grupa Within Temptation ma też w swoim repertuarze miłosny kawałek „Aquarius” – „Wodnik”. Oto co na jego temat napisała pewna Internautka: „Aquarius wcale nie odnosi się do Roberta [gitarzysty, partnera życiowego wokalistki – przypis NJN] i Sharon. Swoją drogą, oni nie są małżeństwem, Robert z kolei urodził się 2 stycznia i jest Koziorożcem” (Nessa25, Tekstowo.pl). Dla sprawiedliwości należy odnotować, że nie wszystkie teledyski WT ociekają mizoandrią. Gdy mężczyźni się nie wychylają, są przedstawiani z niekwestionowaną życzliwością. Przykładowo, filmik „Dangerous” wyraża podziw dla Norwega uprawiającego sporty ekstremalne (Skandynawowie słyną z feministycznych poglądów, uchodzą wręcz za forpocztę społeczeństwa matriarchalnego, dyskryminującego facetów). Jest on bohaterem pozytywnym, gdyż kocha przyrodę i liczy się z jej prawami, choćby grawitacją. Bohater wideoklipu korzysta ze skafandra i spadochronu, a zatem bawi się w granicach przez naturę wyznaczonych. Sharon den Adel ma wizerunek „prawdziwej kobiety” i jest matką trojga dzieci, co znowu wzbudza skojarzenia z ezoteryczną koncepcją „świętej kobiecości” – animą, pierwiastkiem żeńskim, postacią Lilith. Wspomniana niewiasta (wywodząca się z żydowsko-arabskiego folkloru) to pierwsza żona Adama, partnerka Szatana, matka złych duchów, ikona feminizmu i satanistyczna odpowiedniczka Najświętszej Maryi Panny.

W jednej z wersji teledysku „What Have You Done?” Sharon uprawia seks z mężczyzną jako osoba dominująca, a potem jej kochanek okazuje się niebezpiecznym, impulsywnym, rozchwianym emocjonalnie szowinistą. Wszystko układa się w logiczną całość, czyż nie? Aha, jeszcze jedno. Piosenka „What Have You Done?” została nagrana z gościnnym udziałem Keitha Caputo, który obecnie jest Miną Caputo. Zaraz po swojej tranzycji Mina oznajmiła na Twitterze: „Transseksualistki M/K, takie jak ja, są kobietami, które rezygnują z męskiego uprzywilejowania na rzecz kobiecości! Zagrażają patriarchatowi!” („Male to female transsexuals like me are the women who give up male privilege for femininity! Threaten the patriarchy!” – cyt. za: Nme.com). Przypadek Miny wydaje się kłopotliwy z punktu widzenia kultu Matki Ziemi, ponieważ płeć psychiczna (tożsamość płciowa) to jedno, płeć kulturowa (rola płciowa) to drugie, a płeć biologiczna (chromosomy, anatomia) to trzecie. Na poziomie psychicznym i kulturowym (gender identity, gender role) Caputo jest kobietą, lecz na poziomie biologicznym (sex) pozostaje mężczyzną. Ewidentny spór kultury z naturą. Proszę nie zrozumieć mnie opacznie: akceptuję Minę jako wyoutowaną transkobietę. Zdumiewa mnie tylko fakt, że osoba transpłciowa, która najpewniej od lat planowała kurację hormonalną, zgodziła się wystąpić z kapelą głoszącą poglądy typu „bezużytecznym jest pytanie, dlaczego nie możesz jej [przyrody – przypis NJN] kontrolować”. Przywołane słowa pochodzą z hymnu „Mother Earth”.

Zespołu Within Temptation słucham od 2005 roku, ale dopiero teraz ogarnęłam jego dorobek prawą półkulą mózgową. A powinnam tak zawsze, bo jestem leworęczna i niektóre horoskopy przyporządkowują moją datę urodzenia – 19 lutego 1991 roku – do znaku Wodnika (lecz inne do znaku Ryb)! „Znak ten jest przypisywany osobom urodzonym w czasie obserwowania Słońca w tym znaku, to znaczy na odcinku ekliptyki pomiędzy 300 a 330 stopniem długości ekliptycznej. Wypada to między 19/20 stycznia a 18/19 lutego – dokładne ramy czasowe zależą od rocznika. Czasem przyjmuje się umowne granice – według Evangeline Adams (1868-1932) był to okres między 21 stycznia a 20 lutego. Znak Wodnika przypisuje się również osobom urodzonym w trakcie wschodzenia tego znaku” (źródło: polskojęzyczna Wikipedia). Wedle portalu Astrolog.pl, jestem Rybami, ale gdybym przyszła na świat kilka godzin wcześniej, byłabym Wodnikiem. Dlaczego? Ponieważ w 1991 roku zmiana znaku z Wodnika na Ryby nastąpiła 19 lutego o godzinie 4:58 (ja się urodziłam grubo po 9:00). Czuję, że antagonizm między Erą Wodnika a Erą Ryb dotyczy mnie osobiście. Bardzo to gotyckie. Stereotypowy Wodnik jest indywidualistą i innowatorem, człowiekiem obdarzonym wysoką inteligencją i nieprzeciętną intuicją (patrz: Juliusz Verne). Osobnik spod znaku Ryb to melancholik i cierpiętnik, który posiada artystyczną duszę i romantyczny światopogląd (patrz: Zdzisław Beksiński). Wodnik, Ryby – jedno i drugie kojarzy się z wodą! A ja od dziecka mam przechlapane, gdyż nie potrafię zwięźle odpowiedzieć na pytanie: „Jaki masz znak Zodiaku?”.

PS. Przypominam, że od dłuższego czasu zespół Within Temptation nie ma nic wspólnego z gotykiem. Grupa zaczęła swoją karierę od gothic metalu i doom metalu, jednak później poszła w kierunku rocka/metalu symfonicznego. Formacja z płyty na płytę staje się coraz bardziej komercyjna i popowa.

ANEKS 2.
Lacrimosa, obłuda religijna
i saga rodziny Bischoffów

Jeżeli kogoś zaintrygowały teologiczno-eklezjalne sekrety Tilo Wolffa, to niech zajrzy do mojego poprzedniego artykułu zatytułowanego „Lacrimosa. Gothic metal i Kościół Nowoapostolski”. Tekst jest ogólnodostępny online (Njnowak.tnb.pl). Tych, którzy już znają ów materiał, informuję o kilku nowych ustaleniach. Po pierwsze: dwa miesiące po opublikowaniu – w ramach solowego projektu Snakeskin – pornograficznych teledysków „Keep Me Alive” i „Keep Me Alive – DC” Tilo Wolff zamieścił na Instagramie fotografię Biblii otwartej na Psalmie 32 (lacrimosa_official, 13 listopada 2016 roku). Rzeczona pieśń wychwala Boga za to, że jest miłosierny i łatwo wybacza grzechy pokutnikom. W opisie zdjęcia artysta oświadczył: „Każdego dnia, ale szczególnie w czasach, gdy ludzie zachowują się nieludzko i krótkowzrocznie, a potem ledwo znoszą skutki swojego zachowania, cieszę się, że jestem w stanie żyć moją wiarą! To takie piękne! Życzę Wam spokojnej niedzieli!” („Every day, but especially in times when people behave inhumanly and short-sightedly and then barely endure the results of their behavior, I am glad to be able to live my faith! So very beautiful! I wish you a peaceful Sunday!”). Hipokryzja. Czegoś takiego nie powstydziłby się Świętoszek z komedii Moliera.

Po drugie: w serwisie YouTube.com można znaleźć filmik z 2013 roku, w którym Tilo Wolff gawędzi z młodą fanką w drzwiach jakiegoś hotelu (nagranie zostało zarejestrowane w Argentynie, czyli w Ameryce Łacińskiej, gdzie nasz ulubieniec zrobił największą karierę. „Lacrimosa en Rosario 2013 – Charlando con Tilo en la puerta del hotel”, Yamil Jose Anello, user/YamWt, watch?v=V8_NGIjJhyI). Kiedy rozmowa schodzi na tematy filozoficzne, wokalista popada w samozachwyt: „Chodzę do kościoła, jestem bardzo religijny”, „Moja wiara w Boga jest nawet silniejsza niż moja wiara w muzykę” („I go to church, I’m very religious”, „My belief in God is even stronger than my belief in music”). Przez cały czas kopci jak smok. Wypada odnotować, że zanim Niemiec rozpoczyna konwersację z Latynoską, w rozmowie z kimś innym używa wulgaryzmu „f**k”. Czy to jest słownictwo godne księdza nowoapostolskiego?

Po trzecie: uważnie przyjrzałam się okładce kasety „Clamor” z 1990 roku. Widnieje na niej zdjęcie 18-letniego Wolffa, który wygląda jak androgyniczny demon, a jego nastroszone włosy imitują rogi Baphometa. Chłopak ma splecione – jakby do modlitwy – dłonie, ale jedną z nich pokazuje gest „mano cornuta”. Za plecami młodzieńca wisi marmurowa płyta pamiątkowa, na której wyryto m.in. nazwiska „Benedict Bischoff” i „Dorothea Frey”. Osoby te zmarły w XIX wieku (chyba w latach 1836 i 1834; nie widzę dokładnie). Czyżby dalecy krewni artysty? Potwierdzałoby to moją hipotezę, zgodnie z którą matka Tilo pochodziła z rodziny Bischoffów. Kim byli Benedict (Benedikt) Bischoff i Dorothea Frey? Żmudne googlowanie doprowadziło mnie do wniosku, że mogli to być dawni bogacze/arystokraci, członkowie rodu związanego z Riehen – szwajcarską gminą, w której mieszka i pracuje Tilo Wolff. Bischoffowie przez wieki zajmowali się biznesem, zostając kupcami i fabrykantami. Przedstawiciele tego klanu byli nawet współwłaścicielami eleganckiego parku i wytwornego pałacyku w Riehen (Sarasinpark, Villa Wenkenhof). Fragmenty teledysku „Nach dem Sturm” Lacrimosy, opublikowanego 23 sierpnia 2017 roku, prawdopodobnie były kręcone na terenie majątku Wenkenhof. Zgadza się wystrój prezentowanych komnat, obrazy, drzwi, żyrandol, a także krzaki, rzeźby i oczko wodne na zewnątrz budynku (Beat-ernst-basel.ch/Wenkenhof?PHPSESSID=51032ece4f91426b209777f8146ef41f).

O dziejach rodu Bischoffów można poczytać w artykule „Die Sarasinschen Guter in Riehen”, który został wydrukowany w 1966 roku na łamach periodyku „Basler Zeitschrift fur Geschichte und Altertumskunde”. Cyfrowa kopia materiału jest dostępna w formacie PDF na stronie E-periodica.ch. Inny tekst, do którego warto dotrzeć: „Von den Sarasinschen Gutern in Riehen und ihren Bewohnern” autorstwa Fritza Lehmanna (Riehener-jahrbuch.ch). Zachęcam ponadto do sprawdzenia haseł „Wenkenhof” i „Sarasinpark” w niemieckojęzycznej Wikipedii. „Das Wenkengut blieb nach Zaslins Tod zum Teil bis 1931 in Besitz der mit ihm verwandten Familien Merian, Bischoff und Burckhardt” (wiki/Wenkenhof), „Zeitweise besass der Basler Stadtratsprasident Hieronymus Bischoff, der ab 1852 erster Prasident des Riehener Diakonissenhauses war, das Elbs-Birrsche Landgut” (wiki/Sarasinpark).

Ursula z Bischoffów Wolff odeszła pod koniec wakacji 2017 roku. Smutne uroczystości pogrzebowe odbyły się 26 sierpnia w Bazylei. Pochówek miał miejsce 28 sierpnia w Riehen. Wzięli w nim udział: mąż zmarłej (Friedrich Wolff), dzieci wraz ze swoimi rodzinami, siostra Barbel oraz szwagier Wilhelm Leber. Ten ostatni to były Główny Apostoł – duchowy przywódca – Kościoła Nowoapostolskiego. A zatem Tilo Wolff miał kiedyś wujka na stanowisku „papieża” Neuapostolische Kirche! Skąd informacje o zgonie, pogrzebie i pochówku Ursuli? Z newsa „Abschied von unserer Glaubensschwester Ursula Wolff” (Riehen.nak.ch). Śmierć w rodzinie to przerażająca sprawa, ale życie pozostałych członków familii toczy się dalej. 10 września 2017 roku Tilo był widziany w Reinach podczas religijnych obchodów Dnia Dziecka („Kindertag 2017 im Bezirk Basel”, Bezirk-basel.nak.ch).

Lider Lacrimosy dość często ma do czynienia z dziećmi, co zapewne wynika z faktu, że sam jest ojcem dwóch chłopców – Tristana Alexandra i Tiziana Immanuela. Wiem o tym z wirtualnego wydania pisemka „Riehener Zeitung” (Eleonore Spiniello-Behret, „Aufnahme in das Burgerrecht der Gemeinde Riehen”, 29 kwietnia 2016 roku, Riehener-zeitung.ch). Znalazłam tam bowiem słowa: „Wolff, Wolf-Tilo, deutscher Staatsangehoriger mit seiner Ehefrau, Wolff geb. Nurmi, Anne Marjaana, finnische Staatsangehorige, und die Kinder, Wolff, Tristan Alexander, Wolff, Tizian Immanuel, finnische Staatsangehorige”. Cytowany urywek udowadnia przy okazji, że Anne Nurmi jest współmałżonką („ehefrau”) owego dwulicowego kapłana o czarno-białych włosach. Formalnie, w świetle prawa, kobieta nazywa się Anne Wolff.

Lacrimosa (Niemiec Tilo Wolff
i Finka Anne Nurmi) na żywo w 2000 r.
Ogólne wrażenie: Werter i Lotta,
ewentualnie Gustaw i Maryla. 🙂

„Kabinett Der Sinne” (z płyty „Inferno”, 1995)

„Am Ende Stehen Wir Zwei” (z płyty „Elodia”, 1999)

„Stolzes Herz” (z singla „Stolzes Herz”, 1996)

* * *

Lacrimosa – „Nach dem Sturm” (2017)
[czy w niektórych ujęciach widać willę Wenkenhof?
Ha! Ja się nie dziwię, że to się podoba Latynosom,
sentymentalnym wielbicielom łzawych telenowel!]

Lacrimosa – „Sanctus” (1999)
[połączenie metalu z muzyką poważną]

* * *

L’Ame Immortelle – „5 Jahre” (2004)
[lubię ten austriacki teledysk!
To jest właśnie „cywilizacja
tańcząca na własnym grobie”.
Dużo tu również nawiązań
do Romantyzmu i Fin de Siecle]

Liv Kristine & Michelle Darkness – „Love Decay” (2014)
[Norweżka i Niemiec; komentarz taki jak do „5 Jahre”]

* * *

Blutengel & Meinhard – „Kinder der Sterne” (2015)
[elektroniczny/industrialny „gothic pop” z Dojczlandu.
Teoretycy spiskowi! Uważajcie na symbole Illuminati
i kontroli umysłu Monarch/MK-ULTRA!]

Blutengel – „Lucifer” (2007)
[kawałek analizowany w przypisie czwartym]

* * *

XIII. Stoleti – „Elizabeth” (1998)
[największy przebój czeskiego Dark Independent]

XIII. Stoleti – „Transilvanian Werewolf” (1996)
[znakomity utwór, serdecznie polecam!]

* * *

Xmal Deutschland – „Mondlicht” (1984)
[muzyka postpunkowa, protogotycka.
Ojczyzna formacji: jak sama nazwa wskazuje]

* * *

Christian Dorge – „Mystische Rosenmadonna” (1992)
[niemieckie dark wave; śpiewa 20-letni Tilo Wolff]

Switchblade Symphony – „Clown” (1995)
[hipnotyzujące dark wave ze Stanów Zjednoczonych.
Uwaga, konspiracjoniści! Wideoklip jest przepełniony
symbolami kontroli umysłu Monarch/MK-ULTRA!]

* * *

Umbra et Imago – „The Animal’s Blues” (2017)
[skandaliści zza Odry ocieplają swój wizerunek?
Promocja praw zwierząt i marksistowska troska o ubogich
(Madeleine Le Roy popiera socjalistyczną Die Linke):
„Nie masz ziemi, praw i nie możesz mówić”,
„Nie masz pieniędzy, praw i nie możesz mówić”,
„Pierwsze są pieniądze, a drugie – może –
prawa człowieka dla bogatych ludzi”.
Absolutnie nic zdrożnego w sensie obyczajowym!]

Umbra et Imago – „Viva Vulva” (2015)
[teledysk tylko dla widzów dorosłych]

Umbra et Imago – „Milch” (1998)
[live 1999; materiał wyłącznie dla (zalogowanych) dorosłych.
„Mozart” prezentuje typowo sadystyczne wzorce zachowań]

* * *

Within Temptation – „Fire and Ice” (2011)
[holenderski rock/metal symfoniczny.
W wideoklipie: zła Era Ryb, czas chrześcijaństwa]

Within Temptation – „Mother Earth” (2002)
[holenderski rock/metal symfoniczny.
W wideoklipie: dobra Era Wodnika, czas New Age]